Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Aborcyjny klincz. Prawo skazuje Polki na tortury i dosłownie je zabija

Krakowska manifestacja po śmierci Izabeli z Pszczyny Krakowska manifestacja po śmierci Izabeli z Pszczyny Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl
Kolejne ofiary nieludzkiego prawa, które zakazuje przerywania ciąży nawet w przypadkach, gdy płód jest ciężko uszkodzony i nie ma szans na przeżycie, umierają w polskich szpitalach.

Minął rok od śmierci 30-letniej Izabeli z Pszczyny, która zmarła na sepsę, bo lekarze bali się zdecydować na aborcję, mimo że stan kobiety się pogarszał. W całej Polsce odbyły się protesty pod hasłem „Ani jednej więcej”. Niestety, są kolejne ofiary nieludzkiego prawa, które zakazuje przerywania ciąży nawet w przypadkach, gdy płód jest ciężko uszkodzony i nie ma szans na przeżycie.

Marta „musi urodzić”

Marta trafiła do szpitala w Katowicach w 20. tygodniu upragnionej ciąży z bólem brzucha. Jak czytamy w oświadczeniu Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, która zajęła się sprawą, od przyjęcia wskaźniki odzwierciedlające poziom stanu zapalnego w jej organizmie zaczęły drastycznie przekraczać normę. Otrzymała antybiotyk. Później skarżyła się na dreszcze i zimno, a dostała leki uspokajające. Płód obumarł, ale nie zdecydowano o farmakologicznym przyspieszeniu poronienia. Marta poroniła resztką sił, mdlejąc. Usunięto jej macicę, która według lekarzy była źródłem zakażenia. Niedługo potem Marta zmarła. Jej mąż uważa, że lekarze nie zajęli się odpowiednio jego żoną i nie postawili na czas diagnozy, która mogła uratować jej życie. Personel miał twierdzić, że Marta „musi urodzić”.

Urodzić musiała także Marina, Ukrainka od dwóch lat mieszkająca w Polsce. Dopiero w siódmym miesiącu ciąży dowiedziała się, że płód nie ma kości pokrywy czaszki. Wcześniej lekarz oszukiwał ją, twierdząc, że wszystko jest w porządku. Marina dowiedziała się prawdy, gdy trafiła do prof. Marzeny Dębskiej – dziecko nie ma żadnych szans na przeżycie. Jego głowa kończy się na wysokości oczu, a w miejscu czaszki jest olbrzymia rana.

Kobieta nie chciała kontynuować ciąży, bo – jak mówiła – każdy dzień umacniał jej więź z dzieckiem, które umrze w trakcie porodu lub tuż po jego zakończeniu. Psychiatra wystawił zaświadczenie, że ciąża zagraża jej życiu i zdrowiu, bo cierpi na depresję i ma myśli samobójcze. W szpitalu przy ul. Inflanckiej w Warszawie początkowo odmówiono jej terminacji ciąży. Dopiero dyrektor po powrocie z urlopu zdecydował o wywołaniu porodu. Dziecko urodziło się martwe. Marina na szczęście przeżyła, ale to, co spotkało ją w Polsce, w prawie międzynarodowym określa się jako tortury.

Aborcja. Prawny klincz

W sprawie Izabeli z Pszczyny lekarze, którzy czekali, aż płód obumrze, zamiast ratować kobietę, usłyszeli zarzuty narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia, a jeden z nich dodatkowo zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci. W sprawie Marty toczy się śledztwo.

Od czasu okrutnego wyroku Trybunału Julii Przyłębskiej ginekolog to zawód wysokiego ryzyka. Nie jest wykluczone, że gdyby lekarze z Pszczyny zdecydowali o przerwaniu ciąży, również musieliby się tłumaczyć przed prokuratorem. Tylko że ten klincz prawny naraża kobiety na niewyobrażalne cierpienie i – zupełnie dosłownie – je zabija. Ta ustawa musi zostać zmieniona. Polityczne dywagacje o głosowaniu w zgodzie z własnym sumieniem są w tej sytuacji co najmniej niemoralne.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną