Świat

Chińscy szpiedzy i francuskie tajemnice handlowe

Martin Konopka / PantherMedia
Najprostszą metodą zdobycia kosztownej technologii jest jej kradzież. Chiński wywiad robi to zupełnie inaczej niż inne tajne służby świata. Działa coraz lepiej i na coraz większą skalę.
Artykuł pochodzi z 6 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 7 lutego.Polityka Artykuł pochodzi z 6 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 7 lutego.

Chiński agent 007 jest zwyczajnym inżynierem, biznesmenem lub naukowcem. Nie potrzebuje komputera w zegarku – wystarczy, że ma oczy i uszy otwarte oraz setki tysięcy kolegów. Renault, francuski producent samochodów, padł ofiarą spisku z udziałem międzynarodowych służb wywiadowczych. Kolejne szczegóły wciąż wychodzą na światło dzienne. Wiadomo, że nieznani mocodawcy przekupili trzech dyrektorów, którzy wyprowadzili na zewnątrz tajemnice handlowe firmy. Po wewnętrznym śledztwie cała trójka została wyrzucona z pracy, ale śledztwo w sprawie szpiegostwa przemysłowego prowadzi już też paryski prokurator Jean-Claude Marin. Podejrzenie padło na chiński wywiad. Jeśli to prawda, sprawa Renault będzie kolejną w całym łańcuchu skandali szpiegowskich, które przewalają się przynajmniej od czasu gdy Pekin pożegnał się z ideologią i zaczął się bogacić.

Francuski ślad

Na początku tego roku obywatel chiński został skazany przez amerykański sąd na osiem lat więzienia za nielegalny eksport wojskowej elektroniki do Chin. Zhen Zhou Wu omijał embargo na sprzedaż sprzętu wojskowego, wprowadzone po masakrze na Placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 r. Kupował komponenty używane w radarach i systemach rakietowych, przewoził je do Hongkongu, a stamtąd przemycał na kontynent, posługując się fałszywymi dokumentami. W tym samym czasie inny sąd w Stanach Zjednoczonych skazał Chińczyka, który pracował kiedyś jako inżynier przy projekcie niewidzialnego bombowca B-2, na 32 lata więzienia za kradzież tajemnic państwowych. Technologie wywiezione przez szpiega przyczyniły się do stworzenia chińskiej rakiety sterowanej typu Cruise.

W ciągu kilku dni od wiadomości o zmianach w kierownictwie Renault agencja Reutera podała, że francuski wywiad bada sprawę szpiegów opłacanych przez państwo chińskie. Choć Paryż oficjalnie nie potwierdza tej informacji, to pochodziła ona prawdopodobnie od francuskiego kontrwywiadu. Jean Reinhart, prawnik Renault, oskarża szefa tegoż wywiadu o przecieki do prasy, które miały być rzekomo zemstą za to, że firma zwlekała z powiadomieniem go o wewnętrznym śledztwie. Trudno się dziwić, że w tej sprawie wszystkim puszczają nerwy. Wiadomo, że Chińczycy bywali już oskarżonymi w aferach związanych ze szpiegostwem gospodarczym i zdarzało się, że zatrzymywano ich we Francji. Jednak szczegóły tej afery świadczą o tym, że zastosowane tym razem metody operacyjne są inne od działań typowych dla Chińczyków.

Pierwszy sygnał o tym, że w Renault są zdrajcy pojawił się już w sierpniu zeszłego roku. 3 stycznia br. tego roku szefowie firmy doszli do wniosku, że mają wystarczająco dużo dowodów, by zawiesić w obowiązkach trzech pracowników: Michel Balthazard pracował na stanowisku wiceprezesa zespołu inżynierów koncepcyjnych; Bertrand Rochette odpowiadał za organizację projektów koncepcyjnych, a Matthieu Tenenbaum był zastępcą szefa zespołu odpowiedzialnego za samochody elektryczne.

Działalność szpiegowska dotyczyła właśnie planów budowy samochodu z napędem elektrycznym. Według dziennika „Le Figaro” państwowe chińskie przedsiębiorstwo energetyczne State Grid Corporation of China otworzyło rachunki bankowe dla dwóch z trzech szpiegów. Pieniądze transferowano przez Maltę, a śledczy Renaulta odkryli na kontach w Szwajcarii i Liechtensteinie depozyty w wysokości 500 tys. i 175 tys. euro.

Tymczasem francuski minister przemysłu Eric Besson 14 stycznia twierdził, że nie ma żadnych przesłanek, by twierdzić, że w sprawę zaangażowani byli Chińczycy. Agenci nie byli bowiem pochodzenia chińskiego, a ich wynagrodzenia były – jak na zwyczaje chińskiego wywiadu – wyjątkowo sowite. Uwagę zwraca też metoda przekazywania pieniędzy: korzystanie z pośrednika w postaci zwyczajnej firmy, którą łatwo można namierzyć, jest ogromnym błędem. Chińscy szpiedzy raczej nie byliby tacy naiwni.

Śpiochy i ryby

Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwa (Guo jia Anquan Bu), czyli chińska agencja wywiadowcza, jest zorganizowana na modłę radzieckiej KGB, ale jej metody operacyjne są wyjątkowe na skalę światową. W przeciwieństwie do wywiadów zachodnich chińscy oficerowie nie prowadzą kilku wysoko postawionych szpiegów, lecz bardzo wielu mniej znaczących. Sieć agentów jest niezwykle rozległa, zdecentralizowana, a przeważająca większość z nich zajmuje się zupełnie niewinną działalnością, np. gromadzeniem ogólnodostępnych danych. Dopiero na etapie analizy z mozaiki źródeł wyłania się wartościowy produkt wywiadowczy. Taki model może działać wyłącznie dzięki tysiącom sumiennych obywateli pracujących za granicą i tysiącom analityków pracujących nad złożeniem mozaiki informacyjnej w całość.

Sporo wiadomo o metodach rekrutacji agentów i funkcjonowaniu samej instytucji. Szkolenie większości oficerów MBP zaczyna się na pekińskim Uniwersytecie Stosunków Międzynarodowych. Resort zaczyna się nimi interesować, zanim jeszcze przystąpią do egzaminów wstępnych. Wybór pada na obywateli chińskich, którzy nie mają zagranicznych kontaktów i nigdy nie wyjeżdżali z kraju. To ma wyeliminować „krety” podstawione przez obce służby.

Ogromna liczba kontaktów jest kolejną cechą charakterystyczną chińskiego wywiadu. Według FBI w samych USA mogą działać setki tysięcy współpracowników MBP i nawet trzy tysiące firm służących do zbierania informacji. Są to głównie mieszkające za granicą osoby chińskiego pochodzenia, uważane przez kierownictwo za najbardziej godne zaufania. Ze względu na bezpieczeństwo i koszty rekrutacja odbywa się przeważnie jeszcze w kraju. Zgodę na współpracę uzyskuje się, odwołując się do poczucia narodowej dumy („pomóż Chinom”). Kiedy jednak to nie pomoże, grozi się zabraniem paszportu, cofnięciem pozwolenia na wyjazd czy utrudnianiem życia rodzinie pozostającej w Chinach.

Pewną grupę współpracowników pozyskuje się na parę dni przed ich wyjazdem za granicę. Dostają obietnicę lepszej pracy po powrocie lub stypendium, ewentualnie grozi się im cofnięciem paszportu i przydziela zadanie infiltracji dysydentów. Elitą są długookresowi tajni współpracownicy zwani chen di yu, czyli „rybami na dnie oceanu” albo – jak powiedzielibyśmy na Zachodzie – „śpiochami”. „Ryby” są rekrutowane i szkolone na wiele miesięcy przed wyjazdem. Ich zadaniem jest zbieranie informacji, budowanie sieci agenturalnej, a czasami – dezinformacja i kształtowanie polityki innych państw.

Agentów MBP zachęca się do rozwijania swojej cywilnej kariery, gdyż sukces w biznesie czy nauce często jest najlepszą przykrywką dla działalności szpiegowskiej. Co dwa lata długookresowi współpracownicy wracają do ojczyzny, by zdać raport. Spotkanie może odbyć się w państwie trzecim, ale agentom nie pozwala się kontaktować z ambasadami i innymi placówkami dyplomatycznymi Chin, gdyż są one pod stałym nadzorem obcych wywiadów.

 

 

Tylko technologia

MBP najbardziej interesuje się nowoczesnymi technologiami. Szpiegostwo gospodarcze jest dużo ważniejsze niż polityczne. Technologie zdobywane są na trzy sposoby: oficerowie proszą o informacje obywateli chińskich przebywających za granicą (np. w trakcie wymiany naukowców akademickich), chińskie firmy kupują zagraniczne firmy technologiczne albo dokonują zakupu wybranego sprzętu. Trzeba zauważyć, że wiele firm nie tylko służy za narzędzie zbierania informacji, ale również nieźle prosperuje: większość utrzymuje się bez wsparcia funduszy państwowych, a niektóre generują nawet przychody. Nie mają oporów moralnych przed szpiegostwem i często prowadzą własne operacje. Decentralizacja chińskiego modelu gromadzenia informacji jest jedyna w swoim rodzaju: za większością operacji wywiadowczych stoi nie centralna agencja rządowa, lecz jedna z licznych instytucji, pomniejszych agencji, czy organizacji medialnych.

Aby mieć pełny obraz sytuacji, Stratfor przygotował charakterystykę działań służb chińskich w USA w 2010 roku. USA to bowiem bardzo ważny cel na liście chińskich szpiegów. Ameryka jest liderem na rynku nowych technologii, zwłaszcza wojskowych, które budzą bardzo żywe zainteresowanie modernizującej się chińskiej armii. Wiadomo, że od 2008 r. toczyło się przynajmniej siedem śledztw ocznie o szpiegostwo na rzecz Chin. W 2007 r. takich spraw było pięć, a przed rokiem 2000 – najwyżej jedna rocznie.

W 2010 r. w USA rozpoczęły się procesy w 11 sprawach dotyczących chińskiego szpiegostwa przemysłowego. To najwięcej w historii. W 10 na 11 przypadków chodziło o przejęcie technologii, a w pięciu – o jawną próbę zakupu i nielegalnego wywozu za granicę urządzeń szyfrujących, elementów telefonu komórkowego, mikroczipów używanych w przemyśle lotniczym i półprzewodników odpornych na promieniowanie.

Latem 2010 r. węgierska policja aresztowała na lotnisku w Budapeszcie dwóch Chińczyków, za którymi władze amerykańskie wysłały list gończy. Według amerykańskich prokuratorów podający się za biznesmenów Xian Hongwei i Li Li oferowali pracownikom firmy BAE Systems pieniądze za produkowane tam mikroczipy. BAE Systems jest jednym z podwykonawców przy projekcie myśliwca wielozadaniowego F-35. Choć nie ma na to dowodów, takie operacje szpiegowskie odegrać istotną rolę w projekcie chińskiego niewidzialnego myśliwca J-20, który właśnie został zaprezentowany światu.

Warto zauważyć, że w 10 na 11 spraw o szpiegostwo, które ujawniono w 2010 r., podejrzany był urodzony w Chinach. Zdecydowana większość znanych przypadków dotyczy emigrantów pierwszego pokolenia. Wynika to z ostrożności chińskich oficerów prowadzących, którzy niechętnie korzystają z informacji dostarczanych przez mniej zaufanych obywateli, jak również z technicznych trudności z dotarciem do emigrantów z drugiego i trzeciego pokolenia, którzy już zadomowili się za granicą. We wszystkich 11 sprawach nie jest jasne, jaką zapłatę otrzymali szpiedzy i czy w ogóle obiecano im jakiekolwiek wynagrodzenie pieniężne. W niektórych przypadkach – jak w sprawie wykradania tajemnic handlowych Valsparu czy Forda – zdobycie informacji miało zapewnić szpiegom lepszą pracę w Chinach.

Amator w akcji

W 2010 r. jedynym agentem, który nie pasował do profilu, był Glenn Duffie Shriver, amerykański student bez chińskich korzeni, który zgłosił się do pracy w Departamencie Stanu i CIA. Uczył się w Chinach w 2002 i 2003 r., a następnie powrócił w 2004 r., by szukać pracy i podszkolić język. Na miejscu odpowiedział na ogłoszenie, że poszukuje się osoby ze znajomością angielskiego do napisania artykułu politycznego. Shriver dostał 120 dolarów za tekst o stosunkach amerykańsko-chińskich w kontekście Tajwanu i Korei Północnej.

Jego pracodawca zaprosił go potem na spotkanie z dwoma oficerami chińskiego wywiadu – panem Wu i panem Tang. Shriver zgodził się współpracować w zamian za 70 tys. dolarów, które chińscy agenci przekazali mu w trzech transzach. Shriver zainteresował się karierą w CIA. W czasie rekrutacji przemilczał fakt ostatniej podróży do Chin i nie przyznał się oczywiście do przynajmniej 20 spotkań z oficerami chińskich służb. Został zdemaskowany w niejasnych okolicznościach, wiadomo tylko, że wyjazdu nie dało się łatwo zataić. Pod koniec 2010 r. przyznał się do próby szpiegostwa na rzecz Chin i dostał cztery lata. Przypadki rekrutacji amerykańskich agentów przez chiński wywiad są jednak nadal wyjątkami, choć dochodzi do nich coraz częściej. W 2009 r. zdemaskowano, aresztowano i skazano pracownika Departamentu Obrony Jamesa Fondrena.

W 2010 r. pięć spraw dotyczyło kradzieży tajemnic handlowych: diody organiczne Dupont, technologia napędu hybrydowego GM, skład chemiczny pestycydów Dow Chemical Co., skład farb Valspar i specyfikacja samochodów Forda. Za szpiegostwem przemysłowym kryje się państwo chińskie, ale działalność ta przypomina bardziej wywiad biznesowy.

Największą słabością tego modelu wywiadu jest brak koordynacji prac na szczeblu centralnym. Druga słabość to brak klasycznego szkolenia źródeł operacyjnych czy też tajnych współpracowników. Szpiedzy są zwykle rekrutowani ad hoc, gdy się okazuje, że mają dostęp do wartościowych technologii. W większości przypadków w USA do zatrzymań chińskich agentów dochodziło dlatego, że popełnili oni elementarne błędy w sztuce wywiadowczej: przechowywanie danych na twardym dysku, wysyłanie maili z komputerów firmowych, nieskrywane kontakty z firmami w Chinach itp.

Przedruk tekstu „Chińscy szpiedzy i francuskie tajemnice handlowe” za pozwoleniem STRATFOR

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Przejechała 1400 km, żeby wykonać legalną aborcję

Kiedyś byłam za PiS, uważałam, że pomaga rodzinom, a aborcja to morderstwo. Już tak nie sądzę – mówi Maria. W pięciu szpitalach odmówiono jej zabiegu przerwania ciąży.

Agata Szczerbiak
17.06.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną