Ujgurzy w uścisku Chin walczą o przetrwanie

Ujgurzy modlą się w ciszy
Dla milionów Ujgurów z Xinjiangu, najdalej wysuniętej za zachód prowincji Chin, nienasycony rozwój gospodarki azjatyckiego kolosa jest wyrokiem śmierci.
Ujgurska część miasta w Kargilik. Yusuf, kowal z dziada pradziada, wykuwa muzułmańskie półciężyce.
Katarzyna Wieder/Polityka

Ujgurska część miasta w Kargilik. Yusuf, kowal z dziada pradziada, wykuwa muzułmańskie półciężyce.

Reuters/Forum

Rahmad, staruszek tak chudy, że na jego palcach widać każdą kosteczkę, przygląda się im w milczeniu. Maszerują w dziesięciu. Kiedy wznoszą nagle okrzyk bojowy, przypadają do ziemi i mierzą do niewidzialnego wroga, jest w ich oczach buta, zapiekłość. Ale jest też – strach. W końcu podnoszą się, zbierają pałki i tarcze, po czym dwójkami ruszają przed siebie, w każdej chwili gotowi do odparcia prawdziwego ataku. – Są jak okupacyjne wojsko. Wypychają nas, Ujgurów, z ziemi ojców – szepce Rahmad.

Chińskich żołnierzy można zobaczyć w każdym ujgurskim mieście. W Kaszgarze, Gomie i Hotan paradują w pełnym rynsztunku, niespokojnie rozglądając się dookoła. W Urumczi, stolicy Xinjiangu, muzułmańskiej prowincji Chin, wojsko zapuszcza się nawet na Erdaoqiao Market, ostatni ujgurski kwartał w mieście.

Późnym popołudniem Ujgurzy schodzą się tutaj na pilaw, czyli palący usta ryż z baraniną, herbatę, szklaneczkę jogurtu. Mówią, że wieloletni konflikt z chińskim najeźdźcą można opisać kilkoma zdaniami.

Według nich, stłoczeni na wschodnim wybrzeżu Chińczycy, coraz bardziej majętni i zachłanni, na gwałt potrzebują przestrzeni, ropy naftowej i gazu ziemnego, w co bogaty jest Xinjiang. Więc Ujgurzy, rugowani z urzędów i domów, spychani są na pustynię Takla Makan.

Statystyki potwierdzają tę tezę. Jeśli wedle spisu ludności z 1953 r. trzy czwarte mieszkańców Urumczi, przy garstce Chińczyków, stanowili Ujgurzy, dziś ta proporcja się odwróciła.

Z pięściami do bicia

Ujgurzy są ludem pochodzenia tureckiego. W Chinach jest ich 8 mln. Mają własny alfabet, religię, po swojemu ustawiają zegarki, dwie godziny wcześniej od czasu pekińskiego. Ziemie dzisiejszego Xinjiangu, obok Tybetu i Mongolii Wewnętrznej największej prowincji kraju, zamieszkują od tysiąca lat. Pod panowanie Chińczyków dostali się dopiero pod koniec XIX w., nigdy nie układając poprawnych stosunków z cesarstwem, a potem komunistycznym rządem. Prawo do autonomii lub własnego państwa – do czego nawołują co radykalniejsi – wywodzą z trzech krótkich okresów niepodległości. Banknoty ostatniej Republiki Wschodniego Turkiestanu, ogłoszonej w 1933 r., a brutalnie zdławionej przez Mao Zedonga szesnaście lat później, do dziś są symbolem przyszłego państwa Ujgurów. Pisze o tym Michael Dillon w książce „Xinjiang. China’s Muslim Far Northwest”. 

Niełatwo namówić ich na rozmowę. Odkąd w latach 90. Chińczycy, dziś panoszący się jak zaraza, zaczęli przysyłać swoich kupców, urzędników, policjantów, w Ujgurach narasta przekonanie, że coraz liczniejsi są też agenci bezpieki.

Kiedy już odważą się mówić, potrafią żalić się godzinami. Ze szkół niemal wyrzucono język ujgurski. Dzieci, nie rozumiejąc, po chińsku uczą się biologii, chemii, matematyki. Studentów poszczących w czasie ramadanu, muzułmańskiego miesiąca postu, wyrzuca się ze studiów. Podróż do Mekki można odbyć tylko w zorganizowanej przez władze grupie, suto opłacając się za przyznanie paszportu, na co dzień złożonego w szufladzie chińskiego urzędnika. Tylko w ostatnich latach zamknięto miejsca kultu w Orda Padishahim, Khuji i Ujma Mazar. Zakazane jest nawet publiczne prowadzenie modlitwy. Niezwykły jest widok tysięcy mężczyzn w pustynnej oazie Saybagh, kiedy w ciszy oddają pokłony Najwyższemu. – Chińczycy mają nas za leni, nieuków i fanatyków religijnych – skarżą się Ujgurzy.

Jeśli Europejczyk chciałby się o tym przekonać na własnej skórze, powinien zapuścić brodę i wejść w Urumczi do chińskiej restauracji. Dopóki kelnerzy i goście nie zdadzą sobie sprawy z pomyłki, będą naśmiewać się, pouczać, a nawet rzucą się z pięściami do bicia. Jeszcze podlej traktowani są Ujgurzy w bogatych prowincjach wschodnich. Ruchi, 19-letnia Induska z brytyjskim paszportem, po kilku miesiącach pracy w szkole językowej w Pekinie przenosi się właśnie do indonezyjskiej Dżakarty. Nie było dnia – opowiada – by z powodu ciemnej karnacji nie zaczepiono jej na ulicy w wulgarny sposób. – Chińczycy są przekonani, że jestem Ujgurką. Każą mi wracać do siebie na pustynię – mówi Ruchi. 

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj