Świat

Rewolucja zakłada mundur

Egipt – czy armia zaprowadzi demokracje

Mubarak ustąpił, ale rewolucja polityczna dopiero się zaczyna. Mubarak ustąpił, ale rewolucja polityczna dopiero się zaczyna. Dylan Martinez/Reuters / Forum
Hosni Mubarak oddał władzę. Zanim Egipcjanie wybiorą jego następcę, kraj musi przetrwać półroczne rządy generałów. Od nich zależy dziś kształt przyszłej demokracji.
To młodzi połączyli świecką i religijną opozycję, rozproszone grupy społeczne i osamotnionych działaczy, wreszcie bogate kairskie elity i biedne masy.Floris Van Cauwelaert/Flickr CC by SA To młodzi połączyli świecką i religijną opozycję, rozproszone grupy społeczne i osamotnionych działaczy, wreszcie bogate kairskie elity i biedne masy.

Gdy w piątek po południu Omar Sulejman oznajmił ustąpienie Hosniego Mubaraka, przez plac Tahrir przeszło westchnienie ulgi. Godzinę wcześniej uparty dyktator opuścił Kair i przez chwilę zdawało się, że umyka tylko demonstrantom idącym na pałac, a reżim pod kontrolą szefa bezpieki podejmie próbę zakończenia rewolucji siłą. Ale nic takiego się nie stało. Sulejman, który trzy dni wcześniej groził rodakom stanem wojennym, ogłaszał również własną dymisję: Mubarak przekazał władzę nie jemu, tylko Najwyższej Radzie Wojskowej. Po raz pierwszy w historii pucz za porozumieniem stron utorował drogę do demokracji.

Wcześniej Mubarak dopuścił generałów na najwyższe stanowiska w państwie. Na wiceprezydenta, którego przez 30 lat rządów nigdy nie mianował, wybrał szefa wywiadu Sulejmana, nowym premierem uczynił znanego z modernizacji egipskich lotnisk byłego dowódcę sił powietrznych i byłego pilota myśliwców Ahmeda Szafika, a ministra obrony i głównodowodzącego armii Mohammeda Tantawiego awansował na wicepremiera – taka była cena za wyprowadzenie wojska na ulice Kairu, gdy policja straciła nad nimi kontrolę. Armia miała wprowadzić Sulejmana na miejsce Mubaraka – i może by jej się udało, gdyby następca umiał odciąć się od poprzednika, a ten wiedział, kiedy ustąpić. Nade wszystko jednak obaj okazali się za starzy, by nadążyć za rewolucją młodych.

Żegnaj, ojcze

„Okłamali nas. Powiedzieli, że Egipt zginął 30 lat temu, ale miliony Egipcjan postanowiły szukać i znalazły kraj w 18 dni” – napisał na Twitterze Wael Ghonim, 30-letni szef marketingu Google na Bliski Wschód. To on założył na Facebooku stronę ku czci Chaleda Saida, zakatowanego w czerwcu ubiegłego roku przez policję w Aleksandrii. Gdy w połowie stycznia Tunezyjczycy obalili swojego prezydenta, młodzi Egipcjanie zaczęli protestować przeciwko brutalności policji w ich własnym kraju. Do spontanicznego ruchu przyłączyła się zorganizowana opozycja, m.in. Bractwo Muzułmańskie, a także znane postaci jak Mohammed ElBaradei. Ghonima bezpieka zatrzymała drugiego dnia protestów. Gdy wyszedł z aresztu 10 dni później, na Tahrirze witało go już morze ludzi.

To młodzi połączyli świecką i religijną opozycję, rozproszone grupy społeczne i osamotnionych działaczy, wreszcie bogate kairskie elity i biedne masy z Damietty, Suezu i Asjut, gdzie przedostatniego dnia protestów wybuchły masowe strajki. Gdy w czwartek wieczór Mubarak wygłosił swoje bełkotliwe „posłanie od ojca”, na Tahrirze milion „synów i córek Egiptu” w geście pogardy pokazało mu podeszwy butów. Prezydent miał złożyć urząd, ale zmienił zdanie – chociaż armia ogłosiła już, że przejmuje władzę, i zwołała w tym celu Najwyższą Radę Wojskową, ciało niewidziane w Egipcie od wojny z Izraelem w 1973 r. Podczas gdy za kulisami generałowie usiłowali odspawać Mubaraka od stołka, opozycja zwołała na piątek manifestację ku czci 300 ofiar protestów. Ostatecznie trzeba było 20 mln Egipcjan, by obalić ostatniego faraona.

Od soboty Egipt nie jest dyktaturą, ale nie jest też demokracją. Prezydenta zastąpiła junta wojskowa, która objęła władzę za zgodą obywateli i obiecała im demokratyczne wybory oraz cywilny rząd. Władzę wykonawczą sprawuje nadal gabinet powołany przez Mubaraka, w niedzielę generałowie rozwiązali marionetkowy parlament i zawiesili konstytucję. Zapowiedzieli też utworzenie komisji, która napisze nową ustawę zasadniczą i podda ją pod referendum. Aby wrześniowe wybory prezydenckie i parlamentarne miały w ogóle sens, trzeba zmienić też ordynacje wyborcze, zarejestrować nowe partie, zalegalizować te zakazane i znieść stan wyjątkowy. Pół roku to mało czasu na zmianę ustroju, ale dość, by rozpętać chaos. Rewolucja polityczna dopiero się zaczyna, a gwarantem jej spokojnego przebiegu ma być armia.

Abramsy za pokój

Armia od 60 lat jest wiodącą siłą w egipskim państwie, społeczeństwie i gospodarce – mówi prof. Robert Springborg, ekspert od egipskiej wojskowości z Uniwersytetu Marynarki Wojennej w Monterey w Kalifornii. Rewolucja przeciwko królowi i dominacji brytyjskiej w 1952 r. była dziełem Ruchu Wolnych Oficerów z Gamalem Naserem na czele, z szeregów armii wyszło wszystkich czterech prezydentów Egiptu, sam Mubarak jest byłym dowódcą lotnictwa i bohaterem wojny Jom Kippur z 1973 r. Półmilionowe wojsko egipskie, choć przegrało cztery wojny z Izraelem, pozostaje największą armią Bliskiego Wschodu i dziesiątą na świecie. Ale jej wpływ nie bierze się z liczebności, tylko z zaufania, jakim darzą ją Egipcjanie. – Armia nigdy nie broniła reżimu przed ludźmi – zaznacza Springborg.

Tę silną pozycję zabetonowali Amerykanie, którzy od porozumienia pokojowego w Camp David w 1979 r. sponsorują egipską armię. Co roku Egipt otrzymuje pomoc wojskową wartą 1,3 mld dol. Tylko w latach 2002–09 najważniejszy sojusznik USA wśród krajów arabskich otrzymał amerykańską broń za 12 mld dol. – m.in. myśliwce F-16, czołgi Abrams, helikoptery Apache – którą zastępuje posowiecki arsenał. W ten sposób Amerykanie zmodernizowali największą arabską armię, ale też uzależnili ją od siebie – generałom zależy dziś na utrzymaniu współpracy choćby ze względu na dostęp do części zamiennych. Sam Mubarak nazywał coroczną pomoc „nienaruszalną zapłatą” za zawarcie pokoju z Izraelem i dostęp floty USA do Kanału Sueskiego.

Gdy wybuchła rewolucja, generałowie byli głównym narzędziem nacisku USA na reżim, a Amerykanie trzymali ich w szachu, grożąc odcięciem pomocy, gdyby dopuścili do rozlewu krwi. Do armii były skierowane apele Białego Domu o „uporządkowane przekazanie władzy” i pochwały Pentagonu za „wzorcowe postępowanie” wobec demonstrantów.

Generałowie posłuchali, nie zmienia to jednak faktu, że są częścią reżimu. Szef rządzącej dziś krajem Najwyższej Rady Wojskowej, 75-letni marszałek polowy Tantawi, weteran wojny sześciodniowej, Jom Kippur i wojny w Zatoce. W 1991 r. został ministrem obrony i był tak oddany prezydentowi, że własni oficerowie przezywali go „pudlem Mubaraka”. Jeszcze dwa lata temu ambasada USA określała go jako „przeciwnego reformom gospodarczym i politycznym”. Jeśli pomógł obalić dyktatora, to nie w imię demokracji, tylko w obronie interesów armii.

Żywią i zarabiają

A te są rozległe. Według różnych szacunków wojsko wytwarza od 5 do 15 proc. egipskiego PKB. Jak wynika z depesz ambasady USA w Kairze, firmy należące do wojska i kierowane przez emerytowanych generałów działają m.in. w branży wodociągów, przemysłu oliwnego, produkcji cementu, w budownictwie, hotelarstwie i przemyśle naftowym. „Wojskowe przedsiębiorstwa zbudowały nowoczesną drogę do ośrodków wypoczynkowych nad Morzem Czerwonym, a także nowe skrzydło Uniwersytetu Kairskiego” – raportowała ambasada w 2008 r. „Do wojska należą też duże obszary ziemi w delcie Nilu i nad Morzem Czerwonym”, będące rzekomo nagrodą za utrzymywanie stabilności reżimu. Pod kontrolą wojska znajduje się także cywilne lotnictwo, w tym linie lotnicze EgyptAir.

Podobnie jak wpływy polityczne, również gospodarcze znaczenie armii jest następstwem wojen z Izraelem. Gdy zawarto pokój, Egipt został z milionową rzeszą młodych mężczyzn. By uniknąć masowego bezrobocia, armia zaczęła tworzyć własne przedsiębiorstwa i zatrudniać w nich zwalnianych ze służby żołnierzy. Tak powstał wojskowy kompleks przemysłowy, który produkuje jednocześnie na potrzeby armii i społeczeństwa. Z montażowni czołgów Abrams wyjeżdżają bokiem jeepy, wytwórnie broni produkują pralki, fabryki amunicji robią również butle z gazem. W imię zapewniania samowystarczalności na wypadek wojny wojsko zbudowało też wielką sieć gospodarstw rolnych – hoduje krowy, drób, a nawet ryby – ma zakłady mleczarskie i piekarnie. Gdy w 2008 r. w Egipcie zabrakło chleba, to armia karmiła głodne tłumy.

Całkowity brak cywilnego nadzoru sprawił, że wojskowe firmy nabijają dziś generalskie kabzy. Podczas gdy Sulejman zajmował się bezpieczeństwem, nad interesami czuwał Tantawi. Jako głównodowodzący armii nadzorował rozdział przywilejów i synekur wśród kadry oficerskiej, a jako minister obrony mógł blokować dowolną inwestycję prywatną pod pretekstem bezpieczeństwa narodowego. Głównym rywalem generałów byli do niedawna cywilni biznesmeni, których wpływy rosły wraz z liberalizacją gospodarczą i prywatyzacjami w ostatnich latach rządów Mubaraka. Ich protektorem był syn prezydenta Gamal Mubarak, dlatego generałowie sprzeciwiali się jego sukcesji. Rewolucja na placu Tahrir pozwoliła ją udaremnić, ale zarazem zmusza armię do negocjacji z odwiecznym wrogiem: Bractwem Muzułmańskim.

 

 

Brodaci Bracia

Formalnie zakazane, faktycznie tolerowane Bractwo jest w tej chwili jedyną zorganizowaną opozycją. Gdyby wybory odbyły się dzisiaj, zgarnęłoby 30 proc. miejsc w egipskim parlamencie. Stowarzyszenie Braci Muzułmanów założył w 1928 r. charyzmatyczny Hassan al-Banna – należał do pokolenia reformistów, miał zachodnie wykształcenie, lecz był także islamskim mistykiem. Chciał reform w duchu nauki i postępu cywilizacyjnego, lecz nie za cenę walki z islamem i pozostawienia samym sobie ubogich mas chłopskich. Przy meczetach budował szkoły i ośrodki sportowe, Bracia zatroszczyli się o młodzież, tworząc własny ruch harcerski. Dzięki łączeniu opieki socjalnej z rewitalizacją islamu zdobywali szybko wdzięczność i popularność w niższych warstwach społecznych.

Zradykalizowali się w latach 50. pod wpływem Sadżida Kutba. Bractwo początkowo sympatyzowało z nowymi rządami Nasera, ale gdy dwa lata po przewrocie jeden z jego członków dokonał próby zamachu na prezydenta, Bracia zostali oskarżeni o dążenie do obalenia świeckiej władzy, a ich przywódcy zostali wtrąceni do więzień. W egipskim gułagu Kutb napisał „Drogowskazy”, do dziś lekturę obowiązkową islamistów wszystkich odcieni. Był zwolennikiem totalnego odrzucenia świata, bezbożnego barbarzyństwa i ignorancji (dżahilija) w wydaniu zachodnim, ale i laicko-arabskim. Zalecał wojnę (dżihad) nie tylko w sensie walki duchowej, doskonalenia wewnętrznego, lecz także jako walkę zbrojną. Stracony w 1966 r. Kutb jest uważany za męczennika sprawy islamskiej i twórcę sunnickiego fundamentalizmu.

Bractwo Muzułmańskie wyrzekło się przemocy jeszcze w latach 70. Ale to ono wydało na świat islamski Dżihad, którego członkowie w 1981 r. zabili prezydenta Anwara Sadata, oraz Gamaa al-Islamiję, która urządziła masakrę turystów w Luksorze w 1997 r. i zamach na hotel w Szarm el-Szejk w 2005 r. Mubarak bezwzględnie zwalczał terroryzm, więc najtwardsi egipscy islamiści wybrali wygnanie i przyłączyli się do Osamy ibn Ladena.

Bracia potępiają dziś Al-Kaidę, ale utrzymują związki z palestyńskim Hamasem, są wrogo nastawieni do Izraela i niechętni Ameryce. Zniknięcie Mubaraka to dla nich szansa na odrodzenie i udział we władzy – dlatego Amerykanie byli przeciwni gwałtownej demokratyzacji Egiptu, a Izraelczycy martwią się o trwałość traktatu pokojowego z Camp David.

Szukają Mazowieckiego

Bractwo Muzułmańskie ma ten sam problem co reżim i armia: jego przywódcy są starzy, a rewolucja młoda. Z demonstracji na placu Tahrir bez wątpienia narodzi się nowa siła polityczna, ale żaden z liderów protestów nie ma doświadczenia ani kompetencji, by kierować państwem. Z braku naturalnego kandydata na prezydenta wybór padnie zapewne na autorytet z zewnątrz – raczej nie na Mohammeda ElBaradeia, który jest zbyt elitarny, może na Amrego Moussę, popularnego w kraju sekretarza generalnego Ligi Arabskiej.

Ktokolwiek wygra wrześniowe wybory prezydenckie, stanie przed niewykonalnym zadaniem: zapewnić armii miejsce w cywilnym państwie, islamistom udział w świeckim rządzie, a masom bezrobotnych pracę w kulejącej gospodarce. Dla większości Egipcjan miarą sukcesu rewolucji nie będą prawa człowieka, tylko poprawa bytu.

Dziś największy wpływ na kształt nowego Egiptu mają generałowie – będą nadzorować nie tylko prawne przygotowania do wolnych wyborów, ale także polityczny kompromis między opozycją a reżimem. – Dla armii nadeszła chwila prawdy: albo ułatwi narodziny ładu demokratycznego, albo będzie próbowała utrzymać uprzywilejowaną pozycję, co stanowiłoby duże ograniczenie dla przyszłej demokracji – mówi Springborg. Ludzie reżimu będą zabiegać o miejsce w nowym systemie. Wiele zależy od tego, kogo armia uzna za opozycję i zaprosi do rozmów.

Polityka 08.2011 (2795) z dnia 19.02.2011; Temat tygodnia; s. 12
Oryginalny tytuł tekstu: "Rewolucja zakłada mundur"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ludzie i style

Wszechobecny Krzysztof Stanowski. Jak wyjaśnić ten fenomen?

Wyrósł najwyraźniej na pierwszego dziennikarza w Polsce, którego koniecznie trzeba przekonać do swoich racji. Bo można się ze Stanowskim nie zgadzać, ale „trzeba go szanować”.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk
13.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną