Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Don Kichot w metrze

Nader Ralf

Ralf Nader Ralf Nader ragesoss / Flickr CC by SA
Ralf Nader, oryginał i etatowy kandydat na prezydenta, od pół wieku walczył z monopolem wielkich korporacji. Teraz wziął się za monopol dwóch partii i prezydenta Obamę osobiście.

17 miliarderów postanowiło naprawić świat – Ameryka ma być krajem sprawiedliwszym, gdzie biednym żyje się lepiej. Pieniądze posłużą im do założenia Partii Czystych Wyborów i sfinansowania jej kampanii. Partia wchodzi szturmem do Kongresu, rozbija monopol władzy republikanów i demokratów i Ameryka wkracza na drogę kapitalizmu z ludzką twarzą. W Kalifornii Warren Beatty wygrywa wybory z Arnoldem Schwarzeneggerem.

To wizja z książki „Tylko superbogacze mogą nas ocalić” autorstwa Ralpha Nadera, twórcy ruchu praw konsumentów, czterokrotnego kandydata trzecich partii na prezydenta. Człowieka, któremu Ameryka zawdzięcza pasy bezpieczeństwa w samochodach i – zdaniem krytyków – prezydenturę George’a W. Busha. Nader od półwiecza walczy z wielkimi korporacjami o interesy szarego człowieka. Tygodnik „Life” zaliczył go do stu najbardziej wpływowych Amerykanów XX stulecia. W XXI w. los się odwrócił – dawny postrach wielkiego biznesu w dzisiejszej Ameryce przypomina współczesnego Don Kichota.

Nader przyjmuje w podziemiu swego biura w Waszyngtonie, między półkami na książki, gdzie przesiaduje godzinami pogrążony w lekturze. Nie używa komputera, pisze na maszynie, a informacje w Internecie wyszukują jego współpracownicy. Wysoki, lekko pochylony, nie wygląda na swoje 76 lat. Pracuje siedem dni w tygodniu.

Zagończycy Nadera

Swoją książkę nazywa utopią praktyczną. Jej bohaterowie miliarderzy są prawdziwi, to legendarny inwestor giełdowy Warren Buffett, William Gates Sr. (syn Billa), który walczył z planami republikanów, aby znieść podatek od spadków, założyciel telewizji CNN Ted Turner, George Soros i inni. Nader zna ich osobiście. – Trzeba uruchomić wyobraźnię. Mnóstwo ludzi chce zmian, większej równości szans, ale nie mają pieniędzy, by to urzeczywistnić. Moi bohaterowie są starzy, mają inną perspektywę. Rozmawiałem z nimi są równie zniechęceni jak ja. Nie podoba im się kierunek, w którym zmierza Ameryka – mówi.

Kiedyś udawało mu się bez tej ucieczki w świat utopii. Po studiach prawniczych na Harvardzie rozpoczął praktykę adwokacką, ale nie było to jego powołaniem. Z domu, gdzie ojciec, imigrant z Libanu, właściciel restauracji, stale perorował o polityce i sprawiedliwości, wyniósł pasję do działalności publicznej. Plonem pracy w komisji Kongresu badającej wypadki drogowe stała się wydana w 1965 r. książka „Niebezpieczne przy każdej szybkości”, klasyka śledczego dziennikarstwa, w której ukazał, jak koncerny samochodowe lekceważą bezpieczeństwo użytkowników aut.

Nader stał się ich wrogiem numer jeden – General Motors wynajął detektywów, aby znaleźć na niego haki. Podsuwano mu prostytutki i podsłuchiwano telefony. Koncern przegrał z kretesem. Szum wywołany książką i zgromadzonymi dowodami zaniedbań doprowadził do uchwalenia ustawy o bezpiecznych pojazdach, w której zobowiązano producentów aut do instalowania pasów bezpieczeństwa. Nader pozwał General Motors do sądu i wygrał 425 tys. dol. odszkodowania.

Przeznaczył je na finansowanie dalszych kampanii – o rekompensaty dla ofiar wadliwych produktów, walkę z energią nuklearną, o ochronę środowiska, zdrową żywność, prawa imigrantów i swobodę dostępu do informacji. W 1971 r. założył Public Citizen, organizację tropiącą nadużycia rządu i wielkich korporacji w imieniu konsumentów i zwykłych obywateli, liczącą dziś ponad 140 tys. członków. Jego charyzma i wytrwałość przyciągnęły do niego setki młodych ludzi, pomagających mu w demaskowaniu korupcji i zaniedbań. Nazwano ich Nader’s Raiders – Zagończycy Nadera. Dzięki niemu w latach 70. doszło do utworzenia agencji ochrony środowiska, federalnej administracji BHP i komisji ds. bezpieczeństwa artykułów konsumpcyjnych.

Jego działalność przyczyniła się do zmiany układu sił w sądach, gdzie zwykli Amerykanie przegrywali dotąd z wielkimi korporacjami spory o rekompensaty za szkody i krzywdy. Wraz z innymi prawnikami, specjalistami od odszkodowań, przeforsował reformy systemu dochodzenia roszczeń w sporach sądowych, co zwiększyło prawa skarżących i dało im lepsze możliwości wygrywania procesów. Pomagała jego sława i reputacja bezinteresownego bojownika o sprawę, która czyniła pozwy – dziś często kontrowersyjne – wiarygodnym polem walki o sprawiedliwość. Wysokie odszkodowania otrzymały ofiary rakotwórczego azbestu, niesprawnych opon w samochodach i rodziny palaczy umierających na serce i nowotwory.

Nader ma poczucie przynajmniej częściowego spełnienia. – Udało nam się udokumentować rzeczywistość. Poprzez pozwy sądowe pokazaliśmy tyranię korporacji. Musimy jednak złamać tyranię dwóch partii – mówi.

Z czasem bowiem nabrał pewności, że u podłoża niesprawiedliwości leży polityka. Chociaż obecny prezydent w oczach wielu uchodzi za groźnego dla Ameryki socjaldemokratę, Nader ma inną opinię, jest raczej Obamą rozczarowany. – Liczyłem na zmiany. Obama zdobył silny mandat i miał większość w Kongresie. Ale on nie lubi konfliktów, nie walczy z potężnymi lobbies, woli się z nimi dogadywać. Na samym początku obsadził rząd ludźmi z Wall Street. Większość jego współpracowników to sojusznicy korporacji. W ten sposób od razu związał sobie ręce – tłumaczy Nader.

Nie uważa, że Obama to pragmatyk, który napotykając opór dąży do celu powoli, polityką drobnych kroków i kompromisów. Według niego, są dwa rodzaje przywódców. Układający się – jak Obama, i transformacyjni – jak Franklin Delano Roosevelt. Pierwsi biorą zastany system takim, jaki jest, i próbują zawierać układy. Drudzy starają się go zmieniać – odbierać część władzy niewielu i przekazywać ją większości. Obama nie jest tym zainteresowany. W żadnej jego reformie nie widać przesunięcia władzy na rzecz konsumentów, pracowników, akcjonariuszy.

 

 

Partie korporacji

Zdaniem Nadera, prezydent zmarnował okazję rzeczywistej naprawy opieki zdrowotnej. Uchwalona ustawa – przypomina Nader – nie przewiduje utworzenia państwowej ubezpieczalni, która konkurowałaby z prywatnymi i wymuszała obniżkę ubezpieczeń. Wzorem jest dla niego istniejący w Kanadzie i Europie system powszechnych ubezpieczeń finansowanych z podatków. – Według sondaży, popierało ten system 59 proc. lekarzy. Popierało go wielu demokratów w Kongresie, ale czekali, co powie Obama. On to skreślił. Od początku ustawił się na straconej pozycji – mówi.

Nader twierdzi też, że Obama odwraca się plecami do tych, którzy wysłali go do Waszyngtonu. Wie, że nie mają dokąd pójść, bo z republikanami im nie po drodze. I dlatego właśnie tyrania dwóch partii blokuje powstanie jakiejkolwiek alternatywy. Demokraci bronili interesów świata pracy do końca lat 70., kiedy zaczęli konkurować z republikanami o fundusze wielkiego biznesu. – W efekcie mamy w USA dwie partie, które są partiami korporacji; nie ma partii opozycyjnej.

Dlatego w 1996 r. sam wystartował w wyborach prezydenckich jako nieformalny kandydat marginesowej Partii Zielonych. Dostał się na listę w 22 stanach i zdobył 0,71 proc. głosów bezpośrednich. Do następnej próby, w 2000 r., przygotowywał się już starannie. Udane inwestycje na giełdzie, gdzie zarobił 3 mln dol. na zwyżce akcji firm High Tech, pozwoliły mu dofinansować własną kampanię. Miał poparcie lewicy, niechętnej Clintonowi z powodu jego ugodowej polityki wobec republikanów. Na wiec w Nowym Jorku przyszło 15 tys. ludzi, w tym gwiazdy Hollywood. Tym razem zagłosowało na niego 2,88 mln wyborców, czyli prawie 3 proc. elektoratu.

Na Florydzie, gdzie rozstrzygał się wynik wyborów, Nader uzyskał prawie 100 tys. głosów, a zwycięstwo przyznano tam George’owi W. Bushowi różnicą 537 głosów, obliczanych na osławionych dziurkowanych kartach wyborczych. Demokraci, rozgoryczeni porażką Ala Gore’a, nie mieli wątpliwości: winien jest Nader – gdyby nie zabrał głosów wiceprezydentowi, historia Ameryki potoczyłaby się inaczej. Zarzucono mu sabotowanie własnych ideałów, które przecież reprezentują demokraci, oskarżono o wybujałe ego, nazwano psujem. Jeden z komentatorów napiętnował go jako leninistę, bo wyznaje filozofię: im gorzej, tym lepiej. Dostawał listy z pogróżkami. Odwrócili się od niego nawet działacze Public Citizen, organizacji chroniącej zdrowie i bezpieczeństwo publiczne, dla których był kiedyś idolem i mentorem.

Nader odrzuca krytykę – miał prawo do ubiegania się o Biały Dom, a o wyniku głosowania rozstrzygnął Sąd Najwyższy. „Wybory ukradziono, szukajcie złodzieja” – mówił wówczas. Mimo utraty dawnych fanów nie ustąpił i w 2004 r. ponownie stanął w szranki jako niezależny kandydat. Dostał 0,38 proc. głosów. Podobnie dwa lata temu. Mimo kryzysu i rosnącego bezrobocia na spotkania przedwyborcze ze słynnym obrońcą biednych i skrzywdzonych przychodziło po kilkadziesiąt osób. W wyborach poparło go 0,56 proc. Amerykanów.

Dziś procesuje się z Partią Demokratyczną za zablokowanie w 2004 r. jego kandydatury w kilkunastu stanach. Szuka dziwnych sojuszników – oprócz flirtu z miliarderami pochwalił libertariańskiego republikanina Rona Paula za jego kampanie antywojenne. I wciąż wierzy w możliwość powstania w USA silnej niezależnej partii, która rozsadzi obecną „wybraną dyktaturę dwóch partii”. – Mamy poważne argumenty. Jedna trzecia Amerykanów określa się jako niezależni. 60 proc. uważa, że w USA powinna być silna trzecia partia, chociaż przyznają, że gdyby taka się pojawiła, nie będą na nią głosować. Więc to wymaga czasu. Ale jest możliwe. Trzeba tylko na to naciskać i nie przejmować się oszczerstwami – mówi.

Obsesje Nadera

Ralpha Nadera nie ma co pytać o życie prywatne – odmawia osobistych wynurzeń. Umacnia to otaczającą go aurę tajemniczości. Pozostał starym kawalerem – podobno z braku czasu na rodzinę; noce spędza na lekturze projektów ustaw. Nie bywa prawie na salonach, unikając imprez towarzyskich niezwiązanych z pracą. Czasami pozwala sobie na kino lub sport w TV. Ma prawo jazdy, ale nigdy nie miał samochodu; jeśli już musi – jak mówi – jedzie pożyczonym. Zwykle jednak korzysta z metra i autobusów. To trochę wybór ideowy: niedorozwój publicznego transportu w USA to jedna z jego obsesji.

Czy za dwa lata wystartuje w wyborach? Jeszcze się nie zdecydował... Niech tym razem zastąpi go Jim Hightower, barwny populista z Teksasu, prześmiewca establishmentu. „Dlaczego ja mam znowu to robić?”. W 2012 r. będzie miał 78 lat.

Na pożegnanie wręcza mi stos książek – własnych i napisanych przez jego politycznych przyjaciół. Jest wśród nich album zdjęć „W cieniu władzy” wenezuelskiego fotografa Kike Arnala. Czarno-białe obrazy nieznanego turystom Waszyngtonu: narkomani wstrzykujący heroinę, pogrzeby czarnych chłopców zabitych w walkach gangów, rudery w murzyńskiej Anacostii, czarne kobiety-szkielety umierające na AIDS, bezdomni w parkach i na stacjach metra. – Nie ma pan pojęcia, ile jest nędzy i nieszczęścia w tym mieście – mówi Nader, mieszkaniec stolicy supermocarstwa.

 

Autor jest korespondentem PAP w Waszyngtonie.

Polityka 36.2010 (2772) z dnia 04.09.2010; Świat; s. 94
Oryginalny tytuł tekstu: "Don Kichot w metrze"
Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Za jakie grzechy? O co proboszcz procesuje się z parafianami

Ki diabeł?! – pomyślała pani sołtyska, gdy dostała wezwanie na komisariat. Wnet się jednak okazało, że żaden diabeł, tylko ksiądz postanowił ścigać parafian na drodze prawnej.

Zbigniew Borek
04.07.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną