Śmierć pod żaglami
Malowniczy żaglowiec „Gorch Fock” od lat uchodził za legendę i chlubę niemieckiej marynarki. Szkoliły się na nim całe pokolenia oficerów. Dziś skandal na statku zadał kłam pięknej legendzie.
infomatique/Flickr CC by SA

infomatique/Flickr CC by SA

Choć minęły dwa miesiące od śmierci mojej córki, nadal nie wiem, jak zginęła Sarah. A przecież ona była taka dzielna, taka sprawna fizycznie. Nikt mi nie chce powiedzieć, jak do tego doszło –rozpacza matka. I zapowiada, że pozwie do sądu kapitana statku szkoleniowego „Gorch Fock”. Wini go za śmierć swojej córki, 25-letniej kadetki Sarah S.

O tym, jak to było, inni kadeci opowiedzieli pełnomocnikowi Bundestagu ds. sił zbrojnych, który postanowił zbadać sprawę wobec pogłosek o buncie na statku, bezprecedensowej decyzji o przerwaniu rejsu szkoleniowego i odesłania wszystkich kadetów z Brazylii z powrotem do Niemiec. Oto relacja jednego z kolegów Sarah:

Trafiliśmy na statek rano, prosto z samolotu po długim locie z Niemiec. I od razu kazano nam się wspinać na maszty. Raz, drugi, trzeci. Byliśmy zziajani, przylecieliśmy z zimnej Europy, a tam upał. Za siódmym razem Sarah powiedziała instruktorowi, że już nie może. Opieprzył ją: „Nie stroić mi tu fochów!” No więc wspięła się znowu – i z wysokości 27 metrów spadła. Usłyszeliśmy głuchy huk. Leżała tam nieruchomo, z otwartymi oczami. Zaraz kazali nam wszystkim zejść pod pokład. Zapewniali, że nic jej nie będzie, ale my wiedzieliśmy, ze to nieprawda. 12 godzin później Sarah zmarła w szpitalu.

Młodzież bez kondycji

Dopiero gdy wybuchła afera kadeci dowiedzieli się, ze wspinanie na maszty (najwyższy maszt „Gorch Fock” ma 45 metrów wysokości) jest według przepisów dobrowolne. Dla tych, którzy mają lęk wysokości, powinno się znaleźć inne zadania na pokładzie. Tyle, że nikt z kadetów o tym nie wiedział. Nie instruowano ich też, jak należy się wspinać. „Zapędzano nas wrzaskiem na maszty” – jak to ujął jeden z kadetów. Wspinano się bez żadnych zabezpieczeń – przymocować się można było dopiero na samej górze. W razie odmowy grożono odesłaniem do domu - i końcem marzeń o oficerskiej karierze.

Po wypadku inni kadeci byli w szoku. Część odmówiła wspinania na maszty, niektórzy chcieli w ogóle zrezygnować z rejsu. Natomiast kapitan dzień po śmierci dziewczyny uskarżał się na dzisiejszą młodzież, która przesiaduje przed komputerem i nie ma tej kondycji, co kiedyś. A dwa dni później stała załoga „Gorch Fock”– w wesołych przebraniach i kolorowych perukach - urządziła sobie na statku małe alkoholowe party. Jeden z kadetów sfotografował to komórką. Zdjęcia pokazano pełnomocnikowi Bundestagu; trafiły też do prasy.

Adrenalina i pruski dryl

Gdy sprawa stała się głośna, do mediów trafiły też opowieści innych kadetów, którzy wcześniej pływali na „Gorch Fock”. Część wspominała pobyt na legendarnym statku  i noce pod rozgwieżdżonym niebem jako wspaniałą przygodę; walka o życie z porywami wiatru wysoko na maszcie była dla nich niezapomnianym, ekstremalnym doznaniem. Inni jednak uskarżali się na pruski dryl, na wyzwiska, na to, że zawsze byli upokarzani i pomiatani przez instruktorów i członków załogi. Posiłki kazano im jeść w mesie na stojąco – miejsca siedzące były tylko dla załogi. Pod pokładem, gdzie spali, było tak ciasno, że nikt nie miał nawet własnej koi – a nocą po zatłoczonej sali sypialnej krążyli podpici oficerowie. Przed wyjściem na ląd dla zabawy wysyłano kadetów po pięć razy z powrotem pod pokład, dla odprasowania rzekomych fałdek na (idealnie uprasowanych) spodniach.

Co gorsza, pojawiły się relacje o poprzednich wypadkach – na przykład o śmierci chłopaka, wysłanego przy silnym wietrze na maszt po to tylko, aby poprawić zaplątaną flagę.  I o innych wypadkach, które tylko cudem nie skończyły się tragicznie.

Pojawiły się także skargi na molestowanie seksualne, na obcesowe traktowanie dziewcząt, padło nawet określenie „to największy burdel pod żaglami”. Jeden z kadetów opowiedział reporterom, jak uciekał spod prysznica, gdy członkowie załogi powiedzieli mu: Tu jest jak w więzieniu, każdy nowy musi nadstawić d...”.

I właśnie te relacje sprawiły, że do prokuratury postanowił zwrócić się ojciec innej kadetki, Jenny B. Śmierć Jenny B., osiemnastoletniej kadetki z Hamburga, prokuratura uznała w 2008 roku za nieszczęśliwy wypadek. Dziewczyna pełniła na pokładzie nocną wachtę. W jakimś momencie jej koleżankom pod pokładem mignęła za oknem spadająca sylwetka i usłyszały wołanie o pomoc.

Zagadkowy wypadek

Taki statek jak „Gorch Fock” mimo komendy „Cała wstecz” nie sposób zatrzymać w miejscu. Zanim udało się zawrócić, odpłynął przeszło kilometr. Jenny B., walcząca z dwumetrową falą, musiała widzieć oddalające się światła. Jej natomiast kolegom, spieszącym na ratunek,  już nie udało się zobaczyć. Na statku nie było silnych reflektorów, jakie mają kutry ratunkowe. Kiedy pojawił się śmigłowiec, było już za późno. Jenny mogłaby doczekać pomocy, gdyby miała na sobie kamizelkę ratunkową – ale na „Gorch Fock” nie było w zwyczaju wydawania kadetom takich kamizelek.

Wtedy, dwa lata temu, w śledztwie nie udało się wyjaśnić, jak dziewczyna mogła wypaść za burtę. Obecnie jednak ojciec Jenny oznajmił, że zamierza zwrócić się do prokuratury z wnioskiem o wznowienie śledztwa.

Rodzice Jenny mają powody do podejrzeń. Osiemnastolatka zginęła tuż przed końcem rejsu. „Gorch Fock” miał następnego dnia – był to piątek - wpłynąć do portu w Hamburgu. Przedtem zdenerwowana Jenny przez telefon nalegała, by matka załatwiła jej wizytę u ginekologa koniecznie jeszcze w ten piątek wieczorem. Mówiła: „Muszę być zbadana jak najszybciej”. Jej rodzice przypuszczają dziś, że dziewczyna mogła paść ofiarą gwałtu. I że jej śmierć nie musiała być nieszczęśliwym wypadkiem.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj