Świat

Czy to jeszcze na pewno demokracja?

O jaką demokrację nam chodziło? O jaką demokrację nam chodziło? Photocapy / Flickr CC by SA
Możesz mówić, co chcesz, ale nic z tego nie wynika. Elita władzy coraz bardziej oddala się od ludzi. Czy o taką demokrację nam chodziło? - zastanawia się z okazji wyborów prezydenckich niemiecki pisarz i filozof Richard David Precht.
Artykuł pochodzi z 27 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 5 lipca.Polityka Artykuł pochodzi z 27 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 5 lipca.

Zgodnie z ideałem demokracje są żywymi tworami, wprowadzającymi w czyn wolę narodowej większości. Są czujne i żywią się korzyścią, jaką wspólnota ludzka czerpie z dobra ogółu. Są, mówiąc bardziej patetycznie, politycznym wytworem oświeconej etyki, sięgającej czasów Arystotelesa: szansą na spełnione życie dla możliwie wielu ludzi.

Czy obietnica ta występuje w jakiejś formie w naszym kraju? O tym, kto ma zostać prezydentem, decydują misterne plany partyjnych przywódców. Zaś wybrani członkowie Zgromadzenia Federalnego mają wybierać to, co nakazują im partie. Własne, spontaniczne wnioski zgłaszane w trakcie wyborczego posiedzenia nie są już dozwolone. To, z czym niegdyś zgadzał się Adenauer, akceptuje dziś również Angela Merkel. Tymczasem oburzenie w narodzie narasta.

Chodzi o coś więcej niż tylko formalność, urząd czy osobę. Chodzi o całość. Według badań Fundacji im. Friedricha Eberta co trzeci Niemiec uważa, że nasza demokracja nie funkcjonuje jak należy. Na wschodzie kraju tego zdania jest nawet 61 procent. Zaprotokołowano to jeszcze przed powstaniem obecnie rządzącej koalicji, przed podarunkami dla hotelarzy w postaci preferencyjnej stawki podatku VAT, kłótniami o politykę zdrowotną, sporami o możliwie łagodną regulację rynków finansowych i przed bezmyślnie jednostronnym programem oszczędnościowym.

Świadectwo, jakie tak wielu ludzi wystawia naszej demokracji, nie jest wyrazem jakiegoś przejściowego pogorszenia nastrojów społecznych. Jest to raczej świadectwo narastającej alienacji.

Wyalienowane elity, niezadowoleni obywatele

Jak wiadomo, demokracja parlamentarna w naszym kraju nie ma, w wyniku negatywnych historycznych doświadczeń, zaufania do ludu: prawie kompletny brak obywatelskich inicjatyw ustawodawczych, brak możliwości bezpośrednich wyborów na wysokie stanowiska, żadnych mandatów imperatywnych. Podczas jednak kiedy system polityczny i jego obsada trwają w tej nieufności, społeczeństwo dawno już uległo przemianom. Przeciętny Niemiec w latach pięćdziesiątych nie był demokratą z przekonania, lecz był zadowolony. Dziś przeciętny Niemiec jest zdecydowanym zwolennikiem demokracji – i jest niezadowolony.

Ludzie w Niemczech pytani są dziś o zdanie na każdy temat i o wielu rzeczach wolno im decydować: od specjalnych taryf sieci komórkowych do opłat za przejazd koleją. Jako konsument każdy Niemiec ma złudzenie współuczestniczenia czy współdecydowania. W Internecie wolno mu ocenić zarówno zakupiony aparat fotograficzny, jak i misję w Afganistanie. A na czacie może się podenerwować z powodu koleżanki lub Angeli Merkel. Jednak satysfakcji, towarzyszącej głosowaniu w Konkursie Piosenki Eurowizji, zabrania mu się, gdy chodzi o wybory prezydenckie. Wolno nam wybrać Lenę, ale nie Gaucka czy Wulffa.

Alienowanie się polityków od obywateli to coś więcej, niż tylko kwestia odmowy prawa do współdecydowania. To także coraz bardziej przekorna próba zachowania polityki w jej dotychczasowej formie i treści. Najmocniejszym jej wyrazem jest ideologia wzrostu, narzucająca przekonanie, że nadal musimy niszczyć środowisko i zużywać zasoby, aby wytwarzać kolejne dobra konsumpcyjne. W rzeczywistości wzrost gospodarczy od dawna już nie przyczynia się do dobrobytu, lecz go rujnuje. Każda nowa autostrada prowadzi do zwiększenia poziomu hałasu, każde nowe centrum handlowe wywłaszcza klasę średnią a koszty złomowania używanych samochodów ponosi podatnik i środowisko.

Krótkowzroczność polityków

Czym można wytłumaczyć taką nieodpowiedzialność polityków? Dlaczego nie próbują oni zawrócić społeczeństwa, nafaszerowanego hormonem wzrostu i pędzącego w kierunku Absurdystanu? Bo nie leży to w niczyich kompetencjach. Wyznaczanie i zmiana ogólnego kierunku nie jest zadaniem ministrów. Plany i programy resortów wynikają z ustalonych procedur. Kiedy wszyscy zmierzają w złym kierunku, napominający wydaje się szaleńcem, jadącym pod prąd.   

Państwo, na podobieństwo dinozaura, zmierza chwiejnym krokiem do swego ewolucyjnego końca. Przeczuwa zbliżające się uderzenie meteorytu, nie może mu się jednak w żaden sposób przeciwstawić. Nie może nic poradzić na eksplozję zadłużenia, poza zabiegami kosmetycznymi., ani na pogłębiającą się przepaść pomiędzy biednymi i bogatymi, ani na wyludnianie się wsi, ani na zanieczyszczanie środowiska psychicznego przez reklamę, nie wspominając już nawet o zagrożeniach  związanych ze zmianą klimatu. Za fakt przyjmuje Ekologiczny, monetarny i społeczny status quo uznaje za niezmienną rzeczywistość.

W takiej sytuacji w świecie polityki brak jest również woli przeprowadzenia zmian. Polityczny personel kierowniczy niczym się prawie nie różni od menedżerów bankrutujących banków, którzy na wychodnym zabrali z sobą, co się dało: kilka ostatnich przywilejów, odrobinę poczucia władzy, uprawnienia do paru świadczeń.

Socjologicznym problemem politycznej elity kierowniczej jest brak samoobserwacji. Systemy stają zaczynają się kruszyć, kiedy nie są już w stanie spojrzeć na siebie oczami innych. Samozaślepienie nie tylko uniemożliwia odnowę, prowadzi także do błędnego rozpoznania powagi sytuacji. Tak było  w Weimarze w 1933 roku, i nie inaczej w 1989 roku w Berlinie. 

Na domiar złego rzekomi strażnicy naszej demokracji, massmedia, nie za bardzo potrafią sprostać pełnionej przez nie funkcji. W programach informacyjnych od dawna traktują politykę jako temat rodem z prasy brukowej: kto z kim, dlaczego, lub dlaczego nie – średnio interesujący program rozrywkowy z udziałem niezbyt atrakcyjnych aktorów. 

Podczas jednak gdy publiczność prawie całkowicie utraciła zainteresowanie tymi codziennymi serialami, ich polityczni aktorzy traktują swoją medialną rolę jako rzeczywistość i uznają ją za własny wizerunek. Politycy interesują się przede wszystkim innymi politykami, konkurentami i sprzymierzeńcami, członkami partii i innymi wrogami, sojuszami celowymi oraz gremiami funkcjonującymi na zasadzie proporcjonalności.

 

 

Demokratyczny teatr przy pustej widowni

Taki polityk nie zna swojego narodu. Wcale nie musi go znać, co najwyżej jego skondensowaną formę zawartą w badaniach opinii publicznej. Na co dzień go nie dostrzega, ponieważ nic i nikt go do tego nie zobowiązuje, chyba że w czasie spotkań z wyborcami podczas kampanii wyborczej. W demokratycznym teatrze da się w końcu grać i przy pustej widowni. Tyle, że brakuje wzajemnej zależności, orzeźwienia, wymiany zdań, stąpania po ziemi, długofalowości i poczucia społecznej rzeczywistości.  

Kiedy politykowi faktycznie zdarza się zwrócić do ludzi, których nie zna, posługuje się na wszelki wypadek swoimi najgłupszymi sformułowaniami. Jednak czołowemu politykowi, który chce wysłać bezrobotnych do odgarniania śniegu, zalecić można tylko jedno: kurację przywracającą do rzeczywistości. Na przykład rok przepracowany w czynie społecznym w jakimś zubożałym wschodnioniemieckim mieście.

Ale dlaczego naród czy też ludzie nadal biorą w tym udział? Ponieważ nikt nie jest narodem czy ludźmi, w razie wątpliwości jedynie siedzącym przed telewizorem widzem, który po każdym talk show postanawia, że naprawdę nie będzie się już dłużej zadręczać. A na wybory też już nie chodzi, bo nie identyfikuje się z żadnym kandydatem. Nie ma w Niemczech innej równie silnej partii, jak ta, która skupia nie uczestniczących w wyborach. Jest to nowa partia ogólnonarodowa. Politycy umieją z tym żyć, ale nasza demokracja tego nie potrafi.

O czym świadczy niska frekwencja wyborcza?

Kiedy rząd i rządzący nie są już odzwierciedleniem woli narodu, ani w kwestii klimatu, ani Afganistanu, ani pragnienia poszerzenia demokracji bezpośredniej; kiedy budują oni Europę, która ustala wprawdzie normy dotyczące rozmiaru ogórków, ale nie potrafi zorganizować wspólnej pomocy dla krajów rozwijających się i wspólnej polityki klimatycznej, nasuwa się pytanie o ich legitymację społeczną. Jak niska musi być frekwencja wyborcza, aby regenci nie czuli się już reprezentantami społeczeństwa – 40 procent, 30 czy może 20?   

Zanikła już czujność, jaka cechowała niemiecką politykę do 1990 roku. Nasza demokracja jest tak oczywista, że przestano się nad nią zastanawiać. Gdy jakaś religia czy światopogląd ma monopol - jak pisał w 1859 roku brytyjski filozof i zwolennik wolności John Stuart Mill - wiara czy też przekonania stają się szybko pustym frazesem. Zarówno wodzowie, jak i ich podwładni zasypiają na swoich posterunkach, kiedy brak wroga w polu widzenia.

Tymczasem wróg widoczny jest od dawna. Nie wznosi w górę sztandarów, nie skanduje haseł i nie grozi zbrojną inwazją. Zbliża się cichymi krokami zmiany klimatu, powolnego rozpadu Europy, wypłukiwania morale przez przypływy i odpływy międzynarodowej gospodarki finansowej, wykruszania się systemów zabezpieczenia społecznego. Według Milla demokracji na najwyższym szczeblu władzy potrzebni są sprawdzeni, nieprzekupni eksperci. Tylko sprawowanie władzy przez najlepszych z najlepszych uzasadnia fakt, że to nie sam naród dzierży jej berło. Rzeczywistość niemieckiej demokracji zastaje jednak ekspertów dobrze zamaskowanych, schowanych za stosami nieprzeczytanych ekspertyz, głoszących swoje tezy w książkach, których nie czyta żaden polityk, albo tonących w codzienności życia uniwersyteckiego.

Ustawy dla lobbystów

Nasi politycy przypominają natomiast błądzących wędrowców. Mapy, które trzymają w rękach, nie pokrywają się już z otoczeniem. Kierunku nie  wyznacza już zmysł orientacji, tylko wydeptane ścieżki. Za drogowskazy służą im lobbyści różnej maści, wchodzący i wychodzący z gmachu parlamentu.

Wszyscy razem i przeciwko sobie ustawiają reflektory, mącąc tym blask moralnego poznania. Jak metropolie w nocy kreują własny stożek światła, uniemożliwiający spojrzenie w rozgwieżdżone niebo.

Lobbyści dostają taką politykę, jaką chcieli, czy to przez darowiznę na rzecz partii, wytrwałą przyjaźń czy też oferty pracy - teraz i po. Wielu z nich nie zasługuje już na miano zasłużonych mężów stanu, lecz zasłużonych akwizytorów.

W walce przekonania ze sprzecznym z nim interesem wygrywa interes. Lecz jak długo obywatele będą to jeszcze cierpliwie znosić?   

A może mamy takich polityków, na jakich zasługujemy? Kto się oburza na zmiany klimatu jak na podwyżkę cen benzyny, nie jest lepszy niż personel, który go reprezentuje. A miejscowe znieczulenie mózgu, jakie zapewnia nam branża rozrywkowa,  daje nam wprawdzie nie spełnienie, ale spokój.

Autorytet i tradycja wszędzie muszą się godzić na pytanie o swe uzasadnienie… Nie mniej, a więcej demokracji – to jest ten postulat, ten wielki cel, któremu wszyscy, a zwłaszcza młodzież, powinni się poświęcić. Ten, kto to powiedział,: Gustav Heinemann, był wielkim prezydentem Niemiec. Jego słowa nie straciły na ważności. Przeciwnie, są nadal aktualne. To, czego nam potrzeba – to przebudowa naszego państwa, zasilana fantazją i zbiorową inteligencją jego obywateli. Większa odpowiedzialność dla wszystkich: w miastach i zakładach pracy. Więcej demokracji bezpośredniej: decyzji, podejmowanych w drodze referendum. Tego by trzeba, jeśli mamy obrać drogę prowadzącą w przyszłość.

 

Richard David Precht – ur. w 1964 r. niemiecki pisarz, publicysta i eseista, a przede wszystkim autor publikacji popularnonaukowych, dotyczących zagadnień filozoficznych.  „Frankfurter Allgemeine Zeitung” określiła go kiedyś mianem „Woltera naszych czasów”. Po polsku ukazał się jego bestseller: „Kim jestem? A jeśli już, to na ile?”.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

TikTok – nowa fabryka hitów

Najpierw przenieśli się tu odbiorcy, widząc w tym miejsce dla żywej muzyki. Za nimi ruszyli twórcy – ostatnio Abba. I wydawcy, wyczuwając nową fabrykę hitów. Miejsce MTV zajął TikTok.

Michał R. Wiśniewski
21.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną