Potworne powikłania
Potworne powikłania. Jak choroba zamieniła studentkę z Pekinu w pacjentkę wojskowej ewakuacji
W czesnym popołudniem 3 czerwca na wojskowym lotnisku we Wrocławiu wylądował samolot, na którego przylot czekała cała Polska. Na pokładzie była Klaudia Uciechowska, 23-latka z Wałbrzycha, która jeszcze kilka tygodni wcześniej studiowała w Pekinie, a teraz wracała do kraju pod opieką Wojskowego Zespołu Ewakuacji Medycznej po serii dramatycznych powikłań wywołanych przez rzadki nowotwór. Jej historia żyła własnym życiem: przewijała się przez serwisy informacyjne, media społecznościowe i konferencje prasowe. Tysiące ludzi śledziły trasę rządowego samolotu lecącego z Chin.
Dla ojca Klaudii ten dzień nie miał jednak nic wspólnego z narodowym wydarzeniem. Kiedy maszyna schodziła do lądowania, Jacek Uciechowski wracał właśnie z pracy do domu w Wałbrzychu. Emerytowany strażak mówi, że po ostatnich tygodniach nauczył się jednego: w sytuacjach granicznych ktoś musi zachować zimną krew. Dlatego nie pojechał na lotnisko. Czekał na wiadomości od żony, która wracała z Pekinu tym samym samolotem. – Wiedziałem od niej, że lot przebiega spokojnie. Klaudia przez większość czasu spała, od respiratora została odłączona na kilka godzin przed podróżą – opowiada. Wcześniej chińscy lekarze wybudzili ją ze śpiączki. Oddychała już samodzielnie, ale nadal nie odzyskała świadomości.
W Wałbrzychu została jeszcze młodsza córka państwa Uciechowskich. 17-latka od wielu tygodni obserwuje, jak życie rodziny wyznaczają kolejne komunikaty ze szpitala oddalonego 8 tys. km od domu. Dlatego gdy pytamy ojca Klaudii, co czuł, kiedy dowiedział się, że Klaudia jest już we wrocławskim szpitalu wojskowym, nie mówi o szczęściu: – Czuję przede wszystkim ulgę, bo jest bliżej nas, pod opieką polskich lekarzy.
W jego głosie nie słychać triumfu. Raczej wdzięczność i ostrożność człowieka, który ma nadzieję, że historia zmierza ku szczęśliwemu zakończeniu.