Świat

Po byku

Katalonia żegna walki byków

Felix Ordonez Ausin/Reuters / Forum
Katalońscy separatyści przeforsowali zakaz walki byków. Zerwali z tradycją sięgającą czasów pogańskich.

Walki byków przez wieki były częścią kultury śródziemnomorskiej. Byk – potężne, zawzięte i jurne zwierzę – był, jak dowodzą rysunki na ścianach grot, obiektem kultu już w czasach prehistorycznych. W starożytnej Grecji był jednym z wcieleń Zeusa, a zapasy i gonitwy z bykami były częścią religijnej inicjacji, próbą odwagi i główną atrakcją ludowych festynów. Słynne freski z Knossos na Krecie pokazują młodych ludzi – również dziewczęta – chwytających atakującego byka za rogi i wykonujących nad nim salto albo skaczących nad nim o tyczce. W rzymskich cyrkach gladiatorzy walczyli nie tylko z lwami czy tygrysami, ale także z bykami, co Sienkiewicz w „Quo vadis?” przetworzył na walkę Ursusa z turem o życie Ligii.

Narodziny torreadora

Corrida, w której torreador według ściśle przestrzeganego rytuału zabija byka, ma jednak późniejsze korzenie. Jest śladem średniowiecznych turniejów, w czasie których rycerze potykali się konno nie tylko między sobą, próbując kopią zrzucić przeciwnika z siodła, ale także z bykiem. Śmiertelne trafienie byka piką nie było takie proste, tym bardziej że dość łatwo mógł rozpruć brzuch konia. Jak chce jedna z legend, idea dzisiejszej corridy zrodziła się w andaluzyjskiej Rondzie. Gdy w XVIII w. w czasie rycerskiej walki z bykiem pewien szlachcic spadł z konia, jakiś stolarz zaczął gwałtownie machać kapeluszem przed oczyma byka, by odwrócić jego uwagę od unieruchomionego jeźdźca. W ten sposób miał się narodzić torreador.

Ale historia corridy jest o wiele starsza niż dworskich turniejów – sięga pogańskich rytuałów i ludowych festynów, w których mieszkańcy miasteczek osobiście mogli się zmierzyć z bykami wypuszczanymi na ulice. Do dziś ten zwyczaj jest podtrzymywany nie tylko w Pamplonie. W Corii w Estremadurze przed nocą świętojańską spędza się byki z pastwisk pod miasteczko. O jedenastej zapala się ogniska i młodzi ochotnicy mogą popróbować swych sił w walce z młodymi byczkami. O czwartej nad ranem zaczyna się właściwe widowisko. Gdy dopalają się ogniska, podniesione zostają drzwi do boksu z dorosłym bykiem. Przy dźwięku kościelnych dzwonów miasto zostaje zamknięte, wejścia do domów są zabezpieczone belkami. Teraz miasteczko należy do byka. Każdy może dowieść swej odwagi, spróbować podejść do niego i rozdrażnić piką czy banderillą. Gdy po kilku godzinach byk jest już u kresu sił, zostaje zastrzelony – znak daje abanderado (chorąży). Martwemu bykowi przypisuje się magiczną siłę, każdy więc stara się go dotknąć. Wieczorem na ulice wypuszcza się następnego byka. I tak jest przez cztery dni. Mieszkańcy znają imię każdego byka. Żaden nie jest anonimowy.

Tradycja tej świętojańskiej corridy – uważa niemiecki etnolog Karl Braun (w książce „Śmierć byka. Śmierć i rytuał w Hiszpanii”) – sięga niepamiętnych czasów. W dokumentach z podobnych miejscowości jest mowa o takich festynach w XIII czy w XV w. – w czasach rekonkwisty. Ale mieszkańcy Corii twierdzą, że takie festyny organizowali za rządów Maurów i Rzymian, a nawet jeszcze wcześniej, w VII w. przed naszą erą, gdy w okolicach dzisiejszej Corii żyło pasterskie plemię Wettonów. Co roku losowano jednego chłopca, którego następnie zaszczuwano na śmierć tak jak dziś byka. Pewnego razu los padł na syna bogatej wdowy, która wskazała na swoje stado bydła i zaproponowała zamianę. Propozycję przyjęto. Legenda z Corii – choć podobne krążą po innych miejscowościach Hiszpanii – odsłania rzeczywiste korzenie corridy jako aktu ofiary składanej bogom. Braun przypomina, że byk był symbolem witalności i płodności, a hekatomba setek byków składanych Artemidzie w Efezie na ołtarzu kończyła się wielką ucztą – podobnie jak dziś „bieganie za bykiem” w Corii.

Chrystianizacja corridy

Corrida jest zatem resztką pogańskiego rytuału, przemieszanego z rycerskim turniejem i chrześcijańską symboliką. Kto widział hiszpańskie areny i zwiedził znajdujące się w nich muzea corridy, ten łatwo zauważył maryjne symbole w stroju i rynsztunku torreadorów i pikadorów. Jak gdyby Matka Boska zastąpiła Artemidę – dziewicę i boginię płodności zarazem.

Kościół katolicki doskonale zdawał sobie sprawę z pogańskich korzeni walki byków i obawiając się konkurencji tych pogańskich festynów, próbował ich zakazać. Jedyną teologicznie zasadną ofiarą miała być ofiara Chrystusa i ofiarowanie w czasie mszy, a nie pogańskie gusła. Gdy jednak król naciskany przez Rzym próbował mieszkańcom Corii zakazać „biegać za bykami”, rajcy miejscy zakaz zignorowali. Zresztą Kościół hiszpański także sabotował rzymskie zakazy.

Hiszpańska inkwizycja – twierdzi Braun – całkiem świadomie tolerowała pogański obyczaj, ponieważ w czasach kontrreformacji bardziej koncentrowała się na zwalczaniu herezji protestanckiej i tworzeniu w Hiszpanii katolickiej, jak byśmy dziś powiedzieli, jedności moralno-politycznej. Ludowe corridy tolerowano, pod warunkiem, że otrzymają katolicką oprawę i – pisano w zaleceniach Santo Oficio – dadzą się wpisać w ramy praktyk katolickich jako przejaw żarliwej wiary. Corrida zatem jako katolickie igrzyska odciągające lud od niewygodnych pytań.

Z czasem nastąpiła wręcz chrystianizacja corridy: wydarzenie rozpoczynała procesja maryjna, a kończyło błogosławienie kotłów, w których po zabiciu byka gotowano jego mięso na ucztę dla uczestników ludowej corridy. Ludowe „bieganie za bykiem” kończy się jego zabiciem i wielkim żarciem, „tłum na ulicach i placach – kończy Braun – to nie jest tylko tłum. To lud samorzutnie zorganizowany wbrew wszelkim socjoekonomicznym i politycznym przymusom”.

 

Ta ludowa gonitwa w Corii czy Pamplonie to archaiczny, ludowy festyn. Co innego dworska corrida, zamknięta w kręgu areny, ściśle przestrzeganych reguł i zachowań. To widowisko składa się z trzech wyraźnych części: drażnienia byka przez pikadorów, tańca z nim samotnego torreadora oraz „momentu prawdy”. Cudzoziemcowi trudno powiedzieć, co to takiego. Nie jest to przecież żaden pojedynek, bo koniec jest znany. Byk musi paść, choć czasem pada matador. A czasem byk zostaje ułaskawiony, bo nie chce walczyć – jak Byczek Fernando ze słynnego wiersza – tyle że potem wącha nie kwiaty na łące, lecz smród uboju w rzeźni...

Jest to natomiast próba odwagi torreadora, który nie powinien się cofnąć ani na krok przed nacierającym bykiem ani też schodzić z linii ataku. Musi prowadzić go płachtą tak, by niemal się o siebie ocierali. Musi ocenić siłę i prędkość zwierzęcia. I wreszcie jednym ciosem trafić w punkt, tak by byk się zatrzymał, osłupiał i po chwili przewrócił wstrząsany przedśmiertnymi drgawkami.

To widowisko ma coś w sobie jako relikt kultury rycerskiej i siły męskiej (choć, jak widzieliśmy u Almodóvara, również kobiety bywają dziś toreadorami), pokaz temperamentu i samoopanowania, kult siły i śmierci. Niektórzy widzą w corridzie wielką metaforę barokowego teatru, w którym pozory – czerwona płachta, którą torreador zwodzi byka, muleta – są ważniejsze od istoty rzeczy: człowieka z narzędziem do zabijania w ręku. Jeszcze inni nabudowali na corridę filozoficzny kicz. To Hemingway chciał w walce byków widzieć kwintesencję egzystencjalizmu. Bo torreador jest niby sam na sam ze swym strachem: przed bykiem, a jeszcze bardziej – przed publicznością, która go może wygwizdać i zniszczyć. Sam sobie chce dowieść, że potrafi się sprawdzić w sytuacji skrajnego zagrożenia.

I jest coś jeszcze w zabijaniu byków na arenie, co od pokoleń rozpala emocje Hiszpanów – szybki awans w zamkniętym hierarchicznym społeczeństwie. Torreadorzy to ulubieńcy zarówno władców, jak i prostych ludzi. Ich biografie są niekiedy lustrzanym odbiciem epoki. Przykładem El Cordobes; urodzony w 1936 r. chłopak znikąd. Rodziców prawdopodobnie zamordowali frankiści. Po wojnie domowej razem z innymi bezprizornymi kradł, a dla rozrywki zakradał się na pastwiska, by próbować sił z bykami. I jak inni w czasie corridy wdzierał się na arenę, by zwrócić na siebie uwagę. Mimo że bywał dotkliwie poturbowany, wracał. I znalazł impresaria. Ten go nauczył nie tylko walki, ale i ogłady. Swym żywiołowym stylem, szaleńczą odwagą łamiącą sztywne reguły walki – odwracał się tyłem do byka, skracał banderille, podchodził do byka na klęczkach – był pierwszym idolem epoki telewizyjnej w Hiszpanii wychodzącej z frankistowskiego zamknięcia, otwierającej się na świat i masową konsumpcję. Ten prosty i ujmujący chłopak ze wsi stał się w połowie lat 60. symbolem społecznego awansu i zarazem rewolty młodych. Takim hiszpańskim chłopcem z Liverpoolu. Tak jak Beatlesi zostali uszlachceni przez Elżbietę II, tak El Cordobes – półanalfabeta, ale ulubieniec europejskiej high society, bohater licznych romansów i mąż znanej włoskiej aktorki Luci Bose – był faworytem generała Franco, który chętnie zapraszał buńczucznego torreadora, by mu towarzyszył w podróżach zagranicznych. El Cordobes porzucił walkę byków, gdy zderzył się na arenie ze swoją własną młodością. Jakiś chłopak wdarł się w czasie jego corridy na arenę i byk go zabił. Potem wracał jeszcze na krótko na arenę, ale już bez przekonania. Dziś El Cordobes jest statecznym, rozważnym starszym panem tłumaczącym zagranicznym reporterom tajemnice hiszpańskiej mentalności od czasów wojny domowej

Zakaz nie absolutny

Niemniej byk nadal jest symbolem Hiszpanii tak jak u nas skrzydła husarskie. Jest zwierzęciem niezwykłym, szczególnym, ale nie jest bogiem, a jego śmierć nie jest śmiercią boga i chyba nawet nie jest tak do końca śmiercią. W końcu nawet kataloński zakaz nie jest zakazem absolutnym. Co prawda od stycznia 2012 właściciele wielkiej areny w Barcelonie będą musieli znaleźć dla niej inne zastosowanie. Ale w Katalonii nadal będzie można dość brutalnie bawić się z bykami. Nowa ustawa nie zabrania mianowicie carrebous – mało przyjaznego dla zwierząt „biegania za bykami” w katalońskich miasteczkach. Przywiązuje się im małe petardy między rogami i wypuszcza na ulice. Katalońscy deputowani twierdzą, że to zwyczaj regionalny – kataloński, więc nie jest dręczeniem zwierząt…

Katalonia to drugi po Wyspach Kanaryjskich region Hiszpanii, który wprowadził zakaz zabijania byków na arenie. Istnieje jednak uzasadnione podejrzenie, że w Katalonii ten zakaz walki byków uchwalono nie po to, by zapobiec dręczeniu zwierząt, ale po to, by postawić się Madrytowi, który blokuje odruchy separatystyczne. Zakazując corridy Katalończycy przynajmniej symbolicznie mogą pokazać, że nie są Hiszpanami.

Polityka 32.2010 (2768) z dnia 07.08.2010; Ludzie i obyczaje; s. 92
Oryginalny tytuł tekstu: "Po byku"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Gdzie na świecie aborcja jest legalna, a gdzie kobiety muszą ją wykonywać w podziemiu?

Co roku na świecie dokonuje się ponad 40 mln aborcji – głównie w tych krajach, gdzie poziom wiedzy na temat antykoncepcji jest niski.

Redakcja
22.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną