Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Świat

Gawędząc z Putinem

Władimir Putin Władimir Putin World Economic Forum / Flickr CC by SA
W czasie przejazdu na trasie Chabarowsk-Czita premier rosyjskiego rządu Władimir Putin, siedząc za kierownicą Łady Kaliny, porozmawiał z korespondentem dziennika „Kommiersant” Andriejem Kolesnikowem. Rozmowa trwała 180 kilometrów.
Artykuł pochodzi z 38. numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 20 wrześniaPolityka Artykuł pochodzi z 38. numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 20 września

Wsiadłem do samochodu premiera Władimira Putina na 350. kilometrze trasy Chabarowsk-Czita, wysiadłem na 530. kilometrze.

Nie wszystko opisał pan wczoraj w swoim reportażu – powiedział Putin na powitanie.

Jak to? - zdziwiłem się. – Napisałem szczerze wszystko, jak było.

W przeddzień Putin strzelając z kuszy pobierał biopsję od szarych wielorybów na Oceanie Spokojnym, a potem, kiedy spytałem, kto będzie następnym jego celem po lampartach, niedźwiedziach i wielorybach, odpowiedział, że ja. A jeśli mi się nie podoba, żeby on strzelał do mnie z kuszy, to można zamiast tego wszczepić mi antenki, żeby śledzić, w której populacji żyję i w jaki sposób przemieszczam się po Moskwie.

A ja jeszcze powiedziałem, że można także wszczepić urządzenie, dzięki któremu pańska żona będzie wiedziała, gdzie pan jest i co pan robi, – przypomniał Putin, gościnnie otwierając drzwiczki swojej kanarkowej Łady Kaliny.

Naprawdę chce pan to zrobić? – zdziwiłem się. – To jednak prawda, że funkcjonariusze wywiadu nigdy nie są byłymi funkcjonariuszami. Ma pan jeszcze specjalistyczną aparaturę? Używa jej pan regularnie?

Aparatury już nie mam. To przeszłość.

W takim razie porozmawiajmy o teraźniejszości.

Porozmawiajmy – westchnął Putin.

Trudno prowadzić samochód i rozmawiać na tematy, które potem będą przekazywane z ust do ust. Poziom samokontroli jest trochę inny, nie będzie pan potem żałować?

Nie – znowu się roześmiał. – Teraz naprawdę wypoczywam, może po raz pierwszy od dziesięciu lat.

W takim razie: do roboty. Czym trudniej jest się zajmować, gospodarką czy polityką?

Jeśli dobrze się pracuje, to nawet uprawa ogródka jest ciekawa – bez cienia uśmiechu odparł premier. – Jeśli się pracuje z pełnym zaangażowaniem. Mówią mi: taki wielki kraj, tak panu ciężko. Ale kiedy pracowałem w Petersburgu, w mieście liczącym pięć milionów mieszkańców, to też byłem zajęty od rana do późnej nocy, dzień w dzień i wcale nie było mi lżej. A rezultaty albo są, albo ich nie ma. Ale na poziomie politycznym podejmuje się decyzje, które dotyczą absolutnie wszystkiego, mają wpływ na wszystkie aspekty życia. To oznacza, że przy decyzjach politycznych ponosi się większą odpowiedzialność. Dla tych, którzy podejmują takie decyzje, to plus – premier po raz nie wiem który roześmiał się w głos. – Decyzje gospodarcze można potem skorygować, a decyzje polityczne – trudniej.

 

Błędy? Jakie błędy?

Były takie decyzje, które chciał pan skorygować?

Nie.

Jak dawniej, dziś też pan powtarza, że niczego pan nie żałuje. Jak dziesięć lat temu. Żadnych błędów!

Mówię szczerze. Patrzę wstecz... sam się zastanawiam... Nie!

Pan zna siebie lepiej niż ja...

Dobrze powiedziane!

I lepiej niż wszyscy inni razem wzięci. I sam pan doskonale rozumie, że błędy były. A może po prostu nie chce pan się do tego przyznać przed samym sobą.

No... – zamyślił się Putin. – Na pewno coś można było zrobić lepiej, dokładniej, mądrzej, efektywniej... Ale w sumie... błędów w sensie wyboru kierunku rozwoju, sposobu rozwiązywania problemów... w ubiegłych latach nam czasem przyganiano, a czasem ostro krytykowano za to, że skąpimy i za dużo pieniędzy przeznaczamy na fundusze rezerwowe – rezerwy złota i waluty banku centralnego, a potem jeszcze wymyśliliśmy rezerwowy bank rządu. Po co to robicie, mówili, trzeba rozwijać infrastrukturę, realny sektor gospodarki, system bankowy... Oddajcie te pieniądze ludziom, rozdajcie im! A my rozdawaliśmy tyle, ile uważaliśmy za słuszne – jako zasiłki i tak dalej. Rozwijaliśmy projekty narodowe. A teraz powiem coś najważniejszego... wychodziliśmy wtedy z założenia, że przyjdą światowe kryzysy i będziemy potrzebowali rezerw. I – co najważniejsze – nie wolno zasilać gospodarki kraju pieniędzmi, które nie zostały zarobione przez realny sektor gospodarki!

I nie wolno zbierać śmietanki z branży naftowej i w całości przerzucać jej do gospodarki! To doprowadzi do inflacji… To będzie rozdymać gałęzie gospodarki, zorientowane na eksport, a nie na wewnętrzne potrzeby. Bank centralny i resorty gospodarcze rządu powstrzymywały ten proces, ale, jak widać, niedostatecznie. I zaczęły się rozwijać te branże, które były zorientowane nie na zaspokojenie krajowego popytu, a na rynki zewnętrzne.

A więc jednak były jakieś błędy – oznajmiłem niemal triumfalnie.

A jak tylko nasz rynek odbiorców się skurczył – kontynuował premier, nie zwracając na mnie uwagi – nasi producenci stali, nawozów, metali nie wiedzieli, co mają zrobić ze swoimi towarami. Na wewnętrznym rynku wszystko jest tanie, a za granicą w ogóle nikt nie chce brać. Uderzenie z dwóch stron. A gdyby bank centralny powstrzymywał te procesy… mają tam tyle instrumentów… na przykład gdyby nie pozwalali kupować za granicą tyle, ile by się chciało… gdyby nakładali ograniczenia na eksport, to gospodarka rozwijałaby się równomiernie. Ale czy za to należy się reprymenda rządowi? Tak, zwłaszcza że ja sam się do tego przyznaję.

No i rząd krytykowano.

Ale krytykowano za coś innego! Krytykowano za to, że mało dajemy. Gdybyśmy dawali więcej w okresie kryzysu, to byłoby jeszcze gorzej. W rezultacie wytrzymaliśmy, polityka była słuszna.

 

Putin niezastąpiony?

Już od dawna jest pan we władzach. Dlaczego? Czy uważa pan, że są rzeczy, które może zrobić tylko pan i nikt inny?

Nie, uważam, że wszyscy musimy stworzyć mechanizm stabilnej rosyjskiej państwowości. Powinien to być mocny, nie podlegający czynnikom zewnętrznym, wyważony mechanizm. Wyważone stosunki wewnątrz obozu władzy, wyważone stosunki pomiędzy społeczeństwem obywatelskim i władzą. W Rosji powinien istnieć realny podział władzy, każda z władz powinna być samodzielna i mieć własne kompetencje. Żadna z władz nie powinna brać udziału w decyzjach pozostałych.

A co się tyczy tego, co miałbym robić, a czego robić nie powinienem, to mam do wyboru: albo siedzieć bezczynnie i patrzeć, jak coś się sypie - albo ingerować. To ja wolę ingerować.

Wszystko, co pan teraz powiedział, mówił pan również dziesięć lat temu, jest to zapisane w książce „Rozmowy z Władimirem Putinem”.

Bo to długi proces. Żeby to wszystko uporządkować, potrzeba dziesięcioleci. To tak jak budowa okrętu, który ma służyć przez całe lata. A pan by chciał, żebyśmy w jednej chwili stworzyli takie państwo, wyważone pod każdym względem. Ech!

Bardzo bym chciał!

W niektórych krajach to się nigdy nie udaje! A znów w  innych trwa dziesięciolecia. Ale to nie jest bagatelka.

A czy widzi pan jakieś światełko tam, gdzie wszyscy inni jeszcze go nie dostrzegają?

Widzę! – rzucił to jak wyzwanie. – To, co robimy, utwierdza mnie w przekonaniu, że idziemy we właściwym kierunku. Oczywiście nie mogliśmy nie brać pod uwagę realiów. Cały system finansowy runął, jeszcze jak istniał ZSRR, cały system socjalny, gospodarka padła, bo była obliczona na zamkniętą produkcję… Żelazna kurtyna, kiedy używa się tylko tego, co jest, co samemu się produkuje, bez względu na jakość…Mamy w Rosji w istocie gospodarkę okresu przejściowego, którą obsługuje system polityczny okresu przejściowego. W miarę jak nasza gospodarka będzie dojrzewać, powstaną również inne sposoby regulacji politycznych.

Wydaje mi się, że na tej drodze widzi pan wiele zagrożeń, których nie ma… Weźmy historię z [liderem grupy rockowej DDT] Jurijem Szewczukiem na pańskim spotkaniu poświęconym akcjom charytatywnym. Teraz wszyscy mówią, że to było spotkanie z Jurijem Szewczukiem…

No i co? Powiedziano mi, że to piosenkarz. No i co? Bardzo mi przyjemnie. Wtedy nie wiedziałem nawet, jak się nazywa.

Mieszkał pan w Petersburgu i nie wie pan, kim jest Szewczuk? Czy to możliwe?

Naprawdę nie wiedziałem! W Pitrze mamy wielu utalentowanych ludzi. Zalicza się do nich i pan Szewczuk. Pamiętam, że jeszcze powiedziano mi, że to człowiek nastawiony opozycyjnie. Wspaniale! U nas ludzie mają, chwała Bogu, prawo mówić, co chcą - i robią to. Wcale nie chciałem z nim polemizować.

Fajna rozmowa wyszła. On powiedział, co chciał. Pan też. Nie ma poszkodowanych.

 

 

Dostaniecie pałą w łeb, i tyle

No i dobrze. Zaproszono mnie na koncert dobroczynny. Zbierano pieniądze na rzecz dzieci chorych na białaczkę. O tym, że wśród zebranych są ludzie, którzy chcą prowadzić ze mną jakąś polityczną debatę, trochę mnie podbechtać, dowiedziałem się na kilka minut przed spotkaniem. Nie uważam tego, co się wtedy stało, za jakieś epokowe wydarzenie. To normalna rzecz. Padło wiele pytań, potem mówiono, że to były ostre pytania, a ja uważam, że żadnej ostrości w nich nie było. Było pytanie,  czy rozpędzą czy nie rozpędzą opozycyjne marsze protestu. Wszyscy nasi oponenci domagają się państwa prawa. A co to jest państwo prawa? Takie, w którym przestrzega się obowiązującego prawa. A co mówi obowiązujące prawo o demonstracjach? Że trzeba na nie otrzymać zezwolenie władz lokalnych. Macie zezwolenie? Proszę bardzo – maszerujcie, demonstrujcie. Nie macie zezwolenia – nie macie prawa. Jeśli demonstrujecie na ulicy bez pozwolenia – to dostaniecie pałą w łeb. I tyle.

Nieźle. Więc wszystko jest zgodne z prawem? Plac Triumfalny zamknięto niby to z powodu remontu, tymczasem nie ma nawet żadnych odnośnych planów…

Proszę mi wierzyć: nie wiedziałem o tym. Ja się tym nie zajmuję! Mówię szczerze i daję panu uczciwe partyjne słowo honoru! Nie znałem Szewczuka, nie wiedziałem, że oni się zbierali regularnie na placu Triumfalnym. Owszem, co nieco do mnie docierało – że była tam demonstracja, że demonstrantów rozpędzono. Pytam, a dlaczego ich rozpędzono? Ano dlatego, że mieli demonstrować innym miejscu – dostali pozwolenie na wiec gdzie indziej, a oni przyszli tutaj. Pytam – to dlaczego tu przyszli? Tego jakoś nie mogę zrozumieć. Oni chcą coś powiedzieć, prawda? Chcą krytykować władzę. Weźmy dla przykładu Londyn – wyznaczono na to miejsce. A na miejscu niewyznaczonym łoją pałami po łbach. Nie wolno? Skoro mimo to przyszedłeś, to licz się z tym, że dostaniesz po głowie. I w Londynie nikt się na takie rzeczy nie oburza. Jeśli celem demonstrantów jest powiedzenie czegoś, to trzeba to zrobić inaczej. Na przykład zaprosić Andrieja Kolesnikowa, kilka kamer telewizyjnych, zachodnich, wschodnich, rosyjskich, wyciągnąć sztandar z kostkami i czaszką, powiedzieć na głos, że dopóki nie otrzymamy tego, co chcemy, będziemy krytykować władze. Dlaczego współczesny świat jest cudowny? Bo można coś powiedzieć nawet w kącie szaletu publicznego, a usłyszy cały świat, jeżeli tam będą kamery.

Ale tu nie o to chodzi, cel jest  inny. Domagać się państwa prawa – ale dla kogoś innego, nie dla siebie. Pozwalają nam, a my i tak będziemy was prowokować, żebyście nas zdzielili pałą przez łeb. I polewając się czerwoną farbą mówić, że ta nieludzka władza zachowuje się nikczemnie i łamie prawa człowieka. Celem jest prowokacja. Gdyby chodziło o powiedzenie czegoś opinii publicznej, to nie ma przecież sensu prowokować władzę i naruszać prawo. Jak macie pozwolenie na zgromadzenie na placu X, proszę bardzo – idźcie i demonstrujcie, ale oni wtedy mówią: a my chcemy plac Y. Mówi się im: tu nie wolno. A to znaczy, że nie wolno. A jeśli władza ustąpi, znajdzie się kolejny powód do prowokacji. Bo o to właśnie chodzi. To może trwać w nieskończoność.

Ale jest jeden człowiek, z którym chciałby się pan spotkać i porozmawiać. I wszystko w ramach obowiązującego prawa. Bez  żadnych prowokacji.

A kto to taki? – zdziwił się premier.

Dmitrij Miedwiediew. Powiedział pan, że usiądziecie, dogadacie się i wspólnie zdecydujecie, który z was dwóch wystawi swoją kandydaturę na prezydenta.

Ależ to ogólnoświatowa praktyka. Amerykański prezydent odchodząc proponuje na ogół kandydaturę swojego następcy. A co jest nienormalnego w tym, że odchodzący prezydent proponuje krajowi jakiegoś człowieka, o którym wie, że jest porządny, dobrze przygotowany, który doskonale poradzi sobie z robotą na tym stanowisku?

Tak. Ale potem zaczyna się realna walka polityczna i ten wskazany przegrywa.

Owszem, przegrywa. Al Gore na przykład przegrał. A potem przegrał kandydat Busha. No i co? Takie jest życie. Prezydent przedstawił krajowi kandydata, a kraj go odrzucił. Ktoś inny zostanie prezydentem. Co w tym niezwykłego? Nie rozumiem. Dlaczego tam jest to możliwe, a u nas wydaje się to czymś dziwnym?

Dlatego, że tam po przedstawieniu kandydatury zaczyna się walka, a u nas jeden człowiek przedstawia drugiego i ten zostaje prezydentem. I dlatego bardzo jesteśmy ciekawi, kogo Dmitrij Miedwiediew przedstawi jako kandydata na urząd prezydencki. Być może siebie. A być może pana. I kiedy pan mówi, że sobie siądziecie i się dogadacie, to jest w tym pewna intryga.

Ależ nie ma żadnej intrygi. Niech pan wymyśli coś innego. Jedziemy dalej!

 

O narkotycznym uzależnieniu od sondaży

Według wszystkich sondaży, poparcie dla Pana i dla prezydenta ostatnio zmniejszyło się. Odczuwa Pan ten spadek?

 Nie! Chociaż może nie zwracam na to tak bacznej uwagi, ale owszem widzę, że poparcie się wahnęło. Kryzys, wielu ludzi przeżywa ciężkie chwile. My bardzo dużo robimy, ale to nie do wszystkich dociera. Mogę jakiemuś człowiekowi powiedzieć: robimy to i tamto, a on i tak mi odpowie: a idź do diabła… Ale jeśli to do ludzi nie dociera, to znaczy, że to ja źle wykonuję swoją pracę.

Czasami wydaje się, że z tym krajem w ogóle nic nie da się zrobić, że każde wielkie przedsięwzięcie w jakimś momencie się zawali, zawiedzie jakiś detal, który nie interesuje urzędników. Ma pan czasem takie wrażenie? Ogarnia pana uczucie bezsilności? Desperacja?

Powiem panu szczerze: biorę pod uwagę ważność danej sprawy. Jeżeli uważam, że ten czy inny problem jest priorytetowy, to nie przestaję myśleć o tym, jakie to pociąga za sobą polityczne koszty. I wcale nie myślę, jakie skutki to będzie miało dla mnie osobiście. Ale jeśli coś jest ważne dla kraju, to ja się nie oszczędzam, mobilizuję się. Mówię panu szczerze, jak jest. Bywają oczywiście problemy, których rozwiązywanie trwa lata, dziesiątki lat. Na przykład problem mieszkaniowy. Najłatwiej byłoby powiedzieć sobie po cichu: jest jak jest, i niech tak będzie. Wszyscy się do tego przyzwyczaili, szemrzą po cichu, zawsze można odpowiedzieć, że nie ma pieniędzy, lepiej pomyśleć o podwyżkach płac i tak dalej… Ale my tak nie robimy. My wszystkim weteranom zapewniliśmy mieszkania. Teraz zajmujemy się mieszkaniami dla wojskowych. Wydawałoby się, że to nie-moż-li-we! Ale my to zrobimy, doprowadzimy do końca.

Mam na ten temat wyrobione zdanie. Im bardziej czynny polityk troszczy się o swój ranking, tym szybciej zaczyna tracić poparcie. Dlatego że taki człowiek staje się uzależniony od sondaży, cały czas myśli, jak dana decyzja wpłynie na jego poparcie. Przestaje działać na rzecz danej sprawy. To odbija się na rezultatach i ludzie to od razu wyczuwają. Nasi ludzie mają niezłego nosa!

A zatem nie odczuwa pan uzależnienia od rankingu?

Ani narkotycznego, ani politycznego.

Powiedział pan kiedyś, że po śmierci Mahatmy Gandhiego nie ma pan z kim porozmawiać. To był żart?

Oczywiście, że żart. Chciałem coś w cięty sposób odpowiedzieć jakiemuś dziennikarzowi, chyba niemieckiemu.

Rzeczywiście nie ma pan z kim rozmawiać, poradzić się?

Z panem stale się naradzam. Dopiero co był pan ze mną na Kamczatce. Powiedziałem, że według miejscowej prasy ceny benzyny znacznie wzrosły. Kamczacki gubernator odpowiedział, że to niemożliwe. Poprosiłem, żeby sprawdził. Sprawdził. Okazało się, że naprawdę rosły. Teraz ceny są niższe.

Jak się pan odnosi do dziennikarzy? To zło konieczne?

Są różni dziennikarze. Jeśli założyć, że dziennikarstwo polityczne jest zawsze opozycyjne wobec władzy, to należy traktować dziennikarstwo jak ból: to nieprzyjemne, ale potrzebne organizmowi.

 

Czego Putina nauczył szczur

Wobec tego zafunduję panu jeszcze jeden ból. Pamięta pan, w książce „W osobie pierwszej” mówił pan o tym, że kiedyś na klatce schodowej zagonił pan szczura w kąt.

- Tak, pamiętam. Potem szczur zaczął mnie gonić. Ledwie uciekłem.

I potem zrozumiał pan, że nikogo nie należy zaganiać w kąt.

Tak, zapamiętałem to na całe życie.

To w takim razie dlaczego przyparł pan do muru Michaiła Chodorkowskiego?

Przyparłem do muru? – zdziwił się premier. – On odbywa zasłużoną karę. Wyjdzie na wolność – będzie wolnym człowiekiem. Nie,ja  z całą pewnością nie zaganiałem go w kąt, nie przypierałem do muru.

Śledzi pan, jak przebiega jego drugi proces?

Drugi proces? Kiedy usłyszałem o drugim procesie, to się bardzo zdziwiłem, pytałem, co to za proces. Przecież on już swoje odsiaduje. Ale jeśli taki proces się toczy, to znaczy że z punktu widzenia prawa powinien się toczyć. Przecież ja nie prowadzę tej sprawy!

W Monachium wygłosił pan swoje słynne przemówienie. Czy uważa pan, że jest ono aktualne i dzisiaj?

Myślę, że to przemówienie było pożyteczne. Ja w gruncie rzeczy powiedziałem wtedy prawdę. Prawdę powiedziałem! Zapewniano nas przecież o jednym, a zrobiono coś odwrotnego. Dosłownie zostaliśmy nabici w butelkę! W czasie wycofywania wojsk z Europy Wschodniej sekretarz generalny NATO powiedział nam, że ZSRR może być pewien, że NATO nie będzie się dalej rozszerzać. No i co? Gdzie te obietnice? Zapytałem ich o to. Nie mieli nic do powiedzenia. Oszukali nas w najprymitywniejszy sposób. W wielkiej polityce takie elementy, że ktoś kogoś wystawia do wiatru, zdarzają się - i to nierzadko. I trzeba to mieć na uwadze.

Teraz aresztowali naszego obywatela jakoby za narkotyki, wywieźli go do Stanów Zjednoczonych. Jego amerykański adwokat, występując przed sądem, bardzo celnie sformułował problem: obywatel Rosji w afrykańskim kraju jest oskarżony o kontrabandę czy nielegalne rozprowadzanie narkotyków. Co mają z tym wspólnego interesy USA? Nikt nie potrafi jasno na to odpowiedzieć. Aresztowali obywatela obcego państwa, potajemnie wywieźli do siebie. Co to ma być? Jak widać to, o czym mówiłem w Monachium, jest aktualne i obecnie.

A czy wierzy pan w reset w stosunkach z USA?

Hm, wie pan co… Bardzo chciałbym wierzyć w ten reset. Po drugie, reset jest potrzebny, potrzebuję go. Po trzecie, widzę, że w zamiarach obecnej administracji amerykańskiej jest poprawa stosunków z Rosją. Ale są i problemy. Na przykład, następuje dozbrajanie Gruzji. Po co? To są realia. Widzimy to. Gdyby dwa lata temu nie zbrojono Gruzji, to nie byłoby agresji i krwi, która została tam przelana. A my o tym mówiliśmy naszym partnerom w Europie. I wszyscy milczeli. Czym to się zakończyło? Wojną. A teraz znowu się zbroją.

Wielokrotnie mówiliśmy też o naszym stanowisku wobec tarczy antyrakietowej w Europie. Wygląda na to, że dogadaliśmy się, że w Polsce nie będzie antyrakiet, a w Czechach radaru. Świetnie. I co? Niemal od razu ogłaszają, że innych krajach Europy planuje się rozmieszczenie tego samego. No i gdzie jest ten reset? Tutaj go nie widać. Mam wrażenie, że Obama ma szczere zamiary. Nie wiem, co on może, czego nie może, chciałbym się przekonać, czy mu się uda. Ale on bardzo chce.

Widział pan film „Ojciec chrzestny” o prezydencie Łukaszence? [pokazywała go  rosyjska telewizja NTW]

Nie oglądałem. Ale słyszałem o nim.

To niech pan koniecznie obejrzy. Mocne kino, teraz wielu ludzi patrzy na pana Łukaszenkę podejrzliwie. Pod tym względem telewizja jest, tak jak dawniej, mocnym narzędziem propagandowym. Czy słowa pana Łukaszenki pod pańskim adresem ubodły pana, tak czysto po ludzku?

Szczerze mówiąc, nie pamiętam, co on tam o mnie mówił – zaśmiał się Władimir Putin. – Chciał mnie wyprowadzić z równowagi, ale mu się nie udało. Nie mam osobiście nic przeciwko niemu. Nawet nie pamiętam, co on tam powiedział.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Niezbędnik

Arabowie szukają mistrzów

Siła nauki arabskiej w okresie klasycznym to otwartość na zmiany, ale też zwykła ciekawość świata.

Mateusz Wilk
06.05.2014
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną