Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Chaos i ścisk. Po wakacjach w szkołach czeka nas seria katastrof

Zakończenie roku szkolnego 2021/2022 Zakończenie roku szkolnego 2021/2022 Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta
Jeśli nie zredukujemy liczby uczniów w klasach, a przecież nie redukujemy, lecz co roku zwiększamy, musimy edukację wymyślić totalnie na nowo. Uczenie po staremu to jak wlewanie benzyny do samochodu, który jest wyłącznie na prąd.

Trudno powiedzieć, ile dokładnie będą liczyły klasy w szkołach ponadpodstawowych w nowym roku szkolnym. Na pewno będą liczniejsze niż obecnie. Ostrożnie mówi się o wzroście 10-procentowym (troje uczniów więcej na każdą klasę), a możliwy jest też wzrost 20-procentowy (sześcioro uczniów więcej). Na pewno nie przybędzie zespołów klasowych. Chodzi bowiem o to, aby za te same pieniądze szkoły obsłużyły znacznie większą liczbę dzieci.

Powody większej liczby uczniów w liceach i technikach są dwa. Po pierwsze, w naborze bierze udział półtora typowego rocznika absolwentów podstawówek (ci, którzy zaczęli edukację jako siedmiolatkowie, i ci, którzy poszli do klasy pierwszej rok wcześniej). Po drugie, do szkół średnich przyjdą też dzieci uchodźców. Chodzi zarówno o Ukraińców, którzy ukończyli podstawówkę w Polsce, jak i o tych, którzy do tej pory byli poza polskim systemem nauczania (korzystali ze zdalnej edukacji ukraińskiej). Nie wiadomo, ile osób zechce uczyć się w szkołach średnich. Należy liczyć się z tym, że znacznie więcej niż w tym roku.

Aby żadne polskie dziecko nie czuło się odepchnięte z powodu napływu Ukraińców, dyrektorom nakazano przyjmować po 33 osoby do klas pierwszych (o trzy osoby więcej niż zwykle). A jeśli i to nie wystarczy, dyrektorzy mogą jeszcze bardziej powiększać klasy. Bez względu jednak na ostateczną liczbę chętnych liczba zespołów nie może się zwiększyć, bo na to nie ma pieniędzy. Klasy pierwsze mogą więc być nawet 38–40-osobowe. Niejednemu uczniowi szczęka opadnie, gdy przyjdzie na pierwszą lekcję. Może nawet krzesła dla niego zabraknie.

Granice wytrzymałości szkoły

Licea i technika wyciągają wnioski z błędów, jakie popełniono w szkołach podstawowych. Nauczyciele z tych placówek dali się zaskoczyć większą liczbą uczniów. Powinni od razu zmienić prawo wewnątrzszkolne, tymczasem nie zrobili tego, pracowali według zasad, które w tak licznych grupach były nieodpowiednie. Tymczasem należy przyjąć zasadę, że gdy drastycznie zmieniają się warunki pracy, należy natychmiast zmienić reguły postępowania, wprowadzić nowe metody nauczania, inaczej oceniać uczniów, klasyfikować i promować. Jeśli nie zrobi się nic, nad problemami można już nie zapanować.

Nauczyciele ze szkół średnich obserwowali, co się dzieje w podstawówkach. Przepracowani koledzy i koleżanki masowo szli na zwolnienia lekarskie, lekcje nie odbywały się, pracownikom dawano pod opiekę kilka grup naraz. Płace nie zwiększyły się wcale. Zniechęcona część kadry na trwałe pożegnała się ze szkołą. Ci, co zostali, pracowali podwójnie (przejmowali klasy po nieobecnych nauczycielach, prowadzili więcej lekcji w znacznie liczniejszych klasach), co prowadziło do wyczerpania. Miało się wrażenie, że władza w Polsce testuje, jakie są granice wytrzymałości w szkołach. Ile niewygody jest w stanie wytrzymać uczeń oraz zajmujący się nim nauczyciel. Z wielkim trudem wszyscy „doczołgali się” do wakacji. Teraz mamy dwa miesiące na przygotowanie się do nieznośnych warunków, które czekają nas od 1 września.

Piknik zamiast lekcji

Nadzwyczaj trudno zerwać ze zwyczajem, że nauczyciel pracuje w systemie klasowym i lekcyjnym (przebywa sam na sam z klasą w sali i prowadzi zajęcia). Tymczasem warunki są takie, że uczeń siedzi uczniowi na głowie, jeden na drugiego dyszy, tak jest blisko. Najbezpieczniej byłoby wszystkich wyprowadzić poza salę lekcyjną i w znacznie większej przestrzeni prowadzić zajęcia metodą gry i zabawy, kontaktu z otoczeniem, nawet przypadkowymi ludźmi. W moim liceum całkiem poważnie rozważamy wykorzystanie pikniku jako metody prowadzenia lekcji. Gdy warunki pogodowe będą na to pozwalały, będziemy wyprowadzać uczniów na boisko i tereny zielone przed budynkiem (takie mamy) i tam organizowali zajęcia wspólne dla wielu klas, prowadzone przez kilku nauczycieli.

Edukację w Polsce trzeba wręcz wymyślić na nowo, inaczej czeka nas seria katastrof. Jeśli szkoły nie zmienią metod nauczania, nie przystosują się do ścisku i zgiełku, które zafundowały nam władze, nauczyciele będą uciekać na zwolnienia, rezygnować z zawodu, a uczniowie zostawać w domu, bo w tak nieznośnych warunkach pracy i nauki nie da się długo wytrzymać. Nikt oczywiście nie prosił się o tak nieprzyjazne warunki, wszyscy wolelibyśmy prowadzić lekcje w małych zespołach klasowych, wtedy nie musielibyśmy zmieniać zasad. Skoro jednak narzucono nam warunki pracy, które stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa dzieci, musimy na to zareagować nowym pomysłem na nauczanie.

W przepełnionych salach można przeprowadzić kilka lekcji, trzeba jednak być elastycznym i w razie wyczucia zagrożenia wyprowadzić dzieci na zewnątrz. Lekcje można prowadzić nie tylko przed szkołą, ale także na ulicy. Łódź jest pod tym względem miastem bardzo przyjaznym dla edukacji. Przestrzeń miejska dostarcza nowych doznań i stanowi przyjemny kontekst dla nauczanych treści. Gdy w budynku nie wytrzymujemy ze sobą, w ciasnocie spada też chęć do nauki, trzeba wyjść z nastolatkami na ulicę, a wręcz natychmiast doświadczymy wybuchu kreatywności. Takie lekcje – na Piotrkowskiej, w Manufakturze – sporadycznie prowadziliśmy w każdym roku. Jeśli będzie trzeba, możemy je wprowadzić na stałe i w znacznie większej skali.

Trzeba liczyć na niską frekwencję

Nie mamy bowiem wyjścia. Sale lekcyjne nie są przystosowane na więcej niż 30-osobowe zespoły. Część pomieszczeń wiele lat temu zostało podzielonych, pierwotnie zaprojektowano je jako znacznie większe dla mniejszych grup. Każda lekcja w jakiejś mierze stanowi naruszenie granic komfortu człowieka – zarówno nauczyciela, jak i ucznia. Znosiliśmy to, dopóki ten komfort był naruszany nieznacznie. Gdy jednak warunki przebywania w szkole stale się pogarszają, nadchodzi moment, kiedy dalszy pobyt w szkole nie ma sensu, gdyż w takim ścisku nikt już się nie uczy, nastolatek może jedynie doświadczyć niepożądanych sytuacji, jak konflikt z rówieśnikami czy z nauczycielem.

A przecież nie jesteśmy pod tym względem w najgorszej sytuacji, jest w mieście wiele budynków szkolnych, gdzie warunki są jeszcze gorsze. W szkołach wielkomiejskich to wręcz standard, że warunki lokalowe są nieznośne. Jeśli nie przeprojektujemy edukacji, aby odpowiadała owej ciasnocie, frekwencja będzie spadać. Potrzeby nieprzyjścia co jakiś czas do szkoły, poczucia, że nie czyha na nas żadne zagrożenie, doświadczają wszyscy, zarówno uczniowie, jak i nauczyciele. Komfortu doświadcza się dopiero wtedy, gdy frekwencja jest na poziomie 50–60 proc. (ok. 16–18 osób plus nauczyciel).

Nauczanie bez ocen

Nauczanie w przepełnionych salach powoduje, że znaczną część lekcji poświęca się na zaprowadzenie porządku. Jednym nauczycielom zajmuje to ćwierć lekcji, innym trzy czwarte. Co zostanie, przeznaczane jest na realizację podstawy programowej. Nie ma kiedy, szczególnie gdy przedmiot jest nauczany jedną godzinę w tygodniu, na sprawdzanie wiedzy i stawianie stopni. Padły więc propozycje, aby uczyć bez oceniania. Pierwszym i ostatnim stopniem byłaby ocena na koniec roku. Zrezygnowalibyśmy nawet z oceniania śródrocznego. Żadnego stopnia po pierwszym półroczu by nie było. Jedna ocena na świadectwo musiałaby każdemu uczniowi i jego rodzicowi wystarczyć. Do takiej edukacji zmierzamy, gdyż regularne ocenianie jest luksusem, na który w licznych klasach nie możemy sobie pozwolić.

Wszystko to może się wydawać dziwne i nie do przyjęcia, a jednak jest nieuchronne, jeśli chcemy zatrzymać dzieci w szkole. Możemy oczywiście pracować po staremu, a dzieci będą się zachowywać typowo, czyli nie przychodzić do szkoły, która niewiele daje, jedynie stosuje najróżniejsze środki represji, aby wymusić posłuch. Jak się czuje dziecko, które doświadcza krzyku zdesperowanego nauczyciela? Jak się czuje uczeń, któremu nauczyciel nie pozwala poprawiać kartkówki czy sprawdzianu, bo nie dałby rady ocenić prac, których jest od groma?

Co myśli o swojej edukacji nastolatek, gdy zrozumie, że jego największą zasługą jest to, że siedzi cicho i nie przeszkadza? Jeśli nie zredukujemy liczby uczniów w klasach, a przecież nie redukujemy, lecz co roku zwiększamy, musimy edukację wymyślić totalnie na nowo. Uczenie po staremu to jak wlewanie benzyny do samochodu, który jest wyłącznie na prąd. Zaraz nastąpi wybuch i wszyscy wylecimy w powietrze.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną