Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Inne sny

15 tys. ludzi w śpiączce

Fot. caseywest, Flickr, CC by SA Fot. caseywest, Flickr, CC by SA
Tym w śpiączce nic się nie śni. Śnią tylko ci, co czuwają nad nimi.

Ostatnio wplótł się w sen taki lejtmotyw, w którym Jerzy Pasternak tańczył u starszej córki na weselu. A więc: robi się coraz większy. Wielki jak góra. Ale znów nie ma siły, żeby utrzymać na rękach tę młodszą córkę, Paulinę.

Paulina leży od czterech lat. Zanim zdarzył się wypadek, studiowała na pierwszym roku prawa. Kolega, równolatek, wiózł ich pięcioro z sylwestra. Lekarze powiedzieli, że stanęło jej serce i że to pewnie ze strachu. A więc śpiączka, roślina, zanik neuronów, brak szans i brak sensu leczenia. I nawet nic im się nie śni, mówili lekarze, wiadomo to z publikacji naukowych. Przy takiej rujnacji neuronów nie ma szansy na sny. Dwa lata później Jerzy wiózł córkę samochodem do szpitala. Biodro złamane, bo przykurcz mięśni taki, że staw nie wytrzymał, ale karetki nie dali. Na światłach jakieś auto z tyłu uderzyło ich w zderzak. Paulina się zerwała, przerażona krzyczała i szarpała głowę. Aż Jerzy pomyślał, że się obudziła. Ale chwilę później była już bezwładna, jak zawsze od wypadku. W śpiączce nie ma spektakularnych, nagłych obudzeń.

Ewie, młodej prawniczce, jeśli się coś śni, to właśnie to: że mama otwiera oczy i siada. Dużo mówi, jakby chciała nadrobić ten czas, gdy jej nie było. To sen rozbijak, opowiada Ewa. Najpierw niby jest z niego energia, optymizm i nadzieja. Lecz zaraz potem poczucie bezradności. Bo co by zobaczyła mama, gdyby naprawdę wstała? Swoje zrujnowane ciało? Zachwiane życie córek, które od dwóch lat dzielą tydzień na pół, zostawiają pracę, kariery i znajomych w Warszawie, żeby pojechać pociągiem dwieście kilometrów do mamy i zamienić się z rodzoną siostrą w opiece? Samotnie te córki chowała, walczyła o nie jak lwica.

Magdalena, trzydziestolatka, księgowa i żona, prawie nie miewa snów. Może to i lepiej. Bo pewnie znów przyśniłby jej się wypadek męża. Właśnie się wtedy rozłączyli przez komórki. Po chwili zobaczyła roztrzaskany samochód z okien autobusu.

Śpiące miasteczko

Są tacy, co śpią już po dwadzieścia lat. Z piętnaście tysięcy ludzi. Małe, śpiące miasteczko. Hospicja nawet by ich brały, ale oni nie będą umierać. Chyba że z głodu, z odleżyn, z zapalenia płuc. A więc z zaniedbania. Szpitale ich nie chcą, bo co to za pacjent, co nie zdrowieje? Bo kto miałby ich rehabilitować przez dziesięć godzin dziennie, przez lata?

Była jedna klinika w Bydgoszczy, gdzie robiono dla śpiących specjalne turnusy. Większość polskich wyleczonych po stanach wegetatywnych, w sumie jakieś 150 osób, przeszła przez ręce tamtejszego profesora. Ale już nie przyjmuje on w klinice. Sąd odstąpił, co prawda, od wymierzenia kary: wszystkie te dobrowolnie darowane pieniądze, w pojęciu prokuratury łapówki, profesor przeznaczał na doposażenie oddziału. Ale dyrekcja i tak mu podziękowała. Wraz z profesorem bydgoski szpital stracił przekonanie do takich przypadków.

Zostają więc rodziny. Które się przegania ze szpitali, by po dwóch, trzech miesiącach oddać im chorego i niech sobie radzą. Od pierwszego dnia w domu chorzy potrzebują specjalnych wysokich łóżek, materacy, podnośników, żeby można ich było przewieźć do łazienki i wykąpać w wannie. Ssaka (kawałka plastiku niezbędnego do odciągania zalegającej śliny), pampersów. Malaksera, bo wszystko, co się poda choremu rurką wprost do brzucha, musi mieć konsystencję płynu.

Część sprzętów można by zrefundować – gdyby sam chory stawił się w NFZ z wnioskiem albo gdyby sąd zdążył ustanowić opiekuna prawnego. Ale i z tym różnie bywa: Paulinie Pasternak NFZ zamiast pionizatora, pozwalającego od czasu do czasu postawić człowieka wertykalnie, przyznał zwykły chodzik. Bo tańszy o 300 proc.

Ewa spisała kiedyś z siostrą wszystkie absurdy – w formie postulatów zmian. Wyszło osiem stron. Szukały zainteresowanych, ale nie znalazły. A przecież każdy, opowiada Ewa, ma kogoś takiego, kto – mówiąc Marquezem – dla świata jest tylko człowiekiem, lecz całym światem dla tego człowieka.

Echa rzeczywistości

Nawet zwykłe sny coraz trudniej opowiedzieć tak, żeby inni zrozumieli. Na przykład ten nocny koszmar Ewy: że siostra urodziła dziecko. Czy można komuś się przyznać, jak bardzo to był zły sen? Gdyby pojawiło się dziecko, trzeba by oddać komuś innemu pod opiekę mamę na część tygodnia. Tymczasem miłość, mówi Ewa, odkąd jest przez łzy, stała się zaborcza. Więc oddać. Opiekunka ukraińska wzięłaby jakieś 2 tys. miesięcznie, czyli więcej, niż jest w stanie zarobić Ewa, pracując od poniedziałku do środy. I żeby w ogóle udało się ją znaleźć. I żeby była dobra. Powiedzmy: profesjonalna. Bo dzieci rozczulają, ale stara kobieta?

Albo to. Sen sielski, idylliczny Magdaleny. Widziała, jak jej Adam tańczy – na weselu. Panną młodą była ich córka, teraz pięcioletnia. Adam lekko utykał.

Zaraz się obudziła – zła. Sen – echo rzeczywistości, która nie jest różowa. Teściowa poszła akurat dorobić przy weselu. Od wypadku mąż Magdy śpi u niej. Bo parter, bo ktoś się nim musi zająć, kiedy Magdalena jest w pracy. Mają z teściową coraz trudniejsze relacje. Trudno być żoną, jeśli się intymność ma wtedy, gdy matka idzie harować na weselu. Plus różnice zdań. Magdalena drasnęła Adama przy obcinaniu paznokci. Może poczuł, bo spiął się. Dotykał łóżka ledwie czubkiem głowy i piętami. Tak powstają przykurcze; miesiąc ćwiczeń pozwala cofnąć przykurcz o centymetr. A więc spiął się, a matka zaraz, że biedactwo, że tak go to wszystko musi boleć, i w płacz! A Magdalena by wolała: świetnie, cudownie, wreszcie poczułeś swój palec!

Albo to: profesor z Bydgoszczy nakazał dziesięć godzin dziennie ćwiczeń i stymulacji, pomysł autorski Magdaleny polegał na tym, by Adamowi dawać wąchać ich randkowe perfumy. Ale jego matka uważnie zagląda przez ramię.

Teściowa uważa, że prawdziwa żona po prostu rzuciłaby wszystko, byle być z chorym mężem non stop. Choć sama wstydzi się pokazać z synem na spacerze. Synowej mówi: mała miejscowość, ludzie szepczą, on woli, żeby takiego go nie pamiętali.

Ostatnio przyśniły się Magdalenie zęby. Że wszystkie nagle wypadły. W sennikach piszą – śmierć albo zdrada. W realu jest chyba gorzej. Bo tak: wszystkie zęby męża trzeba usunąć. Przez pierwsze pół roku człowiek nie pomyślał, by je myć, w szpitalach nie mówią takich rzeczy. Inna rzecz – jak myć. Włożysz w usta palec, żeby rozewrzeć szczęki, wejdzie przykurcz, chory ten palec odgryzie.

Więc zęby się zepsuły. Gdzie znaleźć klinikę, która je usunie? Jak Adama przewieźć? Jak znieczulić? Czy uwierzą, że on czuje ból? Bo zwykle nie wierzą. I to jest najnowszy wątek w nocnej gonitwie myśli Magdaleny. Dołączył do już zasiedziałych: jak zdążyć załatwić biurokrację, bo w sprawie sfinansowania ssaka trzeba odwiedzić dwóch lekarzy oraz okienko w NFZ. Gdzie dorobić, bo rehabilitant bierze 60 zł za godzinę? W pracy też trzeba być, z mężem trzeba pobyć, i z dzieckiem. Tylko jak? Nie ma czasu śnić.

Coraz rzadziej jest czas na marzenia w półjawie, które po wypadku były co noc. Że mąż obudzi się na swoje urodziny. Że na urodziny ich córki. Że na Wigilię. Zresztą ten chłopak, który był na łóżku po nim i którego żonie tak Magdalena zazdrościła, obudził się po miesiącu i zaraz potem zmarł.

Sen na jawie

Rzecz biorąc medycznie – im więcej czasu mija od wypadku, tym mniejsze są szanse na obudzenie chorego. Ale w rodzinach śpiących mało kto wierzy w medycynę. Z rodzin tych 150 osób, które się dotąd obudziły, większość dostała do podpisu zgodę na dawstwo organów. Rodzina tego chłopca, który spadł z trzech schodków też. Dzieciak się wybudził.

Pierwsze symptomy procesu zdrowienia są zwykle nieuchwytne, solowe. Jerzy Pasternak po tamtym zderzeniu na światłach odważył się i kupił Paulinie tę kolorową klawiaturę, którą od dawna obserwował na aukcji w Internecie. W opisie było – prezent dla trzylatka. Wielkie czerwone klawisze. Spodziewał się braku odpowiedzi, zapytał jednak, czy jej się podoba. I wystukała: „t-a”. Ale potem znów nic, przez wiele tygodni. W śpiączce nie ma mowy o spektakularnych efektach. Pasternakowie długo myśleli, że Paulina ma kaszel. Który się jednak nasilał, gdy siostra Pauliny opowiadała dowcipy. Im sprośniejszy dowcip, tym kaszel był większy. Potem Jerzy doczytał się gdzieś w Internecie, że zdrowiejący mózg jest zwykle łasy na erotykę.

Po czterech latach od wypadku Paulina odpowiada gestami na pytania, stara się wykonywać polecenia, cieszy się, smuci. Złości. Pracuje na to wiele osób. Na czele z ciocią – siostrą mamy, która zrezygnowała z etatu, by Paulinę rehabilitować. I która mówi, że ze zmęczenia wcale nie ma snów. Łatwo te wszystkie objawy pomylić z innymi, które nie mają znaczenia. Jerzy Pasternak wie to z Internetu. Podobnie jak Ewa – ta, co się opiekuje mamą, albo Magdalena, żona. Pojawiające się wzwody, powracające miesiączki to sprawy bez znaczenia. Można tak żyć, śpiąc.

Oznaką zdrowienia są sny. Wracają, z początku bardzo mocne, intensywne. Soczyste i wonne. Grzegorz Ignatowicz, jeden z wybudzonych, pamięta zwłaszcza sen o chatce w górach – nawet powietrze pachniało. Kolory, błogość były nie do opowiedzenia.

Dziś, trzy lata po wypadku, Grzegorz jest już prawie samodzielny, wyjąwszy kłopoty z mową i wózek. Ale, dodaje, jest też innym człowiekiem. Po pierwsze, ta łatwość wzruszeń, nawet na filmach płacze, co się nie zdarzało. Po drugie, ten głód życia, który przyszedł po półrocznej depresji.

Sny też są inne niż kiedyś, inne nawet niż to, co pamięta z czasów przed wypadkiem. Wyblakłe, zdawkowe, żadne. Ale nie żałuje. Woli żyć na jawie. To po trzecie.

Polityka 15.2009 (2700) z dnia 11.04.2009; Na własne oczy; s. 132
Oryginalny tytuł tekstu: "Inne sny"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Apartamentowce na skażonej ziemi. Ludzie chcą tu mieszkać, a nie powinni

Jak to możliwe, że na skażonych gruntach powstają budynki mieszkalne?

Ryszarda Socha
22.06.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną