Notatki ze zjazdu chasydów

Armia Rebego
Jest 28 Cheszwan 5770 r., za kwadrans rozpoczyna się doroczna kolacja na cześć 4 tys. shluchim – wysłanników chasydzkiej organizacji Chabad Lubawicz.
Falują kapoty, brody, pejsy i wystające spod surdutów tałesy, bo taniec jest dla chasyda najwyższą formą modlitwy
Meir Alfasi/Chabad Lubawicz

Falują kapoty, brody, pejsy i wystające spod surdutów tałesy, bo taniec jest dla chasyda najwyższą formą modlitwy

Chasydzi Chabad Lubawicz mieli w swojej historii siedmiu rebe
Meir Alfasi/Chabad Lubawicz

Chasydzi Chabad Lubawicz mieli w swojej historii siedmiu rebe

Chasyd, ma wyjątkowy entuzjazm do służby Bogu, ma w sobie radość, skromność i głęboki szacunek dla drugiego
Meir Alfasi/Chabad Lubawicz

Chasyd, ma wyjątkowy entuzjazm do służby Bogu, ma w sobie radość, skromność i głęboki szacunek dla drugiego

Przed gmachem Armery Hall kłębi się brodaty, odziany w czarne kapoty tłum. Dookoła światła policyjnych radiowozów, uzbrojeni po zęby żołnierze sił specjalnych i agenci w cywilu. Malutki kawałek Brooklynu wokół Union Street, Bedford Avenue i Eastern Parkway to tego wieczoru jedno z najlepiej strzeżonych miejsc w Stanach Zjednoczonych.

Po chwili morze czarnych chasydzkich kapeluszy wlewa się do zastawionej stołami hali. Białe obrusy, lśniąca zastawa, rzędy telebimów. Sędziwy rabin Moisze Kotlarski zaczyna od przypomnienia wielkiego wydarzenia, jakim 70 lat temu było przybycie z Europy do USA szóstego rebego Chabadu, który zapoczątkował edukację Żydów, mającą uchronić ich przed zgubnymi skutkami asymilacji; mówi także o siódmym – Menachemie Mendlu Schneersonie, zwanym po prostu Rebe – wierzącym, że każdy żyjący w najodleglejszym zakątku Ziemi Żyd powróci do swoich korzeni, jeśli tylko stworzy mu się do tego sposobność.

Rabin Kotlarski przywołuje 1951 r., w którym Rebe wyprawił w świat pierwszego wysłannika, oraz sześć kolejnych dekad, w czasie których skromna inicjatywa Chabadu rozrosła się do rozmiarów imperium złożonego z 4 tys. shluchim, rozsianych od Alaski po Patagonię, od Kapsztadu po Kazachstan i Nową Zelandię, od Hongkongu, Pekinu i Tokio po Tibilisi, Dniepropietrowsk i Warszawę. Łamiącym się głosem wspomina dwójkę wysłanników zamordowanych w Bombaju podczas ataku islamskich terrorystów na tamtejszy Dom Chabadu i podkreśla, że w obecnym trudnym czasie globalnego kryzysu żaden Dom Chabadu na świecie nie został zamknięty, a żaden wysłannik nie przerwał swojej misji. – Jestem pewien, że natchnieni wizją Rebego wysłannicy nie ustaną w swoich wysiłkach aż do chwili, gdy świat będzie ostatecznie gotowy na przyjście Mesjasza – kończy, wywołując gwałtowny entuzjazm zgromadzonych.

Siła chasyda

Chasyd, powiada rabin Szalom Stambler, działający od czterech lat w Warszawie (patrz „Misja rabina”), ma wyjątkowy entuzjazm do służby Bogu, ma w sobie radość, skromność i głęboki szacunek dla drugiego. Ale przede wszystkim chasyd ma rebe. Nie ma chasyda bez rebe. Do rabina Żyd idzie, gdy chce wiedzieć, co jest koszerne, jak ma robić interes, jak przestrzegać szabasu. Rabin jest jak prawnik, znawca żydowskich zasad. – A rebe to osoba duchowa, cadyk, pośrednik między Bogiem a nami. Nasz przywódca, taki mały Mojżesz. Prawdę mówiąc, rebe to nie jest ktoś, kogo rabin Stambler mógłby opisać podczas jednej rozmowy, bo rebe to jest ktoś ponad słowami. Chasyd cały rok ma takie marzenie, że przyjedzie do rebe, on będzie przemawiał, wszyscy będą śpiewali. Chasyd spojrzy na swojego rebe i już czuje płynącą od niego energię, bo chasyd jest jak żołnierz, którego dowódcą jest rebe.

Chasydzi Chabad Lubawicz mieli w swojej historii siedmiu rebe. Pierwszym był pod koniec XVIII w. Szneur Zalman z Ladów, założyciel Chabadu – ruchu religijnego, którego nazwę utworzyły początkowe litery hebrajskich słów: chachma (mądrość), bina (zrozumienie) i da’at (wiedza). Ilustrowały one cele ruchu, w którym poznanie rozumowe miało odgrywać główną rolę jako droga wiodąca ku Bogu. Siódmy i ostatni rebe – Menachem Mendel Schneerson – w połowie XX w. zainicjował działalność dzisiejszego Chabadu i sprawił, że dzięki wysyłanym w najodleglejsze rejony globu wysłannikom, stała się ona najdynamiczniej rozwijającą się chasydzką organizacją na świecie. Po śmierci w 1994 r. nadal pozostał najwyższym duchowym przywódcą Chabadu, a jego miejsca do dzisiaj nie zajął nikt inny.

Gdy rebe odchodzi, powiada rabin Stambler, z jednej strony jest to smutne, jest tragedia. Ale z drugiej strony to jest dobre, bo żyjąc rebe jest ograniczony swoją cielesnością, a gdy jego dusza jest w niebie, ma bardzo szerokie możliwości. Na pytanie, czy trudno jest dzisiaj być chasydem, rabin Szalom Stambler odpowiada, że nie, chociaż można myśleć, że tak, bo przecież taki nowoczesny świat, a taki tradycyjny chasyd.

Kuzyn rabina Szaloma Stamblera, rabin Meir Stambler z Ukrainy, mówi, że kiedyś Żydzi bali się, że świat materialny zagraża światu duchowemu, i uważali, że trzeba się od niego odseparować, aby się duchowo rozwijać. – Ale przecież zarówno elementy duchowe, jak i materialne świata pochodzą od Boga – zauważa. Bóg nie stworzył świata, byśmy się go bali, lecz byśmy go używali, mawiał Rebe, który w latach 70. po raz pierwszy zwrócił się do Żydów przez radio, a w latach 80. przemówił do nich na żywo w satelitarnej telewizji. Jego shluchim mieli być nie tylko dobrymi chasydami, ale przede wszystkim nowoczesnymi liderami, frontowym wojskiem potrafiącym w każdym miejscu świata zdobyć pieniądze na zorganizowanie żydowskiej społeczności, otwarcie synagogi, mykwy, jesziwy.

Rabin Meir Stambler przytacza starą chasydzką opowieść: pewien książę miał bardzo chore dziecko. Lekarze orzekli, że aby dziecku pomóc, musi oddać diament ze swojej korony, aby mogli zrobić z niego lekarstwo. Książę się nie zawahał, uratował dziecko, niszcząc drogocenny diament i koronę – symbol swojej władzy. – Rebe powtarzał, że Żydzi są dziś jak to chore dziecko. Nie dbają o sprawy duchowe, gonią za przedmiotami, nie wiedzą, co w życiu ważne. Ale jeśli można uleczyć chociaż jednego Żyda, to warto, nawet jeśli trzeba w tym celu poświęcić diament – mówi rabin Meir Stambler. A urodzony w Australii rabin Joseph Kantor dodaje: – Jeśli Żyd w jakimś miejscu świata potrzebuje duchowej pomocy, naszym zadaniem jest znaleźć to miejsce, tego Żyda i udzielić tej pomocy.

Ale podkreśla, że wysłannik nie stoi na straży żydowskich zasad, nie nawraca i nie prowadzi buchalterii swoich osiągnięć, bo Chabad to nie gra liczbowa ani policja Pana Boga. – Jesteśmy raczej jego przedstawicielami handlowymi.

Duchowe pogotowie ratunkowe

Mali chłopcy marzą o tym, aby być strażakami albo policjantami. Ja zawsze chciałem być wysłannikiem Rebego – zdradza rabin Kantor, od 16 lat wysłannik Chabadu w Tajlandii, gdzie na stałe mieszka zaledwie kilkuset Żydów, ale gdzie co roku przybywa 100 tys. młodych Izraelczyków z plecakami. Religijność wielu z nich jest płytka, ale z dala od domu tęsknią, ogarnia ich nostalgia. Rabin Kantor ma dla nich posiłek, łóżko, dostęp do Internetu i ożywczy zastrzyk duchowości. – Uczę ich bycia Żydem, niektórych od samego początku. Ale nie naciskam, to musi wyjść od nich. Ja akceptuję ich takimi, jakimi są.

Urodzony w Brazylii, ale działający w Peru rabin Schneur Zalman Blumenfeld, którego dziadek był chasydem cadyka z Ostrowca, doskonale zna szlaki wędrującej po Andach młodzieży z Izraela (co roku 15 tys.). Odwiedza ich w tanich hotelach, zaprasza do siebie. Są ciekawi świata, powiada, jedni próbują życia wśród Indian, inni szukają doświadczeń z narkotykami, a jeszcze inni pod jego wpływem zaczynają interesować się swoim zagubionym żydostwem.

Na początku byliśmy z żoną zupełnie sami i często głodowaliśmy, bo Rebe przed wyjazdem przekazał nam tylko błogosławieństwo – wspomina rabin Blumenfeld. Teraz, po 22 latach, w Peru działają synagogi, jesziwy, chedery, a do organizowanej przez niego kolacji sederowej, podczas święta Paschy, w mieście Cuzco zasiada co roku tysiąc Żydów z całego świata. W Izraelu piszą o tym w gazetach, pokazują w telewizji, bo większe sedery organizuje się tylko w Moskwie, Dniepropietrowsku i Katmandu, gdzie spotyka się nawet 3 tys. ludzi.

Dziś, oprócz pieniędzy, problemem rabina Blumenfelda bywa czasem samotność, która rodzi chwile słabości. Ale, jak powiada, gdyby Bóg nie chciał, abyśmy mieli chwile słabości, stworzyłby nas aniołami.

Najważniejszym instrumentem, jakim dysponuje wysłannik, jest miłość do innego napotkanego w świecie Żyda. Z tym, że jeden Żyd przyjdzie do Chabadu sam, z ciekawości, innego trzeba poszukać, dotrzeć do niego na ulicy, dworcu, w uniwersyteckim kampusie, w pociągu, w domu. Rabin Bentzi Sudak, chief-executive dla 200 shluchim z Wielkiej Brytanii, przyznaje, że wymaga to wytrwałości, a efekty bywają różne, bo liczni brytyjscy Żydzi są zamożni, wykształceni i szybko się asymilują. – Czują się komfortowo, dlatego nie tęsknią, nie mają wrażenia osamotnienia i opuszczenia, jak Żydzi z Azji czy Ameryki Płd. To sprawia, że w młodości często odchodzą od judaizmu. Jeśli dzięki nam wracają, to dopiero, gdy ich dzieci dorosną, a oni zaczynają się czuć samotni.

Do Żydów w niektórych częściach świata dociera się ze szczególnym trudem. – Na początku lat 90. na Ukrainie widywałem w tramwajach i na ulicach wielu Żydów. Rozpoznawałem ich bez trudu, patrzyliśmy na siebie, a w ich oczach dostrzegałem strach, że zostaną rozpoznani – opowiada rabin Meir Stambler, który w 1989 r. jako student jesziwy został wysłany do ZSRR z pierwszą grupą rabinów z brooklyńskiego Centrum Chabadu. Jako najstarszy syn właściciela kilku fabryk w Izraelu był pewien, że kiedyś przejmie rodzinny interes. – Ale zobaczyłem Ukrainę i wiedziałem, że muszę wrócić tam jako wysłannik. Czułem, że nic mnie nie powstrzyma, chociaż nie taki był mój pomysł na życie.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną