Polityka. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

Subskrybuj
Świat

Blogerka z Hawany

Yoani Sánchez i jej blog Yoani Sánchez i jej blog Yoani Sanchez / materiały prasowe
Dostęp do internetu jest na Kubie prawdziwym skarbem, a poszukiwanie go zmienia się w ryzykowną przygodę… Yoani Sánchez przeżywa ją codziennie.
Artykuł pochodzi z 34. numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 23 sierpniaPolityka Artykuł pochodzi z 34. numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 23 sierpnia

Próby nawiązania kontaktu z Yoani Sánchez przypominają czasy zimnej wojny: trzeba było wykonać mnóstwo połączeń, uważać na telefony na podsłuchu i wyczyniać niewyobrażalne manewry, żeby zorganizować spotkanie. I poświęcić kilka tygodni na negocjacje, żeby umówić się na rozmowę w Hawanie. Podróżuję z jej książką „Cuba libre”. Świat, który opisuje, jest oddalony o tysiące mil od tego, co wyobrażaliśmy sobie na ten temat podczas studenckich manifestacji w latach 80. Ale jej styl jest równie zapalczywy, co nasze postulaty sprzed 30 lat.

O drugiej nad ranem z saszetką na biodrach mogę wreszcie wmieszać się w grupę turystów w wieku emerytalnym, którzy przyjechali zakosztować kubańskiego słońca. Pierwszą mieszkanką wyspy, którą spotykam po wylądowaniu, jest celniczka na lotnisku w Hawanie. Mundur khaki uzupełniają krwistoczerwone tipsy. – Mi amor, masz może dla mnie jakieś drobne?A jakże! – odpowiadam, dokładnie tak samo, jak jegomość przede mną. Uśmiecham się do niej i ukradkiem wciskam jej do ręki dwa euro. W zamian nawet nie zerka na moje bagaże wypełnione materiałami dla Yoani.

Pożeracze haseł

Nazajutrz rano, dokładnie o dziesiątej, sterczę już przed pomnikiem José Martíego, kubańskiego bohatera walk o niepodległość. Nie jestem sam. Wokół widać obieżyświatów, grupy turystów, miejscową przewodniczkę, która tłumaczy, że nikt inny nie uczynił tylu wysiłków na rzecz wolności Kubańczyków, co Martí. Uśmiecham się w duchu, myśląc o wyborze, jakiego dokonała Yoani, wyznaczając mi spotkanie przed obliczem tego wojowniczego poety. W końcu nadchodzi śpiesznym krokiem, pod osłoną drzew. Skinieniem głowy pokazuje, że dostrzegła mnie pośród cudzoziemców, którzy wałęsają się wokół pomnika. Jak gdyby znała mnie od zawsze. – Miło mi cię poznać – mówi cicho, bez najmniejszego wahania. – Chodź za mną, znajdziemy jakiś zaciszny zakątek.

Po drugiej stronie ulicy wznoszą się luksusowe kolonialne hotele, w których goszczą zamożni klienci. Jesteśmy w samym centrum Hawany, w otoczeniu XIX-wiecznej architektury. Nasz zaciszny zakątek to najdalszy stolik w dużej kawiarni. W ustach Yoani miasto jawi się jako ogromny plac zabaw, gdzie można bawić się w podchody, szukając dostępu do internetu będącego prawdziwym skarbem tej wyspy. W Hawanie jest bardzo mało sieci Wi-Fi, jedną można złapać na tej uliczce, dwie w tamtej dzielnicy, trzy na jeszcze innym obszarze. Można również połączyć się z internetem w lepszych hotelach, takich jak ten, w którym mieszkam, odnowiony kilka miesięcy temu. W holu stoją trzy nowiuteńkie komputery, ale nie ma sieci bezprzewodowej.

Mam nadzieję, że nie sprawdzałeś poczty?

– Ależ tak... Przeglądałem e-maile z samego rana, gdy tylko wstałem z łóżka.

– Brawo! – rzuca ironicznie. – Teraz już nie jesteś jedyną osobą, która może je czytać. Te komputery są pożeraczami haseł. Kiedy tylko wyjedziesz z Kuby, zmień wszystkie hasła. Jedynym sposobem ochrony naszych danych osobowych jest łączenie się przez punkty dostępowe Wi-Fi z użyciem własnych laptopów. Ale czasami nawet to nie wystarczy.

Jak w takich warunkach można prowadzić blog mający czytelników na całym świecie? To, co dla nas, Europejczyków, jest zwykłym hobby uprawianym w wolnych chwilach, dla Yoani jest zajęciem na pełny etat.

Czarna sieć

Wszystkie usługi związane z dostępem do internetu zapewnia państwo. Nie ma jednak żadnego urzędu przyjmującego wnioski o założenie linii. Internet instaluje się w luksusowych hotelach, ambasadach, cudzoziemcom o uregulowanym statusie prawnym i garstce najwierniejszych zwolenników reżimu – „zaangażowanych”, jak mówi Yoani. Nawet w przypadku tych uprzywilejowanych nie jest to sielanka: prędkość połączenia nie przekracza tu 56 kilobitów na sekundę. Po drugiej stronie Cieśniny Florydzkiej i w Europie ludzie mają zupełnie inne zmartwienia: można wykosztować się na superszybkie łącze światłowodowe albo zadowolić się zwykłą linią ADSL…

Ponadto na Kubie ceny połączeń są zaporowe: W Hawanie dostęp do internetu kosztuje sześć pesos wymienialnych (pięć euro) za godzinę. Skoro oficjalnie przeciętne wynagrodzenie wynosi 17 pesos, to oznacza, że w ciągu trzech godzin surfowania wydaje się całą miesięczną pensję. A ponadto przy tej prędkości łącza w trzy godziny nie za wiele można zdziałać! Przekonałem się o tym na własnej skórze: żeby pozbyć się ton spamu, wykorzystałem aż połowę z 30 minut dostępu zakupionych w hotelu. Żeby przeczytać cztery e-maile, wydałem równowartość dwóch przeciętnych miejscowych dniówek. – Właśnie po to pracuję – tłumaczy mi Yoani. – Żeby móc się połączyć raz w tygodniu. I nie jestem jedyną osobą w takiej sytuacji…

Trudności z dostępem, powolność połączeń i ich wysokie koszty doprowadziły do powstania gigantycznej czarnej sieci. Nieliczni uprzywilejowani, którzy otrzymali linię internetową na ryczałt, po cichu odsprzedają godziny połączeń. – Udostępniają nazwę użytkownika i hasło, z użyciem których można połączyć się o konkretnej godzinie i na określony czas. Ci, którzy korzystają z czarnorynkowej oferty, pracują głównie w nocy. Aby poradzić sobie z tym nasilającym się zjawiskiem, państwo stosuje strategię starą jak świat, stawiając na represje, co stoi w sprzeczności z rozwojem technologii. Skutek jest taki, że pracujemy na czarno, aby dorobić sobie do pensji i wykupić – znów na czarno – godziny połączeń.

Innym rozwiązaniem są ambasady. Yoani wyjaśnia, że kilka ambasad zaproponowało jej i innym blogerom bezpłatny dostęp do internetu. – Ta propozycja mnie nie interesuje – dodaje jednak. – Tu niewiele potrzeba, żeby zostać napiętnowanym jako agent CIA. Poza tym ludzie wierzą w plotki. Ja jestem nielegalną przewodniczką turystyczną. To pozwala mi zachować niezależność. Uważam, że internet powinien być dostępny dla wszystkich. To jest moja prawdziwa walka.

 

 

Zawsze do zwycięstwa

Nazajutrz rano odwiedzam Yoani i jej męża Reinalda w ich mieszkaniu na 14 piętrze bloku z szarego betonu, wybudowanego w latach 80. W środku jest ono zalane światłem. Siedząc na tarasie z termosem parującej kawy pod ręką, Yoani obserwuje okolicę przez teleskop. Przez niebieską lunetę widać okazały budynek ministerstwa rolnictwa, nieco dalej na lewo wznosi się gmach resortu transportu, na którym można odczytać wykonany wielkimi literami napis: „Hasta la victoria siempre” (Zawsze do zwycięstwa).

Hawana przypomina monumentalną scenę, gdzie kręci się film z czasów żelaznej kurtyny, skąpaną w egzotycznej atmosferze Karaibów. – Odkryłam niesamowite rzeczy, patrząc przez ten przyrząd. Zasadnicza część aktywności Yoani i kubańskich blogerów polega właśnie na obserwacji, z bliska i bez użycia teleskopu, tutejszej rzeczywistości, codziennego życia w całej jego banalności. Chodzi o to, aby oglądać rzeczywistość i dzielić się własnymi spostrzeżeniami z tymi, którzy nie mogą tego zobaczyć z powodu oddalenia albo własnej krótkowzroczności.

Mały salon z widokiem na taras jest jednym z centrów podziemnego świata kubańskiej myśli niezależnej i młodych blogerów. Wśród stosów książek, czasopism i obrazów Yoani i Reinaldo pracują w doskonale zsynchronizowanym duecie: oferują każdemu uśmiech, kawę i gotowość wysłuchania.

Wszyscy siedzący wokół ciężkiego stołu z ciemnego drewna są gotowi do współpracy. W każdej spędzonej z nimi chwili byłem świadkiem tego samego rytuału. We wtorek po południu ktoś przychodzi ich zapytać, jak ściągnąć z dużą prędkością zdjęcia z internetu. W czwartek jakaś bardzo zawstydzona osoba mówi, że rozlała napój na klawiaturę swojego laptopa. Yoani i Reinaldo uważnie wysłuchują wszystkich próśb. Na drzwiach ich mieszkania widać naklejkę z kubańską flagą i hasłem: „Internet para todos” (Internet dla wszystkich). Wystarczy zapukać, drzwi otwierają się o każdej porze dnia i nocy. Jednak z powodu napaści i wyzwisk, jakich doświadczyli, Yoani i Reinaldo nabrali nawyku, aby przed otwarciem patrzeć przez judasza.

W chwilach spokoju Reinaldo zasiada w pokoju, żeby pisać, a Yoani zamyka się w swoim gabinecie o wymiarach dwa na trzy metry. Zdarza jej się też siedzieć w spokoju na dachu budynku, żeby się skoncentrować. Aby się tam dostać, wspina się po długiej starej drabinie, przechodzi przez maszynownię windy, a potem przez wielką dziurę w ścianie prowadzącą na betonowy taras na dachu. Pośród anten umocowanych drutem Yoani pracuje, trzymając laptopa na kolanach.

Wszystkie materiały, jakie umieszcza na swoim blogu i całą swoją korespondencję spisuje i przegląda u siebie w trybie offline. Następnie zapisuje swoją pracę na karcie pamięci. A potem, raz w tygodniu, idzie do hotelu dla cudzoziemców i wysyła wszystko przez internet. Poprawia wtedy na nosie okulary przeciwsłoneczne zasłaniające prawie całą twarz i udaje się do centrum w poszukiwaniu dobrego połączenia. – Niedawno próbowałam połączyć się w kilku hotelach, to była katastrofa! Nie mogłam nawet ściągnąć zdjęcia „ważącego” 150 kB… No, chodźmy, odwagi!

Ona już wie, dokąd pójść: jeden z przyjaciół poinformował ją o hotelu, w którym jest sprawne połączenie. Nie tracąc ani minuty, wskakujemy do autobusu: na Kubie poszukiwanie dostępu do internetu zmienia się w ryzykowną przygodę… Yoani i Reinaldo siedzą na samym końcu. Docieramy do hotelu. Yoani – jak zawsze – wchodzi pierwsza. Trzymając się trochę z tyłu, Reinaldo bacznie ją obserwuje. Yoani podchodzi do miejsca osłoniętego przez rośliny. – Wejdźmy trochę dalej – doradzam jej. – Nie, tu są kamery. Spójrz w lewo, na sufit. Widzisz? Ma rację. A przecież po raz pierwszy jest w tym hotelu. Potem zabiera się do pracy. Siedzę na uboczu z Reinaldem. Ucinamy sobie pogawędkę.

Posty zza krat

Reinaldo jest żwawy, ale przy tym pełen łagodności. Zadaję mu kilka pytań: Masz 63 lata. Przeżyłeś całą rewolucję. Gdzie się podziało kubańskie marzenie? Odpowiada mi, patrząc przez okulary zsunięte na czubek nosa: Kuba zawsze wszystkich urządzała. Dla krajów Ameryki Łacińskiej była niesfornym towarzyszem: jedynym, który miał odwagę powiedzieć głośno to, co wszyscy myśleli po cichu. Dla części Europy była złotą wyspą, gdzie mogła rozkwitać utopia równości społecznej. Ja sam też o to wszystko walczyłem. A dziś Kuba jest niczym wielkie muzeum pod gołym niebem… Albo raczej jak zoo, do którego cudzoziemcy przyjeżdżają oglądać te dziwne zwierzęta, jakimi są Kubańczycy, i ich dziwny styl życia. Widziałeś tabliczki przy wejściu do zoo z napisem: „Nie karmić zwierząt?”. No cóż, przy bramie lotniska należałoby postawić tabliczki: „Nie pozbawiać zwierząt żywności!”. Śmieje się, ale ten śmiech jest pełen goryczy.

Tymczasem Yoani w skupieniu pracuje na komputerze. Gdy surfuje po internecie, rzadko odrywa wzrok od ekranu. Albo tylko na bardzo krótką chwilę. Jak wówczas, gdy przychodzi jedna z jej przyjaciółek, 25-letnia Silvia, która siada obok niej i zaczyna robić na drutach. Silvia – z zawodu dentystka – dzierga wełniany pokrowiec na laptopa dla swojego narzeczonego Orlanda.

Yoani jest od małego pasjonatką technologii. Jej rodzice wciąż korzystają z lodówki, którą naprawiła 20 lat temu za pomocą drutu i spinaczy do bielizny. Lubi jednak śmiać się ze swojego hobby. W gruncie rzeczy dzieli czas między Karaiby a nieskończoną przestrzeń sieci WWW. Potem pracuje jeszcze przez jakąś godzinkę, wciąż tak samo skoncentrowana. Nagle zrywa się z miejsca, odkrywając, że jej blog otrzymał wskaźnik popularności równy ośmiu punktom. – Jeszcze jeden punkt i będę na równi z Apple i „New York Timesem”! Łał! Musimy uczcić ten sukces!

Dzięki ciągowi cudownych zbiegów okoliczności i historycznych wydarzeń, za sprawą determinacji i talentu, kubańska blogosfera kierowana przez Yoani stała się bardzo rozległą siecią informacji, która uchodzi za wzór i ma bardzo szeroką publiczność. Głównymi odbiorcami są członkowie ogromnej społeczności kubańskich dysydentów, którzy wyemigrowali z wyspy i są rozsiani po całym świecie. Zachowali związki z Kubą z uwagi na swoją kulturę, pochodzenie i (często) pozostawione tam rodziny. Nie mając prawa wrócić do kraju, czekają niecierpliwie na rzadkie nieoficjalne wiadomości przenikające z wyspy.

Rozwój fenomenu, jakim są kubańskie blogi, to dzieło niewielkiej grupy ludzi wysyłających nowiny z Kuby do dysydentów, z którymi wszyscy oni czują się niezwykle solidarni z oczywistych osobistych powodów. Następnie do tej grupy bazowej dołączyły miliony sympatyków z całego świata.

Na wyspie kluczowymi osobami w tej sieci są Yoani i Reinaldo. Ale nie są sami. Sześciu więźniów politycznych dyktuje swoje posty przez telefon wprost zza krat. Mecenas Laritza oferuje na blogu bezpłatne porady prawne. Yamil aktualizuje swoją stronę internetową z więzienia za pośrednictwem listów, które wysyła do rodziców. Jest także Orlando, narzeczony Silvii. Publikuje na swoim blogu zdjęcia z Hawany wykonane na życzenie czytelników z czterech stron świata. Weźmy dla przykładu człowieka o imieniu José, który pochodzi z dzielnicy Vedado, ale od 15 lat mieszka na Brooklynie. Otrzymawszy dokładne wskazówki, Orlando sfotografował jego rodzinny dom, szkołę i dom, w którym mieszka jego babcia, i umieścił te zdjęcia w sieci. Usługa jest darmowa.

To, że ta przygoda wciąż może trwać, jest między innymi zasługą solidarności łączącej zagranicznych czytelników z blogerami reprezentującymi Generación Y. Na Kubie niełatwo znaleźć choćby minimum sprzętu potrzebnego, aby prowadzić blog. Yoani, Reinaldo i ich przyjaciele wpadli na pomysł, aby zamieścić kilka apeli SOS na Twitterze: „Przydałaby mi się aktualizacja programu antywirusowego”, „Pablo jest zagrożony!” albo „Claudia nie ma już środków na komórce”. Ich wiadomości nie są niczym butelki wrzucone do morza: sieć natychmiast odpowiada. I w zamian nie żąda niczego, oprócz odwagi.

Akademia blogerów

Yoani Sánchez i jej mąż Reinaldo Escobar walczą o wolność słowa bez względu na przekonania czy poglądy polityczne. Uważają, że powinno być miejsce dla każdego. Ich bronią jest sieć WWW, a paliwem – ich solidarność. Postanowili więc utworzyć podziemną akademię, która kształci niezależnych blogerów. W każdy wtorek i piątek ich salon zamienia się w salę wykładową i przyjmuje około 30 uczniów. Wśród przedmiotów wykładowych są dziennikarstwo, etyka, prawo, informatyka i kultura kubańska. Nauka jest darmowa.

Yoani wymyśliła oprogramowanie, które symuluje połączenie z internetem, i za jego pomocą uczy, jak zarządzać blogiem, maksymalnie ograniczając czas połączenia. Studenci mogą ćwiczyć i pracować bezpośrednio na swoich osobistych komputerach. W akademii dyskutuje się o prawie i moralności, ale także o kwestiach technicznych. To domena samej Yoani, która uczy po mistrzowsku, jak usunąć pliki z komputera, żeby nikt nie mógł ich odzyskać w przypadku konfiskaty, jak chronić osobiste hasła, jak obejść cenzurę narzuconą przez system.

Nie jesteś tym zmęczona? – pytam ją któregoś wieczora, po wielogodzinnym spacerze u jej boku promenadą Malecón, z komputerem na ramieniu. – Tak, dziś czuję się zmęczona – odpowiada mi ze swym zwyczajowym uśmiechem. – Ale jestem mistrzynią w zadawaniu kłamu przypuszczeniom, jakie inni formułują na mój temat. Zwłaszcza tych, które mnie bezpośrednio dotyczą. Od dziecka zawsze słyszałam, że nigdy do niczego nie dojdę. Gdy poznałam Reinalda, nikt z mojej rodziny nie dałby złamanego grosza za nasz związek. A jesteśmy razem już od 17 lat. Po urodzeniu naszego syna Teo wszyscy byli przekonani, że nie skończę studiów. Ale otrzymałam dyplom z filologii, już będąc mamą. Dziś nadal walczę, a dopóki będzie ktoś, kto będzie chciał mi przeszkodzić w wypowiadaniu się, dopóty będę kontynuować walkę. Za wszelką cenę.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Zastrzyk w rozwój szczepionek

Zapewne za jakiś czas uznamy obecną pandemię za użyteczną dla rozwoju medycyny, bo takiego impulsu dla rozwoju nowych technologii nie było od lat. A co już widać na horyzoncie?

Paweł Walewski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną