Świat

Xi Jinping. Następca Hu

Wiceprezydent Xi Jinping namaszczony na przyszłego przywódcę Komunistycznej Partii Chin. Wiceprezydent Xi Jinping namaszczony na przyszłego przywódcę Komunistycznej Partii Chin. Bogdan Cristel/Reuters / Forum
Ma 57 lat i przygotowuje się do przejęcia władzy w Chinach. Razem z nim do głosu dochodzi nowe pokolenie przywódców.
Przyszły lider musi nauczyć się rzadzić Chinami. Na zdjeciu Xi Jinping (w środku) z gospodarską wizytą w Ujgurskim Regionie Autonomicznym.Xinhua/Zuma Press/Forum Przyszły lider musi nauczyć się rzadzić Chinami. Na zdjeciu Xi Jinping (w środku) z gospodarską wizytą w Ujgurskim Regionie Autonomicznym.
Wraz z Xi do głosu dochodzi już piąta generacja chińskich przywódców.Fredrik von Erichsen/DPA/Forum Wraz z Xi do głosu dochodzi już piąta generacja chińskich przywódców.

Następcę dostrzeżono w nim jesienią 2007 r. Był świeżo upieczonym sekretarzem partii w Szanghaju, finansowym centrum Chin, zdemoralizowanym gigantycznym skandalem korupcyjnym. Poprzednik Xi Jinpinga na tym stanowisku Chen Liangyu wspólnie z dziesiątkami miejskich urzędników rozkradł fundusz emerytalny, a sprzeniewierzone miliony przelewał na prywatne konta i inwestował w firmy budowlane, szykujące między innymi Expo 2010.

Chen, w odróżnieniu od wielu dygnitarzy, otwarcie przy tym sprzeciwił się polityce rządu centralnego w Pekinie. Ekipa prezydenta Hu Jintao skrzętnie to wykorzystała, by przeprowadzić krucjatę antykorupcyjną przeciwko politykom z tzw. grupy szanghajskiej, zwolennikom poprzedniego przywódcy Chin Jiang Zemina. Do spacyfikowanego już Szanghaju prezydent Hu skierował słynącego z bezwzględności dla łapowników Xi Jinpinga, gubernatora sąsiedniej prowincji. Ten potrzebował ledwie kilku miesięcy, by odmienić wizerunek najbogatszej chińskiej metropolii i pogodzić ją z Pekinem.

Oto następca

Chen miał 9 wystawnych posiadłości, Xi uznał mieszkanie służbowe za zbyt luksusowe i przeniósł się do mniejszego. Dotąd pozostawał w cieniu żony, szalenie popularnej sopranistki i solistki zespołu wojskowego w randze generała dywizji, teraz stał się pupilem państwowej propagandy. „Miło słyszeć dobre wieści z Szanghaju” – pisał na pierwszej stronie partyjny „Dziennik Ludowy”. Gdy jeszcze do Szanghaju przyjechał Hu, co obszernie transmitowała ogólnochińska telewizja, Xi Jinpinga dopisano do listy potencjalnych następców prezydenta.

Te przypuszczenia potwierdziły się już kilka tygodni później w Wielkiej Hali Ludowej przy placu Tiananmen w Pekinie. Na zjeździe partii komunistycznej zaprezentowano tam nowy skład dziewięcioosobowego komitetu wykonawczego politbiura, ścisłego kręgu decyzyjnego Chińskiej Republiki Ludowej. Jako pierwszy na podium wspiął się sekretarz z Szanghaju, co w partyjnym rytuale oznaczało: oto następca, przywódcy partii chcą, by to jego wybrać na kolejnym zjeździe w 2012 r., kiedy końca dobiegnie druga i ostatnia kadencja Hu.

Samo namaszczenie może jednak nie wystarczyć. Xi zdany jest na wewnątrzpartyjną demokrację; o tym, czy zostanie przywódcą, zdecydują reprezentanci blisko 80 mln członków partii. O względy towarzyszy zabiega na wielu stanowiskach – jest szefem sekretariatu partii i jej szkoły, kuźni komunistycznych kadr. Zgodnie z modelem sukcesji – obecny wypróbowano przy wyborze Hu Jintao – przyszły lider, oprócz zdobycia wpływów w partii, musi także nauczyć się rządzić wielkim państwem. I w rządzeniu się sprawdzić.

Xi terminuje więc u boku Hu jako wiceszef komisji wojskowej, mającej pod sobą 2,3 mln żołnierzy. Jest także wiceprezydentem i człowiekiem Hu do specjalnych poruczeń. Odpowiadał za organizację olimpiady w Pekinie i obchodów 60-lecia ChRL, za usuwanie skutków trzęsienia ziemi w Syczuanie, ochrania też interesy rządu centralnego w Hongkongu i Makau. Wizytował obie Koree i Japonię, odbył tournée po obu Amerykach, razem z kanclerz Angelą Merkel otwierał Targi Książki we Frankfurcie, uświetnił festiwal kultury chińskiej w Belgii, węgiersko-chińskie forum ekonomiczne w Budapeszcie i forum w szwajcarskim Davos.

 

 

Partia Książąt

Tandem Hu–Xi to nie powtórka pary Putin–Miedwiediew. Obu Chińczyków znacznie więcej dzieli niż łączy. Hu przez lata sekretarzował w ubogich prowincjach w Gansu i w Tybecie, jego rodzina nigdy nie piastowała wysokich stanowisk. Nie jest reformistą, oczywiście uważa, że Chiny muszą szybko się rozwijać, ale skupił się na zasypywaniu przepaści cywilizacyjnej między bogatym wybrzeżem a zacofanym interiorem, codziennie wstrząsanym setkami lokalnych protestów społecznych. Przykręcił śrubę dysydentom, obrońcom praw człowieka, prasie i zagranicznym firmom internetowym, jednocześnie odwiedza chłopów na polach ryżowych, robotników w fabrykach, górników i ubogich w jadłodajniach.

Natomiast wiceprezydent jest synem Xi Zhongxuna, bohatera walk rewolucyjnych z lat 30., który zbudował partyzantkę w prowincji Shaanxi, gdzie witał Mao przybywającego na czele Długiego Marszu. Po przejęciu władzy przez maoistów dostał tekę wicepremiera, ale podczas rewolucji kulturalnej przewodniczący strącił dawnego partyzanta z piedestału, bo ten zbyt przychylnie wypowiadał się o pewnej powieści uderzającej w Wielkiego Sternika. Najpierw zesłano go do fabryki, następnie zamknięto w areszcie domowym i w więzieniu, w niewoli trzymano 16 lat, z czego połowę w pojedynczej celi.

Nastoletni Xi Jinping trafił na sześcioletnią reedukację do górskiej jednostki pracy. Opowie później Robertowi Kuhnowi, autorowi książki „Jak myślą chińscy liderzy”, że w dzień pasł bydło, zbierał pszenicę i siano, przy górach zrobił pierwszy polityczny krok (został sekretarzem swojej brygady produkcyjnej), a „nocami uczył się przy nikłym świetle lamp naftowych”. Zresztą wykształcenie Xi budzi kontrowersje: gdy jego ojciec wrócił do łask, dwudziestolatek poszedł na studia chemiczne bez dnia w szkole średniej, zrobił także doktorat z prawa, mimo że wcześniej nie uzyskał dyplomu.

Po śmierci Mao Xi senior wszedł do ekipy Deng Xiao-pinga, twórcy chińskiego cudu gospodarczego, został gubernatorem prowincji kantońskiej. Był w awangardzie reform, znów budował, ale tym razem kapitalizm i specjalne strefy ekonomiczne, okno komunistycznego państwa na światową gospodarkę. Na jedną z nich wyznaczył Shenzen, małą osadę rybacką na wybrzeżu, dziś liczącą 11 mln mieszkańców. Z wybrzeżem związana jest też prawie cała kariera jego syna: w nadmorskich prowincjach spędził ponad 20 lat. Największe sukcesy odnosił w Zhejinag, walcząc z korupcją i przemytnikami. To stamtąd oddelegowano go do Szanghaju.

Xi często zaliczany jest do tzw. Partii Książąt, którą tworzyć mają potomkowie najwyższych rangą sekretarzy partyjnych. Jak pisze Robert Kuhn, łączy ich wspólnota doświadczeń, edukacja, przekonanie o potrzebie liberalnych korekt. Brata ich również niechęć Chińczyków do polityków, którzy karierę zawdzięczają nazwisku. Bo może i książęta są z reguły dobrze przygotowani, ale mają opinię skorumpowanych i zadzierających nosa. W efekcie nawet w partyjnych głosowaniach dostają niewielkie poparcie.

Byle nie chiński Gorbaczow

Wraz z Xi do głosu dochodzi już piąta generacja chińskich przywódców. Nie mają rewolucyjnej żarliwości pokolenia Mao ani reformatorskich planów Denga, różnią się też od inżynierów Jiang Zemina i technokratów Hu Jintao. Nadchodzi czas liberałów, wykształconych prawników i menedżerów – Li Keqiang będzie zapewne pierwszym premierem z doktoratem i to z ekonomii. Właśnie takich liderów potrzebują teraz i partia, i Chiny – osób, którym wierność socjalistycznej ideologii nie przeszkodzi w udoskonalaniu kapitalizmu. W innych częściach świata prawie dwucyfrowe tempo chińskiego rozwoju gospodarczego robi wrażenie, ale Chińczycy zdają sobie sprawę, że kryzys wprowadził gospodarkę w niebezpieczny wiraż.

Prognozy ekonomistów nie są optymistyczne, wzrost wyhamuje prawdopodobnie do 2–6 proc., czyli poziomu, który nie pozwoli na dalsze obłaskawianie biedoty, coraz bardziej niezadowolonej rzeszy 700 mln chłopów i robotników z trudem znajdujących zajęcie. Xi będzie musiał zmierzyć się z długim katalogiem problemów: Chiny wciąż nie mają systemu ubezpieczeń społecznych, brakuje mieszkań, środowisko jest zniszczone, a Pekin z trudem kontroluje gubernatorów i lokalną administrację, która na potęgę zadłuża swoje prowincje.

Delegaci na najbliższy zjazd partii wytypują Xi Jinpinga, jeśli przekona ich, że zdoła utrzymać jedność partii, a 1,3 mld Chińczyków zapewni dobrobyt – niezbędny, by komuniści zachowali monopol władzy. Muszą mieć także pewność, że nie wybiorą kogoś w rodzaju chińskiego Gorbaczowa, który rozsadzi system od środka. Sam Xi zarzeka się, że rozbratu z komunizmem nie będzie.

Polityka 01.2011 (2789) z dnia 07.01.2011; Ludzie roku 2011 - Świat; s. 80
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

„Motel Polska”, czyli perwersyjna propaganda PiS

O nie, „Motel Polska” to nie jest produkcja żenująca. Nie jest obciachem, popisem złego gustu i amatorszczyzny. To produkt jak najbardziej przemyślany, diablo przewrotny i wyrachowany.

Jan Hartman
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną