Dręczyć muzyką
Protest przeciwko więzieniu w Guantanamo przed Białym Domem, kwiecień 2009 r.
Roger L. Wollenberg/UPI/BEW

Protest przeciwko więzieniu w Guantanamo przed Białym Domem, kwiecień 2009 r.

Tekst pochodzi z 19. numeru Tygodnika 'Forum', dostępnego w kioskach od poniedziałku 10 maja
Forum

Tekst pochodzi z 19. numeru Tygodnika "Forum", dostępnego w kioskach od poniedziałku 10 maja

Pieśni triumfalne, męczące oraz męska muzyka z list przebojów

Pierwsza grupa to pieśni triumfalne, piosenki dla uczczenia amerykańskiego zwycięstwa, które ma być więźniom poprzez częste powtarzanie boleśnie wtłoczone do świadomości. Takim utworem jest „We are the champions” Queen. Albo „Born in the U.S.A.”, song Bruce’a Springsteena, który ciągle jeszcze jest błędnie interpretowany jako gloryfikacja amerykańskiej wielkości i pewności siebie. Pod kategorię tę podchodzić może także „Babylon” brytyjskiego soft-rockmana Davida Gray’a.

Druga grupa to piosenki męczące, heavymetalowe albo industrialne. Na przykład „Enter Sandman” zespołu Metallica lub "March of the Pigs" Nine Inch Nails. Muzyka wybrana specjalnie, by więźniowi zadawać ból.

Trzecia kategoria to męska muzyka z list przebojów, country, rock mainstreamowy, hip-hop. Muzyka, którą żołnierze jako akustyczny wał ochronny zabierają z sobą na patrol. Muzyka, której chętnie słuchają i która nie działa na nerwy, gdy donośnie słychać ją z cel, ponieważ długotrwałe aplikowanie muzyki muszą wytrzymywać także i żołnierze.

I w końcu pop, piosenki Christiny Aguilery czy Britney Spears, służyły do upokarzania seksualnego. Jako element większych scenariuszy, w ramach których poniża się więźniów.

To obrzydliwe, że nasza muzyka jest w tak barbarzyński sposób nadużywana”, powiedział Tom Morello, gitarzysta lewicowego zespołu Rage Against the Machine, amerykańskiemu magazynowi muzycznemu „Spin”. „Gdy się wie, za czym ideologicznie się opowiadamy, to jest to trudne do zniesienia.”

Pop dysponuje wielką emancypacyjną siłą, a przecież istnieje także długa tradycja buntowniczych stylów muzycznych, które zawsze kokietowały torturą. Muzyki tworzonej tak, że rodzice nie mogli jej wytrzymać.

Dla piosenki rockowej droga do Guantanamo jest zatem nie mniej prawdopodobna niż droga na scenę Live Aid. Na przekór Bono Voxowi i całemu folklorowi spod znaku „Rock Gegen Rechts” (Rock przeciwko prawicy).

Nie mogę tego oceniać aż tak źle”, mówi Stevie Benton, basista nu-metalowego zespołu Drowning Pool. „Parę godzin głośnej muzyki – w USA przecież dzieciaki za to płacą.”

Do kontraktywistów nie należy także amerykański zespół Metallica, założony w 1981 r. w Los Angeles i ciągle jeszcze uważany za jedną z najlepszych metalowych kapel świata. W wywiadach wokalista James Hetfield cieszył się z tego, że jego muzyka służy do torturowania więźniów.

Pobrzmiewał w tym nawet jakby patriotyzm, bo Hetfield uważa się za kogoś, kto amerykańskim oddziałom pomaga zwyciężać wrogów. Ale odzywa się tu też osobliwa forma zawodowej dumy. „Naszych rodziców, nasze żony, ludzi, których kochamy, od zawsze karaliśmy tą muzyką. Dlaczego z Irakijczykami miałoby być inaczej?”, powiedział. „Jakaś część mnie jest nawet dumna z tego. Hej, wybrali Metallicę!“

Rzeczywiście, to przede wszystkim metal jest bezpośrednim przekazem z piekła młodych mężczyzn, muzyką, która mówi o nieszczęściu i bólu bycia młodym mężczyzną. Chodzenie na metalowe koncerty oznacza zawsze to samo samopotwierdzenie: mogę to wszystko wytrzymać. Podczas przesłuchania dzieje się rzecz odmienna: więzień jest przeciągany przez granice tego, co można wytrzymać.

W muzyce popularnej ostatnich 30 lat miały miejsce także techniczne wynalazki, które uczyniły ją przydatną do użycia w izbach przesłuchań. Na przykład praca nawiedzonych inżynierów dźwięku, którzy przy pomocy zaawansowanych technologii studyjnych wydobywają z pasm częstotliwości ostatnie możliwości.

Nawet na popkulturowych marginesach, jak muzyka industrialna, takie zespoły jak Throbbing Gristle czy Psychic TV już w latach osiemdziesiątych igrały z pomysłem, że muzyka może wyrażać także ciemną stronę władzy i przemocy.

Gdy idzie się na koncert lub do klubu, to szuka się głośnej muzyki, błysków świateł. Chce się popaść w ekstazę. To, co my przeżyliśmy, to dokładnie to samo, tylko po drugiej stronie skali”, potwierdza Ruhal Ahmed. „Można o tym powiedzieć czarna ekstaza.”

W 2004 r., po ponad dwóch latach, został zwolniony z Guantanamo, do świata, gdzie wszędzie było słychać muzykę, w każdej reklamie, w każdym sklepie, w każdej taksówce. Ruhal Ahmed mówi, że mu to nie przeszkadza.

Widział wielu ludzi, bliskich szaleństwa. Takich, którzy tam w obozie, gdy przyprowadzano ich z przesłuchań, walili głową w ścianę, próbowali się zabić. Gdy Ahmed wrócił do Anglii, psycholog powiedziała mu, że miał szczęście, ponieważ był jeszcze bardzo młody.

Ruhal Ahmed prowadzi teraz osobliwe życie byłego więźnia Guantanamo. Rodzina się nim zajęła, ze swoją obecną żoną chodził jeszcze do szkoły, wkrótce po jego powrocie wzięli ślub. Rzadko znajduje jakąś robotę, nie ma zbyt wielu miejsc pracy w Tipton. W lutym jego żona ma wydać na świat drugie dziecko, będzie ciężko, ponieważ nie będzie już mogła pracować. Pracę ma w administracji miasta.

W pokoju stoi ogromna wieża multimedialna. Ahmed kupił ją za pieniądze, jakie otrzymał za współpracę przy filmie „Droga do Guantanamo”. Przy surfowaniu w internecie wykorzystuje wielki płaski ekran na ścianie jako monitor. Przez portal Facebook ma kontakt z innymi byłymi więźniami. Niedawno, jak mówi, na Facebook napisał do niego jeden z ówczesnych strażników z Guantanamo. Chciał przeprosić. Spotkali się na wspólnym posiłku.

Na regale u Ruhala Ahmeda stoi Koran i kilka starych kaset z nagraniami modlitw. Płyt nie ma w ogóle.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną