Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Społeczeństwo

Wojna w szkole. Będzie pokój między dziećmi z wrogich narodów?

Świetlica dla dzieci z Ukrainy we Wrocławiu Świetlica dla dzieci z Ukrainy we Wrocławiu Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta
Gdy w Ukrainie wojna, polska szkoła, w której są uczniowie pochodzący z obu stron konfliktu, też nie będzie spokojna. Czy nauczyciele dadzą radę utrzymać pokojowe stosunki między nimi?

Gdy w szkole pojawi się uczeń o skrajnych poglądach, konflikt jest nieunikniony. Wystarczy, że przyjdzie jeden kibol, a natychmiast wytropi zwolennika przeciwnej drużyny – często wydumanego – i dochodzi do walk.

W Łodzi tak jest od lat. Kiedy więc przyjmujemy zwolennika jakiegoś klubu, możemy być pewni, że natychmiast zacznie się polowanie na przeciwników. Jeśli ich nie będzie, na celowniku znajdą się nauczyciele. „A pan komu kibicuje, panie profesorze?” – zapyta kibol. Kto ma skrajne poglądy, szuka wroga.

Do polskich szkół przyjmowane są dzieci ukraińskie, większość po traumie. Będzie ich coraz więcej, ich trauma też będzie coraz większa. Część z nich będzie chciała manifestować skrajne poglądy, np. nienawiść do Rosjan. A w polskich szkołach są uczniowie mający rosyjskie korzenie. Mogą być uznawani przez grupę skrajnie myślących Ukraińców za wrogów.

Szkoła. Trudno liczyć na święty spokój

Gdy miałem kibola w klasie, wystarczył niewielki gest, zbyt późna odpowiedź na zaczepne pytanie, aby uznał kogoś za wroga i szukał okazji do agresywnych działań. Trzeba było wielkiego wysiłku wychowawczego, aby konflikt między dwiema osobami – kibolem i jego wydumanym wrogiem – nie objął innych uczniów. Wystarczy jeden agresywny osobnik, aby wywołać w szkole falę niepożądanych zdarzeń. Od jednego agresywnego nastolatka do wybuchu przemocy w całej szkole jest bardzo blisko. Trudno oczekiwać, że wszystkie dzieci ukraińskie będą grzeczne, spokojne i dobrze ułożone. Byłoby wręcz absurdem liczyć na święty spokój w szkole, gdy przyjdą do niej duże grupy dzieci, które widziały wojnę.

Co ukraińscy rodzice mówią o Rosjanach, wsiąka w umysły ich dzieci. W rozmowach dorosłych dominuje agresja, zarzekanie się, że Ukraińcy nie spoczną, dopóki Rosjanie za wyrządzone zło nie zapłacą. Za zniszczenia i za śmierć. To zrozumiałe, że są takie rozmowy. Nauczyciele powinni być przygotowani, że ukraińskie dzieci przyniosą te poglądy do szkoły. A gdy okaże się, iż jest w niej ktoś mający rosyjskie korzenie, jest bardzo prawdopodobne, że dojdzie do konfliktu.

Takie konflikty między Ukraińcami i Rosjanami obserwujemy już na ulicach. Okazuje się, że ta miła pani, u której kupuję warzywa na rynku, jest z pochodzenia Rosjanką i właśnie została zdemaskowana przez Ukrainkę. Zaczyna się awantura, przepytywanie, jakie sprzedawczyni ma zdanie w sprawie wojny. Okazuje się, że nie potępia wystarczająco mocno Putina. Ukrainka naciska, atakuje, domaga się jasnej deklaracji. Rosjanka się waha… Ponieważ nie chcę być świadkiem konfliktu, rezygnuję z zakupów i opuszczam targowisko.

Nikt się nie chwali, że zna rosyjski

W szkole nie da się tak postąpić. Gdy uczeń wytropi ucznia, którego uzna za wroga, i zacznie okazywać nienawiść, nie będę mógł powiedzieć, że „to nie moja sprawa. A niech się biorą za łby, co mnie to obchodzi. Opuszczam teren walki i idę do pokoju nauczycielskiego. Jak wrócę, powinno być po wszystkim”. Tak przecież dzieciom nie powiem, nawet tak nie pomyślę, bo szkoła zamieniłaby się w piekło. Nie mogę i nie chcę być bierny. Szkoła to nie ulica albo bazar. Tutaj każdy konflikt to przede wszystkim sprawa nauczycieli. Muszę się włączyć i zapanować nad dziećmi.

Od kilku dniu mam wrażenie, jakby w szkole nie było ani jednego dziecka o rosyjskich korzeniach. Zawsze był u nas ktoś, kto miał mamę Rosjankę, babcię, dziadka albo w jakiś inny sposób był powiązany z tym krajem. Bo Łódź to tygiel narodów, pod tym względem prawie jak Warszawa. Wcześniej uczniowie otwarcie przyznawali się do swojego pochodzenia, rosyjskim nieraz się chwalili. Pomagali przy interpretacji rosyjskich pisarzy. Jakże lekko omawiało się Dostojewskiego, gdy w klasie znajdował się uczeń, który był w Petersburgu. A jakże głęboko interpretowało się „Zbrodnię i karę”, gdy uczeń znał rosyjski i potrafił czytać w oryginale. Zawsze miałem takich pomocników, dzięki którym lekcje były ciekawsze.

Teraz w szkole panuje cisza. Atmosfera u nas jest raczej antyrosyjska, nikt nie chwali się, że zna rosyjski. Nagle wszyscy zrobili się analfabetami w tym języku. Rosyjscy uczniowie, do tej pory nieliczni, teraz całkowicie zniknęli, nie ma ani jednego. A przecież żaden nie zabrał papierów i nie poszedł uczyć się gdzie indziej. Można by pomyśleć, że szkoła jest wolna od Rosjan. Putin u nas nie gości.

Pokoju nie będzie. Raczej dziecięca wojna

A przecież na posiedzeniu rady pedagogicznej (miesiąc przed wojną) omawiany był pomysł, aby zatrudnić rusycystę i wprowadzić od nowego roku nauczanie rosyjskiego. Zająłby się uczniami, którzy znają ten język na tyle, aby brać udział w olimpiadach. Jest szansa, że mielibyśmy kolejnych laureatów. Swoimi sukcesami podwyższyliby notowania szkoły w rankingach.

Z chwilą wybuchu wojny plany diabli wzięli. Jest wojna, są sankcje. Na pewno olimpiada z języka rosyjskiego zostanie zawieszona. Rosyjskość w szkole zamarła, niebawem zastąpi ją ukraińskość. Nie łudźmy się, że to będzie ukraińskość pokojowa. Znajomy Ukrainiec, na szczęście dorosły, na moje pytanie, czego potrzebuje, odpowiedział, że broni. Daj mi cokolwiek, co można wykorzystać na wojnie. Oby tej wojny nie zechciał prowadzić w Polsce z rosyjskimi sąsiadami, a jego dzieci z kolegami i koleżankami.

Dopóki nie przyjdą do szkoły ukraińskie dzieci, można myśleć, że rosyjskich uczniów tutaj nie ma. To jednak pozory. Wystarczy, że pojawi się jedno ukraińskie dziecko, a natychmiast wytropi rówieśnika Rosjanina. Wątpię, aby podali sobie ręce i oświadczyli, że wojna to sprawa dorosłych, a oni są dziećmi, więc nie będą ze sobą walczyć. Nie łudźmy się, pokoju między dziećmi z dwóch wrogich obecnie narodów nie będzie. Raczej wojna. Dziecięca wojna.

Tropienie wrogów jest nieuniknione

Kiedy niedawno pomagał mi w pracy na balkonie znajomy Ukrainiec, natychmiast wsłuchał się w rozbrzmiewające głosy i rozpoznał, skąd pochodzą ludzie, którzy rozmawiają i śmieją się na sąsiednich balkonach. Wszyscy ze Wschodu, na szczęście nie Rosjanie – orzekł. Zacząłem się zastanawiać, co by się stało, gdyby na balkonach jednak znajdowali się Rosjanie. W moim bloku co drugie mieszkanie jest wynajmowane przez obcokrajowców. Mam powody sądzić, że Rosjanie też tu są, ale ostatnio siedzą tak cicho, jakby uważali, że ujawnienie się może sprowadzić na nich kłopoty. Niedawno poszła plotka, że sąsiad to Rosjanin, ale okazało się, iż jest z Mołdawii.

Tropienie wrogów jest nieuniknione. Rosjanin może się ukryć w wynajmowanym mieszkaniu, a przed sąsiadami udawać, że wcale nie jest tym, za kogo go mają. Nie jest Rosjaninem. W hipermarkecie ktoś zapytał panią pracującą na kasie, czy jest z Rosji. Niepotrzebnie odezwała się do klienta. Oświadczyła, że jest Polką, więc całej kolejce ulżyło.

Uczniowie mają znacznie gorzej niż dorośli ukrywający swoje pochodzenie. W szkole błyskawicznie zostaną zdemaskowani. Cecha, która do czasu wojny nie miała znaczenia wykluczającego, czyli rosyjskie pochodzenie, teraz ma wagę piętnującą. Gdy w szkole pojawią się dzieci ukraińskie, trzeba być przygotowanym, że samo trzymanie się z dala może im nie wystarczyć. Nie powinno się zakładać, że nie dojdzie do konfliktów. Gdy w Ukrainie wojna, polska szkoła, w której są uczniowie pochodzący z obydwu stron konfliktu, też nie będzie spokojna. Jak wielki będzie to konflikt, zależy od postawy nauczycieli. Czy dadzą radę utrzymać pokojowe stosunki między uczniami?

Potrzeby dzieci już są ogromne

Przyjęcie uchodźców do szkół oznacza, że nauczycielom przybędzie roboty. Jeśli nie otrzymają wsparcia, zmniejszy się ich wrażliwość na problemy dzieci. Już teraz mówi się rodzicom, aby nie oczekiwali zbyt wiele, ponieważ nauczyciele są przeciążeni pracą. Nie dają rady zająć się wszystkimi pokiereszowanymi przez pandemię.

Prawie każdy uczeń potrzebuje wsparcia, jeszcze nigdy potrzeby dzieci nie były tak wielkie. Pomagamy najbardziej potrzebującym, natomiast pozostałym wmawiamy, że nie jest z nimi tak źle. Gdy kolejny uczeń zgłasza, że ma poważne problemy, a rodzic opowiada o budzącej wielki niepokój depresji dziecka, nauczyciele reagują nerwowo. „A kto pomoże mnie?” – myśli niejeden wychowawca. „Ja też jestem w depresji”.

Potrzeby ukraińskich dzieci, które doświadczyły wojny, będą o wiele większe. System pomocy pedagogiczno-psychologicznej szybko się zatka. Przepracowani nauczyciele nie będą więc wiedzieli, co się szykuje w ich szkole. Zobaczą dopiero wtedy, gdy dojdzie do katastrofy. Tak jak dzisiaj trudno zauważyć skłonności samobójcze dzieci, za to bardzo łatwo widzi się samobójstwo, tak samo trudno będzie dostrzec zapowiedź konfliktu między uczniami z Ukrainy i prawdziwymi bądź rzekomymi Rosjanami. Obyśmy po fakcie nie mówili tego, co zawsze, czyli że nic nie zapowiadało tragedii. Zapowiadało, i to bardzo mocno.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Co z uznaniem ukraińskiej Cerkwi? Pytamy metropolitę Sawę. „Teraz trwa wojna”

Rozmowa z metropolitą Sawą, zwierzchnikiem Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, związanego z patriarchatem moskiewskim, o tym, dlaczego polscy prawosławni nie uznają niezależności Cerkwi w Ukrainie.

Katarzyna Kaczorowska
14.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną