„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Świat

Odwrócony

Czego Obama nie wiedział o Ameryce?

Wyborcy są rozczarowani Wyborcy są rozczarowani kencf0618 / Flickr CC by SA
Rok temu Ameryce narodził się zbawiciel. Dziś kult Baracka Obamy osłabł, a rodacy coraz częściej widzą w nim przybysza z innej planety. Pozbawionego emocji mózgowca.
Wujek ObamaZol87/Flickr CC by SA Wujek Obama

Kiedy Barack Obama prawie rok temu obejmował władzę, dla wielu Amerykanów był kimś w rodzaju półboga, zdolnego w nadprzyrodzony sposób poradzić sobie z nawałem problemów, jakie spadły na kraj. Zawrotna kariera nieznanego do niedawna senatora z Chicago, przejmującego mówcy, któremu mimo potknięć wszystko się udawało i który jako pierwszy Afroamerykanin zamieszkał w Białym Domu, zdawała się przeczyć prawom politycznej fizyki, zwiastować nową epokę. Jako prezydent Obama okazał się – jak piszą dziś amerykańscy komentatorzy – śmiertelny i nie czyni cudów. Objawił się też swoim rodakom z nowej, nieznanej strony.

Ogromne oczekiwania wobec Obamy wiązały się ze szczególnym momentem jego wyborczego zwycięstwa. Ameryka wpadła akurat w najgłębszy kryzys gospodarczy od czasów Wielkiej Depresji, miliony ludzi zbiedniały z dnia na dzień, kraj prowadził dwie wojny i pogłębiało się poczucie jego słabnącej pozycji na świecie. Portret pierwszego czarnego prezydenta widziano już na Górze Rush-more, obok gigantów historii USA. Miał być nowym Lincolnem, który doprowadzi do końca proces rasowego pojednania, a może nawet zasypie podziały ideowe na Amerykę „niebieską” i „czerwoną”, co zapowiadał w kampanii.

Latynosi pokładali w nim nadzieję na otwarcie granic i legalizację indocumentados. Dotknięci recesją widzieli w Obamie wcielenie Roosevelta, który wprowadzi w życie współczesną wersję New Deal. Lewica liczyła na zmniejszenie nierówności i większe bezpieczeństwo socjalne, na modłę Kanady i Europy Zachodniej. Dla młodych, którzy na niego głosowali, i ich rodziców z pokolenia baby boomers był nowym Kennedym, który wskrzesi idealizm bezinteresownej służby społecznej.

Miodowy miesiąc

Przemówienie inauguracyjne Obamy zdawało się potwierdzać, że nastąpią wielkie zmiany – zarysował w nim wizję śmiałych reform opieki zdrowotnej, oświaty i energetyki – tym bardziej że Kongres znajdował się już pod kontrolą demokratów. Główne nadzieje opierały się jednak na osobowości nowego prezydenta, jego charyzmie, zdolnościach komunikacyjnych i fakcie, że stanowił przeciwieństwo niepopularnego poprzednika – dostrzegał złożoność rzeczywistości, potrafił przyznać się do błędu i otoczył się ludźmi kompetentnymi.

Obama i jego urodziwa małżonka fascynowali Amerykanów, jak kiedyś JFK i Jacqueline. Pierwsza Para znowu stała się tematem dla magazynów, a nawet tabloidów – z tych ostatnich dowiedzieliśmy się ostatnio, że małżeństwo Baracka i Michelle przeszło wiele burz. Tylko dla satyryków nastały ciężkie czasy – celebryci z Białego Domu nie dostarczali materiału do dowcipów, a jeśli nawet, to sympatyzujący z nimi show-biznes wyraźnie ich oszczędzał. Zamiast na Obamach telewizyjni dowcipnisie wyżywali się na skorym do gaf wiceprezydencie Bidenie i szefowej dyplomacji Hillary Clinton.

Miodowy miesiąc Obamy trwał długo, ale powoli gasł. W lecie okazało się, że reforma ubezpieczeń zdrowotnych napotyka zażarty opór opozycji i zaostrza polityczną polaryzację w kraju. Rosnące bezrobocie mimo ogłoszenia końca recesji i straty w Afganistanie sprawiły, że notowania prezydenta zaczęły spadać. Jak wskazują sondaże, Amerykanie wciąż go lubią i cenią – aprobata dla jego osoby oscyluje wokół 50 proc. – ale stopniało poparcie dla jego polityki. Nie przyjęto dobrze jego niskich ukłonów przed cesarzem Japonii, wyjazdu do Kopenhagi na losowanie olimpiady, gdzie Chicago poniosło dotkliwą porażkę, ani wizyty w Chinach, gdzie gospodarze zdawali się go pouczać i dyktować warunki przywódcy supermocarstwa.

Prezydent stracił poparcie niezależnych wyborców, którzy postawili na niego w 2008 r. W listopadzie „Saturday Night Live”, popularny program nocny w telewizji NBC, po raz pierwszy zakpił z Obamy w skeczu, przedstawiając przemówienie prezydenta, w którym oświadcza, że nie można go za nic winić, ponieważ – jak mówi – „dokładnie nic nie zrobiłem”. Worek z dowcipami rozwiązał się po przyznaniu mu na kredyt pokojowej Nagrody Nobla.

Cool doktor

Obama jest anty-Bushem w każdym calu. Kontrast między nimi zaznaczył się szczególnie, kiedy prezydent zastanawiał się, co dalej robić w Afganistanie. Od chwili, gdy dowódca operacji NATO gen. Stanley McChrystal poprosił o dodatkowe 40 tys. żołnierzy, narady z generałami i gabinetem wojennym w Białym Domu trwały trzy miesiące. Wahania były zrozumiałe, gdyż eskalacja wojny nie ma poparcia we własnej partii prezydenta, ale z drugiej strony – wytknęli mu krytycy – sam powtarzał wcześniej, że to w Afganistanie rozstrzyga się walka z islamskim terroryzmem i od jej wyniku zależy bezpieczeństwo Ameryki. Prawdziwy przywódca potrafi iść pod prąd i przeciwstawić się naciskom. Hamletyzowanie wywołało komentarze: czy rzeczywiście wie, czego chce? W co właściwie wierzy? Obama ostatecznie zgodził się na plan McChrystala, chociaż skorygowany i złagodzony strategią wyjścia, czyli zapowiedzią rozpoczęcia redukcji wojsk w połowie 2011 r. Zebrał za to oklaski jastrzębi z prawicy, którzy gratulowali mu odwagi, z jaką stawił czoła pacyfistom w Partii Demokratycznej.

Ale nie rozproszyło to wątpliwości. Przemówienie Obamy w West Point, w którym ogłosił nową strategię, oceniono źle: była w nim logiczna argumentacja, ale zabrakło pasji. Kiedy wysyła się wojska na wojnę – wypomnieli mu komentatorzy – trzeba zatrąbić do boju, użyć wzniosłych słów, obrazowych metafor, jak by to zrobili Reagan albo Churchill.

Trudno porównywać II wojnę światową z operacją w Afganistanie – przyznaje w „Time” Joe Klein, ale zauważa słusznie, że niezbyt może pasująca do obecnej wojny romantyczna frazeologia jest częścią militarnej subkultury wszędzie i od wieków, więc „wysyłając żołnierzy, należało się w nią wpisać”. W przemówieniu znalazły się natomiast rozważania o tym, jak recesja w USA ogranicza możliwości prowadzenia operacji w Afganistanie, co było już wyraźnym zgrzytem – sugerowało, że wódz naczelny ma wątpliwości.

Obama jest jednak trawiony wątpliwościami we wszystkim – to jego natura i styl rozmowy z rodakami. „Nigdy nie jest się stuprocentowo pewnym, że kurs działania, który się wybrało, doprowadzi do celu” – powiedział tygodnikowi „US News&World Report”. Podejmując decyzje, nie kieruje się instynktem, jak Bush czy Reagan, tylko długo roztrząsa wszystkie za i przeciw. To skrajnie analityczna osobowość; jest cool nie tylko w sensie metaforycznym, ale także w tym dosłownym – chłodny, jakby pozbawiony emocji. Do tego stopnia, że zaczęto go porównywać z Doktorem Spockiem, postacią z popularnego serialu science fiction „Star Trek”. Dr Spock, oficer naukowy na statku kosmicznym, był pół-człowiekiem, pół-stworem z innej planety.

Prosimy o więcej poezji

Mózgowcy są rzadkością w amerykańskiej polityce. Bardziej od intelektu ceni się tutaj odruch serca. W Ameryce trzeba dotrzeć z przesłaniem do wszystkich, nie tylko do elit. Politycy-intelektualiści zwykle nie odnoszą sukcesów – wyjątkiem był Woodrow Wilson, ale już Adlai Stevenson przegrał dwukrotnie walkę o prezydenturę (w 1952 i 1956 r.), a dorobku Jimmy’ego Cartera, prezydenta o bardzo wysokim IQ, nie ocenia się dobrze. W przypadku Obamy jego komputerowo-analityczna osobowość jest dla Amerykanów tym bardziej zaskakująca, że kłóci się ze stereotypem czarnoskórego polityka: czarni przywódcy w USA tradycyjnie odwoływali się do emocji.

Narzekania na chłodną refleksyjność Obamy słychać raczej z lewej strony wachlarza opinii. „Prosimy więcej poezji” – pisze wzięty felietonista „New York Timesa” Thomas L. Friedman. – To inny Obama niż ten, którego znamy z kampanii, brak mu pasji. Jeśli chce się inspirować, coś zasadniczo zmienić, trzeba rzucić się w nieznane, wykonać skok na wiarę – mówi prof. Alan Lichtman z American University. Amerykańscy liberałowie są bowiem mocno rozczarowani swoim idolem. Mają do niego pretensje o sposób walki z kryzysem – dzięki funduszowi TARP złodziejscy bankierzy spadli na cztery łapy, a zwykli ludzie wciąż są bez pracy. Rozgoryczenie wywołują kompromisy w batalii o reformę opieki zdrowotnej – dlaczego zrezygnowano z państwowej ubezpieczalni, która miała być alternatywą i konkurencją dla firm prywatnych, które żyłują ceny polis?

Niezadowoleni są geje, ponieważ Obama odmówił nakazania Pentagonowi, aby zniósł system „nie pytaj i nie mów”, uniemożliwiający ujawnianie w wojsku orientacji seksualnej. Bojownicy o czystość polityki ze zgrozą obserwują, jak Obama uchyla swoje własne przepisy, zabraniające zatrudniania w rządzie lobbystów. Frustracji nie kryją obrońcy praw człowieka, którzy przypominają prezydentowi obietnicę zamknięcia Guantanamo, co odsuwa się w czasie. Zdradzeni czują się pacyfiści-izolacjoniści. Po decyzji o zwiększeniu sił w Afganistanie podniosła się burza protestów w cyberprzestrzeni zaludnionej przez wyznawców Obamy. „O’Bomber” – nazwano go na portalu MoveOn.org. „Po czyjej stronie jest Obama?” – zapytał w „Washington Post” Steven Pearlstein, krytykując prezydenta, że pozwala kwitnąć Wall Street, gdy inni cierpią.

Na fali i pod prąd

Odpowiedź na to pytanie wydaje się, mimo wszystko, oczywista. Kiedy jesienią, na dnie kryzysu, po raz pierwszy ujawniono, że bossowie banków wciąż przyznają sobie milionowe premie, Obama zareagował natychmiast, ostro krytykując w telewizji te praktyki. Było to uderzająco spontaniczne. Szybko jednak okazało się, że aby odkręcić sprawę, trzeba by unieważnić uprzednie kontrakty, co groziło pozwami.

Stało się też jasne, że ceną uratowania systemu finansowego przed katastrofą jest uzdrowienie banków, a więc i pozwolenie, aby przynajmniej część menedżerów sama posprzątała po sobie. Ameryka to nie Chiny ani Wenezuela. Lekcja taka, jedna z wielu, mogła być dla prezydenta potwierdzeniem słuszności drogi, jaką podążał – stawiania sobie śmiałych celów, ale ich realizacji metodą drobnych kroków.

Obama jest realistą przekonanym, że polityka to sztuka osiągania możliwego w nadziei, że z czasem pole możliwości się rozszerzy. Tak przebiega walka o reformę ubezpieczeń zdrowotnych, która będzie mocno niedoskonała, ale zostawia furtkę do późniejszych zmian. Pragmatyzm Obamy łączy się z jego racjonalizmem i przejawia się także w zespołowo-dyskursywnym stylu podejmowania decyzji, jak z wysłaniem wojsk do Afganistanu. Jego Rada Bezpieczeństwa Narodowego liczy około 200 osób – najwięcej w historii tego ciała – gdyż prezydent ceni sobie każdy argument. Taki analityczny i kolektywny sposób rządzenia nie podoba się rozczarowanej lewicy, ale – jak zauważył przenikliwy konserwatywny komentator „New York Timesa” David Brooks – ma swoje zalety: ułatwia korekty kursu, dostosowywanie go do zmieniającej się rzeczywistości. Do czego, na przykład, długo nie był zdolny prezydent Bush, uparty i otoczonymi apodyktycznymi megalomanami.

Niewykluczone jednak, że ten styl jak i kompromisy wymusiły też okoliczności. Sam Obama bowiem, przenosząc się do Waszyngtonu, też chyba czegoś się nauczył. Wątpliwe, żeby był tak naiwny, aby wierzyć we własne zapowiedzi z kampanii wyborczej, iż zniesie ideologiczne podziały i zażegna partyjne spory. Polaryzacja polityczna w USA postępuje i nasiliła się jeszcze w ostatnim roku. Czy naprawdę sądził, że skoro został prezydentem dzięki milionom młodych Amerykanów porozumiewających się i sponsorujących jego kandydaturę w Internecie, oczyści także politykę w stolicy, osłabiając wpływy tradycyjnych grup interesów broniących status quo? Tu nic się nie zmieniło: lobbyści trzymają się mocno. Ale można przypuszczać, że myślał, iż pójdzie mu nieco łatwiej. Fala, jaka niosła go do Białego Domu w zeszłym roku, stwarzała niekiedy złudne wrażenie, że Ameryka wkracza w całkiem nową epokę.

Być może rację mają konserwatyści, zdaniem których Obama i jego entuzjaści nie doceniają siły tej Ameryki, gdzie rząd dusz sprawuje Sarah Palin i Rush Limbaugh. Prezydent, wychowany na liberalnych wybrzeżach USA i politycznie ukształtowany w wielkomiejskim Chicago, mówił w kampanii o mieszkańcach amerykańskiego interioru pobłażliwie jako o ludziach, którzy „kurczowo trzymają się swoich spluw i swojej religii”.

Ameryka to kraj wciąż centroprawicowy, powtarzają komentatorzy „Wall Street Journal”, przytaczając sondaże, według których większość społeczeństwa nie chce większej roli państwa, 40 proc. określa się jako konserwatyści, a tylko 20 proc. uważa się za liberałów. Ta Ameryka nie życzy sobie europejskiego państwa opiekuńczego, które – jak twierdzą krytycy Obamy – pragnie on wprowadzić. Czy nie zdziwiło go, że demonstranci z prawicowego ruchu Tea Party nazywają go socjalistą?

 

Autor jest korespondentem PAP w Waszyngtonie.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Wymarsz z religii

W szkołach średnich, w dużych miastach, uczestniczący w lekcjach religii to już mniejszość. Topniejąca z roku na rok.

Joanna Podgórska
01.12.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną