Społeczeństwo

W krainie lutni i strugów

900 metrów pod ziemią

Fot. Peter Treber/BE&W Fot. Peter Treber/BE&W
Jak jest naprawdę tam na dole, w kopalni najbardziej zagrożonej wybuchem metanu?

Kopalnia Zofiówka w Jastrzębiu Zdroju o najwyższej, czwartej kategorii zagrożenia metanowego. Szczęść Boże! – witają się górnicy w przodku ściany w pokładzie 406. Stąd zaczyna się droga węgla na świat i tu czyhają na górników największe niebezpieczeństwa. Jeżeli tutaj uda się wyrwać węgiel naturze, to dalej już spokojnie taśmociągami i skipami wyjeżdża na powierzchnię. W kopalni Wujek-Śląsk ta sztuka się nie udała. W węglowej ścianie metan zabił górników.

Strop – kopalniany sufit lekko zadrżał, posypały się kawałki węgla, zastukały o hełmy. Adam Tymiński, górnik obsługujący przenośnik ścianowy, uspokaja: – Coś tam klupnęło, spokojnie, normalna rzecz. W chodniku przyścianowym jakaś przerwa w fedrowaniu, węgiel nie jedzie. Wokół gąszcz taśmociągów, rurociągów, kabli, łańcuchów i podwieszonych szyn. Stalowa klatka, przez którą pędzi jak wiatr strumień powietrza. Zbawienny, bo rozrzedza metan do bezpiecznych wartości i wyprowadza na zewnątrz kopalni. Lutnia – specjalny rękaw zrobiony z płótna i gumy, który ułatwia wentylację – jest niedaleko. Wokół wszystko huczy i zgrzyta. Światło górniczych lampek ledwie przedziera się przez węglowy pył.

Zabija rutyna

Sygnały dźwiękowe ostrzegają, że będzie wznowione wydobycie. Strug ruszył w głąb 240-metrowej ściany, na taśmociągach pojawił się węgiel. W stropie, w najwyższym punkcie – tutaj to 3,8 m – zamontowany jest czujnik metanu. Jeden z kilku w tej ścianie. – Gdyby ktoś zaczął przy nim manipulować albo kazał przewiesić, to na dole zostałby potraktowany jak bandyta, bez względu na stanowisko – kończy Tymiński.

Na elektronicznej mapie dołu kopalni widać wskazania wszystkich 150 zamontowanych na stałe urządzeń. W kolorze zielonym, jest więc bezpiecznie. Czerwony oznaczałby przekroczenie progowej wartości 2 proc. metanu w powietrzu (powyżej 4 proc. powstaje już mieszanka wybuchowa). – Wówczas, w czasie nie dłuższym niż 5 sek., automatycznie zostałyby wyłączone urządzenia elektryczne w tym rejonie – tłumaczy Piotr Mitrenga, dyspozytor. Poprzedni system metanometryczny wybijał prąd, jak mówią górnicy, po 1,5 min. – Najnowszy, który będziemy wprowadzać, zareaguje natychmiast.

W 2008 r. z pokładów węgla w Zofiówce wypłynęło ok. 57 mln m sześc. metanu, z czego 40 mln m sześc. poszło w powietrze, a reszta – ujęta (wyssana) w procesie odmetanowania – trafiła do elektrociepłowni. W tamtym roku automatyczne czujniki zanotowały 1413 przekroczeń dopuszczalnego stężenia, w tym 230 przypadków powyżej 2 proc. metanu (w br. do 27 września zanotowano 773 przekroczenia, prąd wybiło w 141 wypadkach). – W wielu miejscach lub przy pracy niektórych urządzeń dopuszczalna wartość metanu nie może przekraczać 1 proc. – wyjaśnia Damian Araszczuk, główny inżynier wentylacji. Górnicy mogą przebywać w takich miejscach i pracować, ale kombajn trzeba zatrzymać i sprawdzić, czy nie grozi większy wypływ metanu.

Takie obostrzenia to m.in. nauczka z tragicznego wypadku z listopada 2005 r., największego w Zofiówce w ostatnich latach, zginęło wtedy trzech górników. Metan wyrzucił 350 ton węgla, który zasypał 60 m chodnika transportowego, wypłynęło też 10 tys. m sześc. gazu. – Nagłe wyrzuty metanu i skał to następne z zagrożeń, z którymi musimy się zmagać – mówi Czesław Kubaczka, dyrektor Zofiówki. Bo w węglowych ścianach znajdują się gniazda metanu pod ciśnieniem. W trakcie fedrowania ściana nie wytrzymuje ciśnienia gazu. Kubaczka kierował wówczas, jeszcze jako naczelny inżynier kopalni, akcją ratowniczą. – Stężenie metanu dochodziło do 2,8 proc., ale zezwoliłem na włączenie napięcia, na pracę urządzeń odstawiających węgiel, bo chodziło o życie ludzi – mówi dyrektor. – I to są jedyne dopuszczalne odstępstwa w niezwykle surowych przepisach dotyczących metanu.

W tym roku w Zofiówce zginęło dwóch górników. W marcu zmarł, uderzony metalową stropnicą, doświadczony kombajnista. O takich wypadkach mówi się, że zabiła rutyna. – Naruszył przepisy, nie powinien być w tym czasie w tamtym miejscu – mówi dyrektor. W czerwcu do wnętrza zbiornika skipowego (wywożącego węgiel) wpadło trzech górników – jeden nie przeżył. Przyczyną było rozerwanie poszycia zbiornika – ustaliła komisja. – Byli na pomoście roboczym, mogli tam przebywać – dodaje dyrektor. – Awarie techniczne to nie tylko specyfika górnictwa.

Czuły czujnik

Dyspozytor Mitrenga mówi, że gdyby na dole doszło do niezaplanowanego przełożenia czujników, o czym się teraz spekuluje, to system metanometryczny by to odnotował. – Czujników jest kilka, jeżeli na jednym dojdzie do nagłego obniżenia, a na innych jest bez zmian, to od razu wzbudza to zainteresowanie.

Zagrożenia tąpaniami są najtrudniej rozpoznawalne ze wszystkich zagrożeń naturalnych, towarzyszących wydobyciu węgla. To zagrożenie w Zofiówce oceniane jest jako średnie, ale będzie się zwiększać, w miarę sięgania po węgiel coraz głębiej. Kopalnia ma swoją stację geofizyki górniczej, naszpikowaną najnowocześniejszą aparaturą do badań sejsmologicznych. Każdego ranka przed wejściem górników na wyrobiska sporządzane są raporty. – Dzisiaj nie ma zagrożeń tąpaniami – mówi Jolanta Plutecka, geofizyk, kierownik działu tąpań. Zwalcza się je na wiele sposobów, m.in. przez strzelania wstrząsowe, to coś w rodzaju wyprzedzających i kontrolowanych tąpnięć.

Plutecka słyszała, jak po tragedii w kopalni Wujek-Śląsk główny geolog kraju radził, aby dla bezpieczeństwa górników stosować na dole telewizję przemysłową. – Ale my już od kilku lat taką mamy – informuje. Miejsca newralgiczne i najbardziej zagrożone tąpaniami kontrolują kamery. – Górnicy wchodzą w rejony zagrożeń tylko w sytuacjach awaryjnych. Wyniki pomiarów stacji decydują o przyspieszeniu lub spowolnieniu wydobycia. – Ściana miała jechać na cztery zmiany, fedrowała na jedną, bo była poddawana profilaktyce tąpaniowej – tłumaczy. To jest też odpowiedź na zarzuty, że górnicy przymuszani są do pracy w niebezpiecznych warunkach. – Na pewno nie u nas. Stacja prowadzi rejestr osób wychodzących w strefy zagrożone i ustala, ilu górników jednorazowo w niebezpiecznym miejscu może przebywać. Tak na wszelki wypadek.

6 godzin, 6 zmian

Pokład 406, o najwyższym zagrożeniu metanowym. – Ściana jest całkowicie zautomatyzowana – mówi Grzegorz Płaczek, naczelny inżynier kopalni, zastępca dyrektora. Jest na rozruchu, ruszyła w połowie sierpnia. – To system niemiecki, na dole są jeszcze ich specjaliści. Kosztował 100 mln zł. Na powierzchni znajduje się stanowisko do kierowania ruchem ściany, a na monitorze widać jej przekrój. – Na dole strugowy ma w tej chwili przed sobą taki sam obraz i steruje wydobyciem – mówi Płaczek. – Jak opanujemy tę technologię, to siedzieć będzie tutaj. To szansa na bezpieczną pracę w niskich pokładach.

Górnicy (ze zjazdem i wyjazdem) mogą pracować 7,5 godziny. Jeżeli fedrują w temperaturze ponad 28 st. C – tylko 6 godzin, choć płacone mają za całość. Na głębokość 900 m winda zjeżdża z prędkością 9 m na sekundę. Dalej jest stacja kolejki, która w kilkanaście minut pokonuje 2,4 km. Maszynista lokomotywy Marek Szymura ma ręczny metanomierz: – Pięć lat jeżdżę na dole, ale jeszcze ani razu nie zapiszczał – przyznaje. Stąd do ściany jeszcze 1,5 km. W coraz trudniejszych warunkach. Na pokonanie tego kawałka potrzeba więcej niż godzinę. Normalnie od poniedziałku do piątku kopalnia pracuje bez przerwy na 4 zmiany. Jeżeli warunki są trudne, to zmian jest nawet 5 lub 6.

Wzrasta temperatura. Gumowe buty zapadają się w pył kamienny, a tam gdzie podchodzi woda, w błoto. Ma neutralizować wszechobecny pył węglowy. Co 200 m pod stropem ułożone są zapory – to półki z desek, na których leży po kilkaset kilogramów pyłu kamiennego. W razie wybuchu pyłu węglowego fala uderzeniowa zrzuca pył kamienny, powstaje obłok. To ta naturalna zapora powinna zgasić ogień. – Tamy zapobiegają przenoszeniu ognia, a nie samemu wybuchowi – tłumaczy dyrektor.

Chodnik rozświetlają tylko lampki. Węgiel z jednego transportera przesypuje się na kolejny. Naczelny inżynier powiadamia dyspozytornię o wejściu do strefy szczególnego zagrożenia wyrzutami metanu. Jest pozwolenie na wejście czterech osób. Szczęść Boże! – witają się i żegnają górnicy. Do kolejki zmierza Jarosław Wolski, sztygar zmianowy, 6 lat po studiach górniczych. Pokazuje metanomierz – najwyższe stężenie na ścianie wyniosło 0,14 proc. – Świetna wentylacja – chwali. Mówi, że ściana pracuje od połowy sierpnia i nie było jeszcze wybicia prądu z powodu przekroczenia metanu. O przemieszczaniu czujników nie chce nawet słyszeć. – Idiotów z nas robią, samobójców. Bzdura, z czymś takim się jeszcze nie spotkałem.

Trzeba tylko uważać

Ojciec Wolskiego przepracował 25 lat w sąsiednich kopalniach Jastrzębie i Moszczenica. – Nigdy nie słyszałem, żeby był w sytuacji jakiegoś większego zagrożenia. Przestał już czytać i słuchać relacji z ostatniej katastrofy – że każdy, kto zjedzie na dół, ryzykuje życiem. – Nikt życiem nie ryzykuje, chodzi tylko o to, aby nie przekraczać pewnej granicy ryzyka zawodowego, jak w każdym innym fachu.

W informacjach Wyższego Urzędu Górniczego o wypadkach pod ziemią, przekraczanie taśmociągów w niedozwolonych miejscach albo jazda na nich, żeby szybciej pokonać uciążliwą drogę na dole – należą do najpowszechniejszych przyczyn groźnych zdarzeń.

40 m od ściany, w specjalnej kabinie zbudowanej nad taśmociągiem odstawiającym węgiel, siedzi Dariusz Masoń, strugowy, najważniejsza postać na zmianie. Przed nim monitor. Zarządza całym wydobyciem. – Ludzie są potrzebni tylko do usuwania awarii. Komputer wskazuje, co i gdzie mają zrobić. Na czerwonym pasku przy wejściu do kabiny przesuwa się napis: „praca w automacie, praca w automacie”.

Ściana, którą fedruje automat, ma średnio 1,2 m wysokości i 244 m długości. Ale Sebastian Fapiński i Marek Grim, operatorzy ładowarki, mówią, że nie wierzą w całkowitą automatyzację wydobycia. Tuż nad głową mają czujnik metanu, trochę niżej tlenku węgla. – O tym pamiętam, ale nie czuję się zagrożony, a na pewno nie czuję się posyłany na śmierć – mówi Grim.

– To robota, jak każda inna, tylko więcej trzeba uważać! – krzyczy Fapiański. Znowu coś klupło na górze, ale nikt na to nie zareagowa.

***

W Zofiówce pracuje ok. 4 tys. ludzi, w tym ponad 3,2 tys. na dole. Dodatkowo kopalnia zatrudnia na dole ok. tysiąca górników z tzw. firm obcych. W ubiegłym roku wydobywała po 9600 ton świetnego koksowego węgla na dobę. Miała ok. 200 mln zł zysku netto. Średnia miesięczna pensja za ubiegły rok wyniosła ok. 7 tys. zł brutto (ze wszystkimi dodatkami i nagrodami rocznymi).

 

Polityka 42.2009 (2727) z dnia 17.10.2009; Ludzie i obyczaje; s. 110
Oryginalny tytuł tekstu: "W krainie lutni i strugów"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

56. Czy tzw. żołnierze wyklęci są powodem do dumy?

Rafał Wnuk
10.07.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną