Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

HiT! Ruszyło pierwsze natarcie na uczniowskie mózgi

Minister Przemysław Czarnek Minister Przemysław Czarnek Maciek Jaźwiecki / Agencja Gazeta
Autor podręcznika do przedmiotu historia i teraźniejszość napisał osobistą gawędę przepojoną antyunijną i antyniemiecką retoryką, straszącą „ideologią gender” i powielającą mity o wiecznie pokrzywdzonym polskim narodzie.

Zaczęło się! Powstał pierwszy „Czarnkowy” podręcznik do przedmiotu historia i teraźniejszość, który już po wakacjach ma zastąpić wiedzę o społeczeństwie, ta zaś w szkołach średnich pozostanie jedynie przedmiotem uzupełniającym (na tzw. poziomie rozszerzonym). Jest to grubaśny, 500-stronicowy esej mający pełnić funkcję podręcznika tego wymyślonego przez ministra Czarnka przedmiotu dla klas pierwszych liceum i technikum, czyli dla 15-latków.

Feminizm, socjalizm, nazizm...

Drugi tom, poświęcony historii ostatnich 35 lat, jest już „w drodze”. Autorem jest znany i uznany profesor historii Wojciech Roszkowski. Jako że wydawca (katolicka oficyna Biały Kruk) upublicznił już fragmenty tego dzieła, Onet poprosił historyków o ich zrecenzowanie i otrzymał trzy opinie – od prof. Karola Sanojcy, prof. Jacka Chrobaczyńskiego oraz nauczyciela Jacka Malinowskiego. Wynik jest jednoznacznie negatywny, choć niezaskakujący.

Wszyscy stwierdzili, że zasłużony profesor nie napisał podręcznika, lecz osobistą gawędę przepojoną antyunijną i antyniemiecką retoryką, straszącą „ideologią gender” i powielającą mity o niepokalanym, zawsze niewinnym i wiecznie pokrzywdzonym polskim narodzie. Jacek Malinowski napisał, że autor „wymienia feminizm, liberalizm i socjalizm jednym tchem z nazizmem, opatrując je wszystkie opinią o ich utopijności”. Ba! Jak zauważa Malinowski, prof. Roszkowski w swojej książce krytykuje nawet rozdział Kościoła od państwa. Po głębszym zastanowieniu jakoś się temu nie dziwimy, prawda? Wszystko wszak jest zgodne z gruntownie oprotestowywaną podstawą programową tego bezwstydnie propagandowego, nacjonalistyczno-klerykalnego przedmiotu.

Czarnek wychowa patriotów

Nie dziwimy się, bo też niby czego mielibyśmy się spodziewać? PiS nigdy nie krył się z tym, że historia i jej nauczanie to dla niego narzędzia uprawiania polityki i propagandy. Dumnie obnosi się z „polityką historyczną”, który to termin oznacza zaplanowany i umyślny brak obiektywizmu i poszukiwania możliwie krytycznej i bezstronnej oceny zjawisk i zdarzeń, a nawet więcej: gotowość do przemilczeń, przeinaczeń, wybielania bądź negowania win, za to uprawianie patetycznego cierpiętnictwa i mitologii narodowej.

Pod tym względem PiS jest uczciwy – jak zapowiadał, tak też czynił. Już samo mianowanie na stanowisko ministra nauki i edukacji skrajnego reprezentanta tzw. narodowej odmiany katolicyzmu, nieusiłującego nawet udawać, że szanuje zasadę bezstronności światopoglądowej państwa, oznaczało, że szkoła zostanie bezpardonowo wykorzystana w celu wychowania kolejnego pokolenia „dobrych Polaków katolików”, pełnych patriotycznej dumy, czci dla państwa i Kościoła. PiS nie potrzebuje wielu pozorów. Niespecjalnie o nie dba. Wszak rewolucja kulturalna wymaga ofiar, a gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. A zresztą, jak wiadomo, nikt nie rozlicza zwycięzców.

Na uczniach jak na Zawiszy!

Naturalną częścią planu przekształcenia szkoły w pralnię mózgów jest reforma programów nauczania i przygotowanie nowych podręczników – zwłaszcza z dziedziny historii, nauki o społeczeństwie oraz języka polskiego. Podręcznik Roszkowskiego to zapewne zaledwie balon próbny na pierwszy rok funkcjonowania HiT. Czarnek sprawdzi, jak zachowają się nauczyciele. Czy będą wciskać uczniom ultraprawicową ględę sfrustrowanego starszego pana, homofobiczną, antyniemiecką i zohydzającą Unię Europejską, czy też będą ten „podręcznik” marginalizować. Cóż, jeśli będzie jakiś opór ze strony pedagogów, to przede wszystkim w wielkomiejskich liceach, gdzie wciąż można znaleźć niepoddających się zastraszaniu, odważanych nauczycieli historii, WOS i języka polskiego.

Jednakże niewielkie ogniska oporu, z którymi musi się liczyć minister, dadzą się łatwo spacyfikować przy pomocy posłusznych dyrektorów i kuratorów. Byle starczyło czasu. Na razie Czarnek działa w taki sposób, jak gdyby kolejną kadencję miał w kieszeni. Jeśli jednak rząd PiS upadnie, wizja „Czarnkowej szkoły” rozwieje się jak dym. Jak w wielu innych resortach toczy się gra o wszystko. Ale nawet w przypadku wygranej PiS i kontynuacji Czarnkowej rewolucji na jedno z pewnością można liczyć – współcześni uczniowie żadnej „cegły”, a zwłaszcza napisanej „jednym ciągiem”, bez szczegółowego podziału na rozdziały i podrozdziały, wyróżnionych fragmentów i podsumowań czytać nie będą. Bojkot nauczycielski pewnie będzie słaby i mało spektakularny. Jednak na uczniach możemy polegać jak na Zawiszy!

Dłużej klasztora niźli przeora

W latach 90., będąc młodym działaczem walczącym o powrót filozofii do szkół, miałem zaszczyt brać udział w pracach nad rozporządzeniem ministerialnym określającym zasady dopuszczania podręczników do użytku szkolnego. Zasady te weszły w życie i z pewnymi zmianami funkcjonują do dziś. Wtedy, ćwierć wieku temu, proponowaliśmy, aby wydawcy podręczników sami wybierali recenzentów z listy rzeczoznawców prowadzonej przez ministra edukacji, a składającej się ze specjalistów rekomendowanych przez uczelnie i placówki naukowe. Niepokoiło mnie wówczas, że kandydaci na recenzentów mieliby sami wnioskować o wpisanie ich na listę; przecież ogromnej większości kompetentnych osób nawet nie przyszłoby do głowy, aby się samodzielnie starać o rekomendacje i zgłaszać do ministerstwa.

Obawiałem się, że na liście znajdzie się w końcu wiele przypadkowych nazwisk, a wydawcy będą sobie wybierać takich recenzentów, którzy najbardziej odpowiadają im ideologicznie. To, co dla mnie było powodem do obaw, dla innych było zaletą. Wydawało się bowiem, że taki system zagwarantuje pluralizm w szkołach. Niestety, byli naiwni. Idealistyczne zasady dopuszczania podręczników świetnie nadają się jako narzędzie wprowadzania do szkół propagandowych bryków.

Wyobraźmy sobie, że ktoś chciałby napisać, a ktoś inny wydać podręcznik konkurencyjny. Byłaby w nim mowa o czarnych kartach w polskiej historii, o wstydliwych uczynkach Kościoła, o prawach mniejszości, o równości, zagrożeniu dyskryminacją itd. Marne szanse! Po pierwsze, taki podręcznik nie wypełniałby skrajnie stronniczej i zideologizowanej „podstawy programowej”, a po drugie, w razie gdyby otrzymał dobre recenzje, minister i tak mógłby zamówić kolejną – u właściwie odczytującej jego oczekiwania osoby. Na Czarnka nie poradzimy, ale – jak to się mówi – „dłużej klasztora niźli przeora”. I tego się trzymajmy!

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną