Świat

Kręć i rządź

Obamy kłopot z mediami

Machina informacyjna Białego Domu działa według ścisłych reguł Machina informacyjna Białego Domu działa według ścisłych reguł brookage / Flickr CC by SA
Rok po wyborze Barack Obama zmaga się ze spadkiem popularności. Ale mimo wrogości Fox News, Biały Dom umiejętnie rozgrywa media na swoją korzyść.
Pierwsza konferencja prasowa prezydenta ObamyCarlos Barria/Forum Pierwsza konferencja prasowa prezydenta Obamy

W Białym Domu pracuje stale około setki przedstawicieli prasy, radia i telewizji, licząc razem z producentami, fotografami i kamerzystami. Dziennikarze mają do dyspozycji specjalne pomieszczenie w kolonadzie między rezydencją prezydenta a zachodnim skrzydłem, gdzie znajduje się jego gabinet. Nie mogą sami chodzić po korytarzach władzy, ale są tam zapraszani, codziennie wychodzi też do nich rzecznik Białego Domu na transmitowaną w telewizji konferencję prasową. Wyrazem tej symbiozy jest fakt, że przestrzeń na trawniku przy podjeździe do zachodniego skrzydła, skąd reporterzy telewizyjni codziennie nadają swoje korespondencje, utrzymywana jest wspólnie przez obie strony: 6 mln dol. rocznie płaci na ten cel rząd, 2 mln wykładają media.

Dziennikarzy obsługuje kilkunastoosobowe biuro prasowe, z głównym rzecznikiem prezydenta, jego asystentami i zastępcami, współpracujące z osobnym biurem komunikacji publicznej, które zajmuje się długofalową strategią informacyjną rządu. W zamian za dostęp do prezydenta i informacje o jego poczynaniach media przekazują jego przesłanie społeczeństwu. Barack Obama, jak wielu jego poprzedników, próbuje ograniczyć rolę tego „filtra” i docierać do opinii publicznej bezpośrednio. Koegzystencja rządu amerykańskiego i mediów bywa pełna napięć, ale pozostaje na ogół pokojowa. Co nie znaczy, że dziennikarze nie patrzą prezydentowi na ręce.

Kontrolowane przecieki

Machina informacyjna Białego Domu działa według ścisłych reguł, które mają zapewnić spójność przekazu. Prawo do rozmowy z prasą mają tylko rzecznicy albo specjalnie upoważnione do wypowiedzi osoby – dotyczy to wszystkich resortów i jest bezwzględnie przestrzegane. Wszyscy mówią jednym głosem, ponieważ każde ważniejsze wydarzenie, np. spotkanie prezydenta z zagranicznym przywódcą, otrzymuje readout, czyli opracowaną przez biuro prasowe interpretację i rzecznicy zwykle trzymają się ściśle jej tekstu, często nawet wtedy, kiedy wypowiadają się off-the-record, czyli puszczają kontrolowany przeciek. Codzienne konferencje prasowe w Białym Domu pokazują, jak profesjonalnie działają prasowcy rządu. Sztuka polega na tym, aby nigdy nie skłamać i powiedzieć możliwie najwięcej – aby zadowolić apetyt dziennikarzy – ale tylko tyle, ile można. W sytuacjach kryzysowych Biały Dom uruchamia mechanizm „spinu”, czyli próbę przedstawiania złej wiadomości w jak najlepszym świetle albo odwracania od niej uwagi przez ogłaszanie innej.

Uważani za najlepszych rzecznicy Białego Domu – jak Marlin Fiztwater u prezydenta Reagana i Busha seniora czy Mike McCurry u Clintona – opanowali ten kunszt do perfekcji. Inni, bardziej przeciętni, koncentrują się na tym, aby nie popełnić wpadki i mówią jak najmniej, czym doprowadzają reporterów do szewskiej pasji. Tego rodzaju kłopoty miał na przykład drugi rzecznik Busha Scott McClellan, który ścierał się z agresywnym reporterem MSNBC Dickiem Gregory, dziś pupilem Obamy. Sposób prowadzenia briefingów przez rzeczników jest zwykle pochodną dostępu, jaki sami mają do prezydenta. Ci, którzy byli z nim blisko od dawna albo wymogli prawo swobodnego wchodzenia do Pokoju Owalnego, wiedzą więcej i są lepiej przygotowani na trudne pytania.

Prezydent i jego najbliżsi współpracownicy rozmawiają także z mediami bezpośrednio. I tutaj rząd stara się jak najmniej pozostawić przypadkowi. Na transmitowanych na żywo konferencjach prasowych dziennikarze zachowują się dość kurtuazyjnie, często wcześniej ustala się, kto zada pytanie, ale i tak niektóre z nich są tak kłopotliwe, że prezydenci uchylają się od odpowiedzi, co nie umyka uwadze komentatorów. Dlatego łączna liczba konferencji i innych spotkań z prasą z reguły spada – było tak w wypadku prezydentury Clintona i Busha juniora. Co jakiś czas prezydenci i ich pretorianie udzielają wywiadów w telewizji, najczęściej w  niedzielnych, porannych programach publicystycznych.

Wyznaczeni notable zwykle występują tego samego dnia w różnych stacjach, mówią elokwentnie i precyzyjnie, ale niemal dokładnie to samo. Tylko czasami najlepszym dziennikarzom udaje się zadać pytanie tak, że dochodzi do interesującego spięcia wskazującego, że rozmówca nie był do końca przygotowany. Kolejne ekipy rządzące wysyłają np. najważniejszych członków kierownictwa najchętniej do niedzielnego telewizji CBS News, gdzie wywiady prowadzi dystyngowany, ale mało twardy Bob Schieffer. Unikały natomiast szczególnie dociekliwego Tima Russerta z NBC, a później George’a Stephanopoulosa z ABC.

Odwet za agresywność

Media stale stoją przed dylematem: czy mają być agresywne, narażając się władzy, czy zachowywać się oględniej, aby nie stracić dostępu do kluczowych rozmówców. Demaskator afery Watergate Bob Woodward łagodnie traktował ekipę Busha, aby nie spalić sobie kontaktów, potrzebnych mu do zebrania materiału do książek o prowadzeniu przez prezydenta wojen w Afganistanie i Iraku. Zdjął rękawiczki dopiero, gdy je napisał. W tym sensie media głównego nurtu w USA są nieodłączną częścią establishmentu. Kilka tygodni temu Obama udzielił wywiadów wszystkim niedzielnym programom telewizyjnym, z wyjątkiem konserwatywnej Fox News – bojkot był odwetem za agresywność, wrogość czołowych komentatorów i rzadsze niż w innych sieciach pokazywanie przemówień prezydenta.

Potrzebę oswajania prasy rozumieli już XIX-wieczni prezydenci, a 80 lat temu, u progu epoki radiowej, prezydent Herbert Hoover powołał pierwszego, wtedy jeszcze jednosoobowego, rzecznika prasowego Białego Domu. Machina informacyjna rozrastała się stopniowo wraz z ekspansją mediów audiowizualnych. Za rządów Eisenhowera nadano pierwsze, uprzednio nagrane, relacje telewizyjne z konferencji prasowych, a jego następca John F. Kennedy zezwolił na ich bezpośrednie transmisje. Lata 60. i 70. to okres rosnącej potęgi amerykańskich dziennikarzy. Sieci telewizyjne, ujawniając horror wojny w Wietnamie i mobilizując przeciw niej opinię publiczną, doprowadziły do wycofania stamtąd wojsk amerykańskich, a „Washington Post” spowodował upadek prezydenta Nixona.

Z kolei pojawienie się kablowych telewizji informacyjnych, nadających wiadomości przez całą dobę, sprawiło, że kolejne rządy USA znalazły się w jeszcze głębszej defensywie, często dowiadując się o wydarzeniach z CNN. Reakcją na to było dalsze rozbudowywanie pionu prasowego w Białym Domu i nasilające się próby kontroli medialnego przekazu. W czasie wojny nad Zatoką Perską w 1991 r. dziennikarzy nie wpuszczano już na front – Pentagon pozwalał na obserwowanie walk tylko z daleka. W grze o wpływy na opinię między mediami a rządem w lepszej pozycji są rządy mające za sobą większość w Kongresie – kiedy władza jest podzielona między dwie partie, opozycja dominująca na Kapitolu podsuwa prasie dużo więcej amunicji.

Przez 8 lat rządów Bush nie udzielił ani jednego wywiadu wiodącemu dziennikowi „New York Times”. Poprzednik Obamy nie znosił dziennikarzy prawie tam samo jak Nixon, a w ignorowaniu mediów pomogła mu też atmosfera zranionego patriotyzmu, panująca w USA przez większą cześć pierwszej kadencji po zamachach z 11 września 2001 r. Tym łatwiej było mu przedstawiać media jako niegodne zaufania i część oderwanych od mas elit. Bush bezceremonialnie używał telewizji Fox jako swej tuby propagandowej i stosował dość prymitywne metody, jak opłacanie prawicowych komentatorów (Armstrong Williams) i wysyłanie na briefingi urzędników rządowych, aby zadawali pytania, udając dziennikarzy. Obsesja tajności działań i blokowanie informacji przez „współprezydenta” Cheneya tylko podsycały niechęć prasy do rządu.

Genialnym pomysłem było natomiast wcielenie korespondentów do wojska przed wojną w Iraku, dzięki czemu widzowie telewizji mogli śledzić inwazję od środka, z pozycji walczących wojsk, i utożsamiać się z żołnierzami. Jednocześnie cały przekaz był po cichu, ale gruntownie cenzurowany. Także przed samą wojną ekipa Busha skutecznie poradziła sobie z mediami. W obawie przed oskarżeniami o brak patriotyzmu dziennikarze nie podnieśli alarmu w sprawie nieistniejącej broni masowego rażenia i fikcyjnych powiązań Saddama Husajna z Al-Kaidą, a niektóre, jak „New York Times”, wręcz publikowały „dowody” podsunięte przez rząd. Media zrehabilitowały się dopiero później, kiedy Bushowi wszystko zaczęło się sypać.

Potyczki z mediami

Pierwsze, miodowe miesiące rządów Obamy upłynęły bez konfliktów z mediami, jeśli nie liczyć epizodu z samego początku, gdy wbrew tradycjom ograniczono fotoreporterom dostęp do prezydenta i jego rodziny. Jak się okazało, był to sygnał tego, co miało nastąpić później. We wrześniu, gdy poparcie dla polityki Obamy spadło, Biały Dom wydał wojnę telewizji Fox, której czołowi publicyści nie kryją wrogości do niego i atakują go od inauguracji. Rząd nie tylko odmówił Foxowi wywiadu z Obamą, ale zarzucił prawicowej sieci, że nie jest „prawowitym medium”, tylko ideologiczną platformą do walki z prezydentem, a nawet wezwał inne media, by nie traktowały jej informacji poważnie.

Wywołało to efekt przeciwny do zamierzonego. W warstwie informacyjnej Fox stara się być bowiem obiektywny, a ataki płyną ze strony komentatorów – problemem jest raczej amerykański widz, który nie oddziela faktów od opinii. Dlatego kiedy Biały Dom zaproponował wywiad z jednym ze swoich wysokich rangą urzędników wszystkim sieciom telewizyjnym z wyjątkiem Foxa, te odmówiły, popierając konkurenta w odruchu branżowej solidarności. Mimo prób izolowania Foxa jego oglądalność rośnie i jest największa ze wszystkich informacyjnych stacji kablowych. Konserwatyści piętnują akcję przeciw Foxowi jako sygnał, że nowa ekipa sporządza „listę wrogów”, jak kiedyś Nixon.

Najbliżsi doradcy Obamy uchodzą za polityków doskonale czujących media. Jego główny strateg David Axelrod był w przeszłości dziennikarzem, a szef kancelarii Rahm Emanuel zręcznie podsuwa materiały na pierwszą stronę „New York Timesowi”, który niezmiennie wspiera prezydenta, chociaż w prawyborach obstawiał Hillary Clinton. Jeszcze w kampanii wyborczej szefowa biura komunikacji Obamy Anita Dunn chwaliła się, że sprawuje „stuprocentową kontrolę” nad tym, jakie przesłanie otrzyma opinia publiczna. W Białym Domu o taką kontrolę jest już znacznie trudniej, ale ekipa Obamy robi wszystko, by ją utrzymać, sięgając także po metody poprzednika.

Odpowiednikiem konserwatywnego Foxa jest lewicująca MSNBC. Jej gwiazdy, jak Keith Olberman czy Rachel Maddows, nie ustępują Seanowi Hannity i Glenowi Beckowi z Foxa w ideologicznym zacietrzewieniu i histerii, tyle że w obronie Obamy. Tylko mdła w swej politycznej poprawności CNN stara się zachować równowagę i bezstronność. Jej spadająca oglądalność odzwierciedla rosnącą polaryzację polityczną w USA – w zalewie informacji odbiorcy wolą słuchać poglądów, z którymi się identyfikują, niż samemu oceniać fakty. Jest też drugi problem: aby współpraca mediów z władzą nie przekształcała się w jednostronną manipulację, potrzebna jest równowaga sił między obiema stronami. A tu ostatnie lata przyniosły niepokojące zmiany.

Tradycyjne media, zwłaszcza drukowane, tracą odbiorców i dochody. Następuje erozja związanych z nimi autorytetów, takich, jakim był kiedyś zmarły w tym roku guru dziennikarstwa telewizyjnego Walter Cronkite. Nowe media – Internet, jego portale i narzędzia komunikacji – działają na innych zasadach. Niektóre zdają się funkcjonować jako wentyle frustracji, sieciowy odpowiednik tabloidów, a nie pośrednicy w racjonalnej refleksji nad polityką i nadzorcy władzy. Inne stają się politycznym narzędziem w rękach skrajnych orientacji i ugrupowań.Kryzys mediów głównego nurtu może zachwiać delikatną równowagą między władzą a jej recenzentami i komentatorami.

 

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Prof. Łętowska kontra syndyk spółdzielni. Szykuje się ciekawy i ważny proces

Prof. Łętowska: Tu nie chodzi o tych 550 zł, których domaga się ode mnie syndyk. Chętniej dam trzy razy tyle na cele dobroczynne, niż pójdę jak baran ciągnięty na rzeź w procederze ułatwiającym różnym cwaniakom wzbogacanie się.

Violetta Krasnowska
20.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną