Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Zgwałcone pokolenia

Gwałty wojenne. Okrucieństwo, które trwa od początku tej wojny

„W każdym miejscu na Ziemi sedno gwałtu wojennego stanowi jednak okrucieństwo, na które nikt nie jest gotowy”. „W każdym miejscu na Ziemi sedno gwałtu wojennego stanowi jednak okrucieństwo, na które nikt nie jest gotowy”. Marta Frej
Rozmowa z Wiolą Rębecką, polską i amerykańską psycholożką pracującą z ofiarami gwałtów wojennych na całym świecie, o sytuacji w Ukrainie i o dziedziczonej traumie.
Wiola RębeckaArchiwum prywatne Wiola Rębecka

MARTYNA BUNDA: – Można się było tego spodziewać: zaczynają napływać informacje o gwałtach wojennych na Ukrainie.
WIOLA RĘBECKA: – Nim minął pierwszy tydzień tej wojny, dotarła do mnie wiadomość o pięciu potwierdzonych przypadkach gwałtu. Pierwsza ofiara z war rape survivors (ci, którzy przeżyli gwałt wojenny; użyję tej anglojęzycznej terminologii, akcentującej czasownik przeżyć, bo nie mamy na to dobrego polskiego określenia) przekroczyła granicę ukraińską i szczęśliwie trafiła tam na osoby, które wiedziały, co robić. Jak pomóc, ale też jak zabezpieczyć dowody, żeby mogły posłużyć do udokumentowania wniosku do trybunału w Hadze, rozliczającego zbrodnie wojenne i przestępstwa przeciwko ludzkości. Bo z tym właśnie mamy do czynienia.

Gwałt wojenny to nieodłączna część każdej wojny i jedna z najstarszych form agresji. Gwałty wojenne na Ukrainie są rejestrowane nie od początku marca, ale od faktycznego początku tej wojny, czyli od 2014 r. Już od trzech lat formalnie działa w Ukrainie stowarzyszenie Sema Ukraina, która udokumentowała dostatecznie dużo przypadków gwałtów dokonywanych przez rosyjskich żołnierzy, żeby mówić oficjalnie o tym procederze jako trwającej od lat zbrodni wojennej.

„Gwałty wojenne to margines całego okrucieństwa wojny” – taka jest chyba powszechna narracja.
Już sam gwałt, nazwijmy go niewojenny, odbiera człowiekowi podstawowe poczucie bezpieczeństwa. Jednak gwałt wojenny wychodzi daleko poza to doświadczenie – bo jest to z zasady doświadczenie niebywałego okrucieństwa. Gwałty wojenne to zwykle gwałty grupowe, które przybierają formę tortur – gwałtów narzędziami, przyrządami. Typowym powikłaniem w gwałcie wojennym jest fistula, czyli rodzaj przetoki wewnątrz ciała, możliwej do usunięcia tylko operacyjnie. W wielu miejscach świata częste było zarażenie HIV. Np. w czasie ludobójstwa w Rwandzie w 1994 r., przygotowywanego na długo przed rozpoczęciem masakr, bojówki Hutu były szkolone nie tylko z taktyk zabijania, ale również torturowania; były też indoktrynowane na okoliczność gwałtów i konieczność zapładniania oraz właśnie zarażania HIV. Wtedy w sto dni ludobójstwa zgwałcono około 500 tys. kobiet, dziewcząt i chłopców, a około 250 tys. zarażono HIV.

W każdym miejscu na Ziemi sedno gwałtu wojennego stanowi jednak okrucieństwo, na które nikt nie jest gotowy. Co więcej, osoby, które doświadczą gwałtu wojennego, nie mają wsparcia i pomocy w swoim środowisku. Mimo że wszędzie uznawany jest za przestępstwo, pomoc dla ofiar gwałtów jest bardzo ograniczona, a w sytuacji wojennej najczęściej po prostu niedostępna – z konieczności ogranicza się do przypadków ratowania życia. Ale zwykle o pomoc dla ofiar gwałtów wojennych trudno również później. A to już wynika z tabu, źle pojętego interesu ofiar, które staramy się chronić, nakazując im milczenie.

Dlaczego ofiary nie mówią?
Wstyd działa wszędzie tak samo. W Rwandzie, Birmie, Korei Południowej, Kongu, Ukrainie czy Polsce.

Kategoria wstydu długo obowiązywała nawet w naukowej narracji. Uwzględnienie gwałtów wojennych na liście zbrodni wojennych zajęło kilka dekad.
Postulat, żeby uznać gwałty za zbrodnie wojenne, padł już po drugiej wojnie światowej, ale dopiero po wojnie w byłej Jugosławii i ludobójstwie w Rwandzie gwałt wojenny zaczął być szerzej dyskutowany w prawnej przestrzeni publicznej Europy i USA. Dopiero w 1998 r. Rome Statue International Criminal Court ustanowił precyzyjny zapis zbrodni przeciwko ludzkości, gdzie wymienia się również gwałt. A w 2008 r. w rezolucji ONZ uznano, że gwałt w czasie działań wojennych jest traktowany jako zbrodnia przeciwko ludzkości. Jak widać, to świeża historia.

Historia świeża, ale mechanizmy społeczne niezmienne. Nawet w wydanej właśnie książce Tomasza Słomczyńskiegoo Kaszubach pojawia się wątek zbiorowych gwałtów na Pomorzu w czasie drugiej wojny światowej, dokonanych na kilkuset tysiącach ofiar. Pada nazwa jednej wsi, gdzie – jak wiadomo historykom – zgwałcono niemal wszystkie mieszkanki, a część z nich, uciekając oprawcom, utopiła się w miejscowym jeziorze. Pytani dziś o te wydarzenia mieszkańcy odpowiadają jednak, że na pewno nie chodzi o ich wieś, tylko jakąś inną wieś w Polsce, o tej samej nazwie…
Dzięki prowadzonym od początku naszego stulecia badaniom wiemy już na pewno, że ten rodzaj traumy jest dziedziczony międzypokoleniowo. Za przemilczane, ukrywane rany rachunek płaci więc dzisiejsze, współczesne społeczeństwo – my, wnuki i prawnuki. A badania są tu jednoznaczne. Na przykład te najnowsze, z Rachel Yehudą z Mount Sinai Hospital NYC, prowadzone nad drugim pokoleniem urodzonym z rodziców, którzy doświadczyli okrucieństwa wojennego, pokazują dziedziczenie zmian także w zapisie chemicznym ciała. To nie jest zmiana genów, ale ich ekspresji – te same geny zaczynają inaczej oddziaływać na człowieka.

W Kosowie przebadano grupę 118 kobiet, które w czasie wojny 1998–99 były ofiarami gwałtów, i po wojnie – nie w wyniku tych gwałtów – urodziły dzieci. Badania pokazały, że dzieci miały objawy PTSD, czyli zespołu stresu pourazowego, mimo braku kontaktu z wojną, wykazywały zaburzenia lękowe bez innych przyczyn niż PTSD ich matek. U kobiet stwierdzono też stałą zmianę poziomu niektórych hormonów, w tym kortyzolu.

Podobne badania przeprowadziła również grupa rwandyjskich badaczy po ludobójstwie w 1994 r. Wszystkie pokazują to samo: zakłócone interakcje międzypokoleniowe i transmisję traumy. A przecież prócz transmisji na poziomie genetyki i gospodarki hormonalnej mamy jeszcze i transmisję traumy poprzez wychowanie, takie, a nie inne kształtowanie się więzi w rodzinie.

Gwałty wojenne Armii Czerwonej na Mazurach, Kaszubach i całej ścianie zachodniej; powstanie warszawskie, wojny etniczne na wschodniej granicy. To są miliony osób dotkniętych tym doświadczeniem i nasz wspólny bagaż. To nie jest nasza przeszłość, ale – jak mówią najnowsze badania – również teraźniejszość. Dobrze, żebyśmy to zrozumieli.

Może wcześniej nie byliśmy gotowi na tę wiedzę. Dekadę temu nawet słowo trauma nie było jasne dla większości z nas.
To prawda. Słowo trauma (pochodzące z greki) oznacza ranę, zostało zaadaptowane do języka terapii za czasów Zygmunta Freuda i już wtedy weszło do języka potocznego, ale w dzisiejszym znaczeniu zaczęło być stosowane po Holokauście.

Hanna Arendt w reportażach na temat procesów nazistów opisywała rany psychiczne, ale w formie literacko-metaforycznej. Odnotowano nawet masowość niepokojących syndromów wśród żołnierzy powracających z Europy do USA po wojnie, ale na poziomie społecznym, w języku, był opór przed mówieniem o traumie. Dopiero kolejne wojny, w jakie angażowały się Stany, i obserwowane podobne symptomy u powracających z pól bitewnych żołnierzy – m.in. w postaci bóli brzucha, migren, poważnych problemów ze skórą o niewytłumaczalnym medycznie podłożu, bezsenności, flashbacków, uzależnień, zaburzeń lękowych – spowodowały, że zainteresowano się stresem pourazowym. Powstały pierwsze ośrodki leczenia traum wojennych i PTSD.

Zajmowanie się traumą wojenną zaczęto od żołnierzy. Nie od ich ofiar.
Ja sama po raz pierwszy pomyślałam o tym zaledwie parę lat temu; gdy pracowałam z ofiarami gwałtów na Bliskim Wschodzie, jedna z jezydek uwolnionych z rąk ISIS powiedziała mi wprost, że nie wolno nam tego robić: wrzucać do jednego worka jej i stresów żołnierza. To jakoś zmieniło moje myślenie. Z perspektywy pojedynczych osób mamy dwa ludzkie dramaty, ale nie mamy prawa systematyzować tego jako jedno pojęcie.

A teraz mamy napływające do Polski kolejne ofiary gwałtów wojennych w Ukrainie.
Od trzech tygodni nie zajmuję się niczym innym, jak przygotowaniem takiego zespołu pomocowego. Do teamu osób o różnych specjalnościach – bo z doświadczeń pracy na całym świecie wynika, że ta formuła się sprawdza – udało się dołączyć lekarzy ginekologów z prywatnej kliniki na Saskiej Kępie w Warszawie, którzy nieodpłatnie przeprowadzą wszelkie konieczne operacje ginekologiczne.

Teraz potrzebujemy jeszcze szerszego dotarcia z informacją, żeby ofiary, gdy już zdecydują się mówić, co często nie dzieje się od razu, miały gdzie się zgłosić. Żeby ich słuchaczami nie były przypadkowe osoby. Udało nam się zebrać grupę roboczą terapeutów i lekarzy, ale też prawników zajmujących się prawami człowieka, by razem wspierać osoby po doświadczeniu tortur i gwałtu. Nazwa naszego projektu to „Dla życia po traumie wojennej”.

A wciąż żyjącym w Polsce ofiarom fali gwałtów z czasów drugiej wojny światowej możemy jeszcze pomóc?
To, co możemy i co musimy wreszcie zrobić, to przerobić jako społeczeństwo lekcję traumy odziedziczonej. W tych pokoleniach, które również zostały nią dotknięte i które również ponoszą konsekwencje, ale ich nie rozumieją – bo nie mają świadomości związku przyczynowo-skutkowego.

Nazwa stowarzyszenia SEMA, którego ukraiński oddział dokumentuje falę tamtejszych gwałtów jako zbrodnię wojenną i zbrodnię przeciw ludzkości, w języku suahili oznacza właśnie POWIEDZ. Stowarzyszenie powstało po tym, jak dwójka laureatów Pokojowej Nagrody Nobla z Konga, dr Mukwege i Nadia Murad, została w 2018 r. odznaczona za pracę na rzecz ofiar, ale też za pracę nad zmianą narracji wokół gwałtów wojennych. W Kongu wciąż się to nie udało, ale udało się np. w Kosowie. Kosowo, muzułmańskie przecież, poszło najdalej w zdejmowaniu odium wstydu z gwałtu wojennego. Tam osoby, które doświadczyły tej zbrodni w 1998 i 1999 r., mają możliwość złożenia wniosku o rentę . U ubrudzonej, wykorzystanej ofiary społeczeństwo dostrzegło bohaterstwo, heroizm powrotu do życia.

„Dla mnie wojna się nie skończyła” – mówi każda z bohaterek mojej książki, i mówi prawdę – koszmar samego doświadczenia, ale też późniejszych opresji kulturowych, a czasem również religijnych, trwał i trwa po wojnie. A jednocześnie to jest bohaterstwo: żyć mimo wszystko, odbudowywać to życie, opiekować się dziećmi, robić im śniadania, uśmiechać się do nich, chodzić do pracy. Mimo własnych koszmarów, których nie da się uciszyć, być znów częścią społeczeństwa.

W Kosowie na głównym placu stoi dziś monument o twarzy Vasfije Krasniqui Goodman; jej historia była pierwszym rozpoznawanym przypadkiem w świecie, zgłoszonym do Trybunału w Hadze, dzieliła się nią w Senacie Stanów Zjednoczonych. Na monumencie w Prisztinie, oddającym cześć jej i wszystkim innym ofiarom, napisano: bohaterka. Premier tego kraju osobiście pofatygował się też na spotkanie autorskie dotyczące mojej książki. Rozmawialiśmy po jego zakończeniu. Powiedział, że trzeba się zajmować tym tematem, żeby zapobiegać długofalowym konsekwencjom tej traumy dla całego społeczeństwa.

Polska, również z tego powodu, że wojna jest tak blisko naszej granicy i co dzień napływają do nas ofiary gwałtów wojennych, jest teraz w szczególnym położeniu. Mamy wybór: albo pójdziemy starą drogą unieważniania, mówiąc: „a, na wojnie to tak zawsze…”, albo zaczniemy mówić inaczej o uciekinierkach z Ukrainy, na których dokonano gwałtu wojennego. A potem – również o naszej własnej historii. Poprzednie pokolenia nie umiały tego zrobić. Ale już czas, jesteśmy dostatecznie daleko od tych doświadczeń. I dostatecznie blisko.

ROZMAWIAŁA MARTYNA BUNDA

***

Wiola Rębecka – psychoterapeutka w Women’s Institute Therapy Center w Nowym Jorku, dyrektorka programów poświęconych traumom gwałtów wojennych: Women Chapter International i Sara2 Program NYC. Pracowała m.in. w Kongu, Rwandzie, Kosowie, Bośni-Hercegowinie, Bangladeszu i Korei Południowej. Autorka wydanej w Nowym Jorku książki „Rape: A History of Shame”. Współprowadziła badania nad traumą gwałtu wojennego na Touro University w Los Angeles.

Polityka 13.2022 (3356) z dnia 22.03.2022; Społeczeństwo; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Zgwałcone pokolenia"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Apartamentowce na skażonej ziemi. Ludzie chcą tu mieszkać, a nie powinni

Jak to możliwe, że na skażonych gruntach powstają budynki mieszkalne?

Ryszarda Socha
22.06.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną