Świat

Kibuc w luce

Kibuc, który żyje z produkcji sprzętu wojskowego

Duma kibucu, opancerzony pojazd M-ATV efekt współpracy z amerykańskim koncernem Oskosh. Duma kibucu, opancerzony pojazd M-ATV efekt współpracy z amerykańskim koncernem Oskosh. U.S. Air Force photo/James M. Bowman / Wikipedia
Ruch kibucowy, który przez dziesiątki lat stanowił dumę Izraela, nie wytrzymał starcia z otaczającym światem. Chyba że, jak kibuc Sasa znalazł nowy sposób na przetrwanie.
Kibuc Sasa w 1948 r.National Photo Archive/Wikipedia Kibuc Sasa w 1948 r.

W kibucu Sasa nie uprawia się gajów cytrusowych i nie hoduje bydła. Sasa produkuje... pojazdy opancerzone. Dopóki trwać będą na świecie wojny, klientów im nie zabraknie. Około 4 mln dol. na głowę to czysty roczny dochód mieszkańców tej malowniczej osady położonej na zalesionych stokach Gór Galilejskich, w bezpośrednim sąsiedztwie grobów wielkich cadyków, twórców kabały, czyli żydowskiego mistycyzmu.

Podczas gdy komitet obchodów stulecia gorączkowo poszukuje sponsorów, gotowych sfinansować uroczystości związane z powstaniem pierwszej wspólnoty rolniczej, zakłady Plasan, stanowiące własność kibucu Sasa – przy współudziale amerykańskiego koncernu Oshkosh, producenta specjalistycznych ciężarówek, oraz firmy Navistar Defense – podpisały nową umowę na dostawę ponad 6 tys. pojazdów opancerzonych dla armii amerykańskiej. Wartość transakcji: 770 mln dol.

Nie o takiej wspólnocie marzyło 12 imigrantów z Białorusi, którzy w 1910 r. osiedlili się nad jeziorem Genezaret i założyli pierwszą na świecie niemal utopijną komunę, nazwaną później kibucem Degania. Wspólnota oparta była na całkowitym równouprawnieniu wszystkich członków, zrzeczeniu się własności prywatnej i zakazie pracy najemnej. Z biegiem lat służyła jako przykład dla ponad 300 kolejnych izraelskich kibuców, które powstały przed i po uzyskaniu niepodległości. Urodziło się w nich lub wychowało czterech premierów, a większość kibucowej młodzieży wybierała niebezpieczną służbę w jednostkach komandosów. Niemal trzy czwarte ziemi rolnej w całym kraju uprawiali członkowie kibuców, w których dyrektor mleczarni i zwykła dojarka otrzymywali takie same kieszonkowe.

Dzisiaj wzdłuż szosy biegnącej brzegiem jezior ogromne szyldy wabią przejezdnych ofertą nabycia działek pod budowę jednorodzinnych domów w częściowo sprywatyzowanej Deganii. Jej członkowie otrzymują pobory stosownie do wykonywanej pracy, a za posiłki w stołówce muszą płacić. Także za prąd, wodę i gaz. Wciąż jeszcze nieuregulowana jest sprawa zasiłków dla emerytów. Pod tym względem Degania niewiele się różni od pozostałych kibuców. Niektóre z trudem wiążą koniec z końcem, inne utrzymują się na powierzchni tylko dlatego, że wydzierżawiły ziemię pod budowę restauracji i galerii. Ich z daleka widocznym znakiem firmowym stały się wieże z firmowym logo McDonald’sa.

Wygodna komuna

Kibuc Sasa, który ma 200 członków, zatrudnia 1450 pracowników, przeważnie Żydów i Arabów z galilejskich wiosek. Utrzymane tu zostały podstawowe zasady komuny. Wprawdzie poziom życia wzrósł do standardów przyjętych w sektorze prywatnym, ale zarówno mieszkania kibucników, jak i prosperujący zakład wciąż jeszcze stanowią własność wspólnoty. „Pieniądze nas nie zepsuły; żyjemy wygodnie, inwestujemy w przyszłość, budując domy dla młodych, wykształconych ludzi, którzy po uszy mają miejskiego wyścigu szczurów i pragną tworzyć z nami coś nowego. Założyliśmy fundusz emerytalny, każdy z nas ma zapewnioną wygodną starość. Nie mamy jednak zamiaru zmieniać stylu życia ustanowionego przez założycieli kibucu, imigrantów z USA, Francji i Niemiec” – opowiadał dyrektor Plasanu Dani Ziv w wywiadzie dla telawiwskiego pisma „Markerweek”.

Branżowy tygodnik „Defence Week” określa Izrael jako trzeciego największego na świecie eksportera broni, sprzętu bojowego i technologii wojskowych. Wśród najbardziej znanych firm wymienia izraelskie Rafael, Elbit czy Israel Aircraft Industries. Plasan, założony w 1986 r. na dalekiej prowincji, nie miał widoków na konkurowanie z gigantami, którym dyplomacja i porozumienia międzyrządowe ścieliły drogę do nabywców w Stanach Zjednoczonych, Turcji, Indiach, Singapurze, Wielkiej Brytanii, Sri Lance, a także w Polsce i innych krajach świata. Kibucowe przedsiębiorstwo, opierając się na kwalifikacjach zawodowych kilku członków wspólnoty, znalazło własną lukę na rynkach światowych: opancerzanie samochodów vipów i dygnitarzy państwowych, a niewykluczone, że także dla wielkich gangsterów. Nikt nikogo nie pytał o świadectwo moralności. Był popyt, była podaż.

Można powiedzieć, że złapaliśmy Pana Boga za nogi, gdy w marcu 2003 r. Amerykanie zaplątali się w awanturę wojenną w Iraku – wyjaśnia Dani Ziv.Z dnia na dzień zwiększyło się zapotrzebowanie na opancerzone pojazdy. Z naszą wiedzą i doświadczeniem znaleźliśmy się we właściwym miejscu we właściwym czasie. Jako podwykonawca koncernu Navistar Defense wygrali przetarg na opancerzenie 5,5 tys. pojazdów. Wartość zamówienia przekraczała miliard dolarów. Żaden koncern zbrojeniowy nie mógł zagwarantować tak krótkich terminów.

Oferta specjalna

Kibucowe zakłady zaoferowały całkowicie odmienną budowę pojazdu opancerzonego, opartą na doświadczeniu wojen, które Izrael prowadził od ogłoszenia niepodległości. Wynikało z niego, że miny i materiały wybuchowe umieszczane na drogach powodowały znacznie więcej ofiar aniżeli pociski przeciwpancerne. Plasan miał w ofercie pomysł na jedyny w świecie pojazd, który chroniłby żołnierzy przed skutkami takiego ataku. Jak większość genialnych wynalazków, także patent Plasanu był w gruncie rzeczy bardzo prosty: aby zneutralizować śmiertelny cios, podwozie zostało odłączone od podłogi; przyczepiono je do kuloodpornej konstrukcji dachu i bocznych ścian pojazdu. W przeciwieństwie do innych pojazdów pancernych, siedzenia żołnierzy i kierowcy nie są umocowane na stałe, ale podwieszone na elastycznej konstrukcji. A koła mogą się obracać nawet po wybuchu miny.

Następnym wyzwaniem była troska nie tylko o bezpieczeństwo załogi, ale także stworzenie możliwości natychmiastowego opuszczenia zaatakowanego pojazdu. Otwieranie ciężkich stalowych drzwi wspomagane jest ciśnieniem sprężonego powietrza; z łatwością można usunąć boczne ściany i wyskoczyć na pobocze, a w przypadkach krytycznych specjalna drabinka umożliwia ucieczkę przez dach – wyjaśnia jeden z głównych inżynierów koncernu Plasan. Zapytany o nazwisko, odpowiada: – Nazwisko nie ma znaczenia; jestem członkiem kibucu, mieszkam z żoną i dwojgiem dzieci w mieszkaniu o powierzchni 54 m kw., obiady jadam w kibucowej stołówce. Podoba mi się życie w kibucu, kocham otaczającą nas przyrodę. W każdym zachodnim koncernie zbrojeniowym zarabiałby dziesiątki tysięcy dolarów miesięcznie.

Ściany w biurach przedsiębiorstwa wyklejone są listami, w których żołnierze walczący w Iraku i w Afganistanie dziękują za uratowanie im życia. Plasan jest w tej dziedzinie bezkonkurencyjny, ponieważ ważniejsze rozwiązania technologiczne zostały opatentowane niemal we wszystkich krajach świata.

 

Płynne know how

Ponieważ kibuc Sasa nie mógł sfinansować wszystkich projektów z własnych środków, a izraelskie banki nie chciały podjąć ryzyka kredytu, narodził się pomysł zacieśnienia współpracy z firmami amerykańskimi. W ciągu kilku miesięcy w Stanach Zjednoczonych powstał pierwszy zagraniczny zakład produkcyjny Plasanu. Przed trzema laty, gdy wzrosło zaangażowanie sił NATO w Afganistanie, uruchomiono filię także we Francji.

Oddział w Vermont został zarejestrowany jako amerykańska spółka akcyjna, mimo że wszystkie akcje stanowią własność kibucu. Rozwiązanie takie ułatwia przepływ know how z Izraela do Ameryki i odwrotnie. Przepisy obowiązujące firmy zagraniczne w Stanach zezwalają na import wiedzy technologicznej, ale jej eksport związany jest z licznymi ograniczeniami. Bez swobodnego przepływu informacji z Galilei do Vermont i na odwrót rozwój przedsiębiorstwa po obu stronach oceanu byłby prawie niemożliwy. Plasan zatrudnił najlepszych prawników, aby znaleźć drogi okrężne. Udało się ominąć biurokratyczne przeszkody. Mimo to nawet dyrektor Dani Ziv wciąż jeszcze musi otrzymywać od Amerykanów specjalną przepustkę, aby móc przekroczyć bramę własnych zakładów w USA.

Obecnie Plasan dostarcza swoim klientom tysiąc pojazdów dziennie. Osiągnięcie takich wyników byłoby niemożliwe bez współpracy z 2,5 tys. podwykonawców produkujących podzespoły – oczywiście według specyfikacji zleceniodawcy. Niektóre firmy ulokowały się w bezpośredniej bliskości kibucu Sasa, ale większość rozrzucona jest po całej Ameryce. Jeśli jeden podwykonawca spóźnia się z dostawą, lukę natychmiast wypełnia jego konkurent. Rzecz zrozumiała, taki system pracy wymaga wielkiej zdolności zarządzania i kładzie na barki dyrekcji ogromną odpowiedzialność za logistykę. Aby wygrać przetarg, Plasan musi udowodnić, że wszystkie tryby tej skomplikowanej maszyny są dobrze naoliwione i działają bez zarzutu.

Milionerzy z kibucu

To chyba ostatni kibuc, gdzie nie martwią się o jutro. Nic nie wskazuje na to, że za rok, dwa lub za dziesięć nie będzie zapotrzebowania na pojazdy chroniące żołnierzy przed śmiercią. Jedyna obawa to konkurencja. W gruncie rzeczy Plasan jest liliputem na arenie pełnej gigantycznych drapieżników, bezwzględnie walczących o każdego dolara. Armia amerykańska, stanowiąca 70 proc. rynku światowego, planuje opancerzenie 100 tys. pojazdów kosztem 40 mld dol. Wkrótce rozpisane zostaną przetargi. Będzie to poker, w którym tacy gracze jak Plasan nie są w stanie licytować. – Jeśli do gry przystąpi na przykład koncern General Dynamics, obracający 20 mld dol. rocznie i zatrudniający 90 tys. ludzi, niewątpliwie zepchnie nas na margines. Wówczas pozostanie jedynie kwestia szerokości tego marginesu – konkluduje Dani Ziv.

Tymczasem zagrożenie konkurencją nie skłania członków kibucu do opróżnienia kont bankowych i podzielenia się zaoszczędzonymi milionami. Przeciwnie: zamiast zbudować kryty basen i pole golfowe, wspierają finansowo regionalne liceum im. Anny Frank, w którym kształci się okoliczna młodzież – Żydzi, Arabowie i Czerkiesi. Liczne fundacje filantropijne również korzystają ze szczodrości kibucu. Na daleko idący optymizm wskazuje wielomilionowa inwestycja w budowę dodatkowej montażowni. Oszczędności chyba długo poleżą w skarpecie, a wnuki kibucowych milionerów podczas następnych rocznic, tak samo jak dziś, świętować będą przy skrzydełku kury, kaszy i soku pomarańczowym, choć stać by ich było na przyjęcie w paryskim Ritzu.

 

Polityka 13.2010 (2749) z dnia 27.03.2010; Świat; s. 82
Oryginalny tytuł tekstu: "Kibuc w luce"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną