Szczyt G20 w Seulu

Dolar król, juan – delfin?
To brazylijski minister finansów, Guido Mantega pierwszy w oficjalnych kręgach potępił „wojny walutowe”, na które ekonomiści szykują zderzające się masy pieniądza.

Szczyt G-20 w Seulu wysłał przed te masy parlamentariuszy z białymi flagami i rozjemcy robią co mogą, jednak są nieliczni i mogą zginąć w ścisku i wrzawie. Sytuację – w uproszczeniu, dla nas wszystkich, bynajmniej nie ekonomistów – można przedstawić tak: Mimo kryzysu pieniądza na świecie bynajmniej nie brakuje  – ani inwestycyjnego (takiego który coś buduje) ani spekulacyjnego (takiego, który chce zarobić na samej sprytnej wędrówce po rynkach). Te masy przelewają się elektronicznie albo do krajów, którym się dobrze powodzi – zwłaszcza do Chin, budujących wszystko na potęgę, do Indii, Brazylii, ale i mniejszych, na przykład Izraela – albo do Japonii, której słabości wyczuwają i chcą zarobić na jej kłopotach, albo chowają się w Szwajcarii, ciągle największej na globie przechowalni prywatnego bogactwa albo wreszcie ku największym chomikującym, czyli jeszcze raz do Chin, które nagromadziły już ponad 2 i pół tysiąca miliardów dolarów (tak!) w chińsko-amerykańskiej bieliźniarce.

Ruch tych mas powoduje narastanie baniek spekulacyjnych (co tam baniek, raczej całych oceanów). Na dworze króla-dolara skarżą się, że chiński juan udaje słabego, dzięki czemu towary chińskie są tanie i zalewają rynek amerykański oraz kilka innych. W nerwowym ruchu Waszyngton postanowił zasilić świat masą 600 mld dolarów, co teraz mu wszyscy wytykają. Tańszy dolar poprawi konkurencyjność towarów amerykańskich. Z takiej przepychanki mogą się zrodzić szybko wojny walutowe i towarowe – każdy będzie chciał bronić swego rynku i forsować swój eksport właśnie przez manipulacje kursami walutowymi. Gorzej jeszcze, że Unia Europejska, wygląda w tym zamieszaniu na oazę spokoju, ale to źle dla strefy euro, bo kurs europejskiej waluty zwyżkuje, a krajom w szczególnych tarapatach, bardziej zadłużonym – Grecji, Irlandii, Hiszpanii – sprawia dodatkowe kłopoty.

W Seulu przywódcy na razie zapowiedzieli – ale dopiero na przyszły rok – szukanie obiektywnych mierników walut: które są przeszacowane nie-fair. Może to trochę uspokoić napięcie między walutami, ale nie musi. Obiecali też, że nie będzie dewaluacji dla poprawienia konkurencyjności (ale już była), zapowiedzieli też surowsze normy dla banków (tak zwana Bazylea trzy), by większe gromadziły większe rezerwy własne, przez co staną się silniejszymi bastionami na nerwowym rynku pieniądza. Ale to znów dopiero za kilka lat. Na razie wygląda na to, że uspokojenie może przyjść jedynie ze strony Chin, które będą stopniowo obniżać wartość juana. Wcale tego nie chcą, choć nie chcą też pogłębiać trudności dolara, gdyż w nim przechowują znaczną część swego bogactwa. Żeby nie było tak, jak bywa z wojnami. Wybuchają z powodu czyichś słabych nerwów. 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj