Świat

Mediokracja

Co media robią z politykami

Czy telewizja, i kultura masowa w ogóle, może być medium oświecenia, czy raczej odwrotnie – jest narzędziem ogłupiania mas? Czy telewizja, i kultura masowa w ogóle, może być medium oświecenia, czy raczej odwrotnie – jest narzędziem ogłupiania mas? Louie Psihoyos / Corbis
Politycy w wielu krajach próbują wydostać się z telewizora, przełamać obowiązujące dotychczas schematy medialnych pseudodebat. Wystraszyli się tego, co z nimi zrobiła telewizja?
Władimir Putin z osmalonymi brwiami wydający polecenia, jak gasić pożar lasu. Inscenizacja wydarzeń politycznych zbliża się do reality show, w której fikcja jest bardziej realna niż rzeczywistość.ALEXEY NIKOLSKY/RIA NOVOSTI/AFP Władimir Putin z osmalonymi brwiami wydający polecenia, jak gasić pożar lasu. Inscenizacja wydarzeń politycznych zbliża się do reality show, w której fikcja jest bardziej realna niż rzeczywistość.
Za kamienie milowe mediokracji można uznać zwycięstwo wyborcze dwóch aktorów – Ronalda Reagana w 1981 r. i Arnolda Schwarzeneggera w 2003 r. Niezależnie od tego, jak się później sprawdzili w roli prezydenta  czy gubernatora Kalifornii.Baverel/Starface/Forum Za kamienie milowe mediokracji można uznać zwycięstwo wyborcze dwóch aktorów – Ronalda Reagana w 1981 r. i Arnolda Schwarzeneggera w 2003 r. Niezależnie od tego, jak się później sprawdzili w roli prezydenta czy gubernatora Kalifornii.

U nas premier, a po nim także szef opozycji piszą programowe teksty do poważnych gazet. Publikują raporty lub prowadzą blogi w Internecie. Wydarzeniem wieczoru staje się długa dyskusja telewizyjna obecnego ministra finansów i byłego wicepremiera o reformie emerytalnej, a wydarzeniem weekendu półtoragodzinna spokojna rozmowa premiera z kontestującymi go artystami.

We Francji prezydent Sarkozy swą politykę wobec Libii ostentacyjnie uzależnił od długiej, zakulisowej rozmowy z krytycznym wobec niego filozofem Bernardem-Henri Levym. A w Niemczech przewodniczący Bundestagu Norbert Lammert odmówił udziału w telewizyjnym talk-show, ponieważ uznał je za rozrywkę, która daje „pierwszeństwo obrazowi nad tekstem, hasłom nad analizą”.

Według Lammerta, telewizja psuje demokrację. Bo od debat parlamentarnych ważniejsze są ustawiane telewizyjne widowiska, w których prowadzący napuszcza na siebie trzech polityków z przeciwnych obozów, a na zakończenie programu dwaj eksperci grymaszą, że dzisiejsza kłótliwa klasa polityczna jest do niczego. Na uwagę „Spiegla”, że może jednak telewizja czyni mało strawny towar bardziej przystępnym, pierwszy parlamentarzysta Niemiec odpowiada, że nawet jeśli takie inscenizacje polityki się ludziom podobają, to telewizja (zwłaszcza publiczna) musi stwarzać warunki pogłębionej rozmowy, w której na ostre pytania powinna być możliwość odpowiedzi w kilku zdaniach złożonych. Telewizja publiczna ma misję oświeceniową i nie powinna być – jak prywatna – zakładnikiem oglądalności. (Skąd my to znamy?)

Producenci mitów

Czy telewizja, i kultura masowa w ogóle, może być medium oświecenia, czy raczej odwrotnie – jest narzędziem ogłupiania mas? To było jedno z zasadniczych pytań filozofii społecznej XX w. W latach 30. Walter Benjamin – świetny znawca kina i kultury masowej okresu międzywojennego – miał nadzieję, że publiczność będzie egzaminatorem kultury popularnej, zdolnym do selekcji i samodzielnego wnioskowania.

Jednak już w 1944 r. dwaj niemieccy emigranci, klasycy tzw. teorii krytycznej, Theodor W. Adorno i Max Horkheimer, odrzucili te nadzieje. W wydanej wtedy w USA „Dialektyce Oświecenia” dowodzili, że środki masowego przekazu czyniąc z polityki i kultury towar, nie służą żadnemu oświecaniu, lecz produkcji irracjonalnych mitów. Propaganda wojenna i medialna siła totalitarnych ideologii zdawały się ten pesymizm potwierdzać. 20 lat później ich uczeń Jürgen Habermas w wydanej w 1962 r. fundamentalnej dla późniejszych sporów o jakość zachodniej demokracji pracy „Strukturalna zmiana opinii publicznej”, pisał, że skończyły się czasy kształtujących poglądy salonów, kawiarni czy stowarzyszeń literackich, a ideologie państwowe zdławiły krytyczną niezależną opinię publiczną. Podobnie we Francji argumentował Roland Barthes.

Najdalej w krytyce przemysłu świadomości poszedł chyba amerykański socjolog Neil Postman. W 1984 r. opublikował głośny esej „Zabawimy się na śmierć”, przygnębiający raport o wyjałowieniu amerykańskiej kultury politycznej przez nowe media. Wychowany w tradycjach białej, anglosaskiej i protestanckiej Ameryki był przerażony, że w drugiej połowie XX w. charakter i tęsknoty amerykańskie wyraża najlepiej Las Vegas – rozrywka totalna. A polityka, religia, wiadomości, sport, wychowanie i gospodarka są już tylko dodatkiem do przemysłu rozrywkowego. Ponieważ prawa show-biznesu wymagają pięknych ludzi, pisał, to i polityka posługuje się metodą castingu. Nieważne, co polityk wie i potrafi. Nieważne, co mówi. Ważne, jak wygląda. Treści nie mają znaczenia. Liczą się jedynie wrażenia wzrokowe. Rezultat: trywializacja i emocjonalizacja życia politycznego, w którym dominuje kultura obrazkowa, a nie oświeceniowa, racjonalna logika. Informacyjna rozrywka – infotainment – reżyserowane pojedynki telewizyjne udają, że kształcą telewidzów. W rzeczywistości są oni jednak oszukiwani okruchami wiedzy – podawanej bez ładu i składu i bez odniesienia do realnego życia.

Siedem debat

W 1858 r. republikanin Abraham Lincoln i demokrata Stephen Douglas stoczyli ze sobą w kampanii wyborczej siedem publicznych debat. Za każdym razem obaj mieli do dyspozycji po półtorej godziny na zaprezentowanie swych poglądów – między innymi na kwestię niewolnictwa. Po czym po pół godziny na replikę. Dziś taki intelektualny maraton jest nie do pomyślenia, bo ludzie nie potrafią już koncentrować uwagi i oczekują głównie rozrywki. Teraz w debatach telewizyjnych kandydatów na prezydenta USA, najpotężniejszego kraju na kuli ziemskiej, każdy ma – powiedzmy – trzy minuty na zaznaczenie swego stanowiska w najbardziej dramatycznych i skomplikowanych sprawach tego świata. I cały spór sprowadza się do przerzucania się kilkoma naprędce wyuczonymi hasłami, telegenicznymi gestami i grą mimiki.

Przed 1989 r. mogło się jeszcze wydawać, że mimo medialnego spłaszczenia polityka wciąż ma jakiś wymiar filozoficzny, że toczy się zimna wojna nie tylko na głowice atomowe i standard życia, ale także na zasady. Z jednej strony społeczeństwo otwarte i demokracje parlamentarne; z drugiej społeczeństwo zamknięte i totalitaryzm. A Trzeci Świat albo się temu przygląda, albo jest teatrem gorących wojen zastępczych – w Wietnamie, na Bliskim Wschodzie, Afryce czy Ameryce Łacińskiej. Jednak po załamaniu się komunizmu tradycyjne ideologie się rozpadły, ich miejsce zajęła teatralizacja polityki.

Demokracja zmienia się w mediokrację – przestrzegał w 2001 r. socjolog Thomas Meyer. Piarowskie projekcje wizerunkowe, polityka symboliczna i polityczne widowiska medialne (zjazdy partii, obchody i uroczystości) zastępują tradycyjną demokrację partyjną. Pod naciskiem własnej logiki (telewizyjny prime time, dynamika talk-show) system medialny skolonizował politykę. Co prawda nadal gremia partyjne, komisje sejmowe i rzeczoznawcy w żmudnych negocjacjach równoważą sprzeczne interesy i zawierają skomplikowane kompromisy. Ale debaty parlamentarne – jak nasza smoleńska – są podporządkowane logice telewizyjnej: brutalna puenta dyskredytująca przeciwnika jako wroga lub zdrajcę zastępuje wywód.

To nie jakiś specjalny dorobek parlamentarny wyrzucił w 2005 r. Zbigniewa Ziobrę i Jana Marię Rokitę na orbitę, ale niekończące się transmisje telewizyjne komisji Rywina. Aby posłowie nie popisywali się przed kamerami, w Niemczech – z nielicznymi wyjątkami – telewizja nie transmituje prac parlamentarnych komisji śledczych.

Polityka jak rozrywka

W Europie za najbardziej drastyczny przykład mediokracji uchodzi Silvio „Circus” Berlusconi. Gdy po 1989 r. w wyniku notorycznej korupcji rozpadły się oba tradycyjne bloki rządzące od wojny Włochami (chadecy i socjaliści oraz komuniści jako trzecia siła), kraj wpadł w ręce magnata medialnego, który gruntownie przeorał włoską kulturę polityczną.

Berlusconizm, sprowadzając politykę do rozrywki telewizyjnej, drastycznie ograniczył pluralizm – przyznaje politolog z Turynu Gian Enrico Rusconi. Problem się nasila, gdy telewizja ma absolutną przewagę nad prasą. A nakłady gazet włoskich są proporcjonalnie najniższe w Europie. Do tego we Włoszech dochodzi fatalny, dwubiegunowy system telewizyjny. Z jednej strony słaba publiczna RAI, z drugiej potężny koncern Berlusconiego Mediaset. Ale to nie Berlusconi stworzył ten system, lecz partyjni politycy, którzy sparaliżowali RAI.

Mediokracja nie jest zjawiskiem specyficznie włoskim. Z telewizyjnej personalizacji polityki korzystali zarówno George W. Bush, Tony Blair, jak i bracia Kaczyńscy w 2005 r. A Gerhard Schröder – talent medialny – mawiał, że do rządzenia Niemcami wystarczy mu bulwarówka „Bild” i pudło telewizyjne. Od pojedynku telewizyjnego Kennedy–Nixon w 1960 r. wiadomo, jak prezencja telewizyjna może wpłynąć na wynik wyborów. Za kamienie milowe mediokracji można uznać zwycięstwo wyborcze dwóch aktorów – Ronalda Reagana w 1981 r. i Arnolda Schwarzeneggera w 2003 r., niezależnie od tego, jak się później sprawdzili w roli prezydenta czy gubernatora Kalifornii. O politycznej sile obrazu telewizyjnego u nas świadczą pojedynki Kaczyńscy–Tusk w 2005 r. i 2007 r. Typowym mediokratą był Janusz Palikot – łączący kabaretowy talent z populistycznym, radykalnym racjonalizmem.

 

 

Demokracji telewizyjnej towarzyszy erozja klasycznych partii politycznych grupujących się od stu lat wokół wielkich ideologicznych projektów – socjaldemokracji, liberalizmu czy chadecji. Trudno za rozpad XIX-wiecznych projektów obwiniać telewizję. Choć ma ona wpływ na wewnątrzpartyjny wybór kandydatów na stanowisko premiera, prezydenta czy kanclerza. Kto jest mało telegeniczny, ten ma problemy z przejściem przez casting, choć partyjni wizażyści i piarowcy czynią cuda. Natomiast decydujący udział ma mediokracja w promowaniu amorficznych ugrupowań przyjmujących populistycznie chwytliwe, ale w istocie puste nazwy: Forza Italia, Prawo i Sprawiedliwość, Polska Jest Najważniejsza. Te slogany nie mówią, na czym ta siła Włoch ma polegać, jaka Polska ma być najważniejsza czy o jakie prawo ma chodzić. Tak naprawdę te stronnictwa są ugrupowaniami wodzowskimi skupionymi wokół najbliższych współpracowników lidera. Proste konstrukcje odpowiadające na proste potrzeby politycznego widowiska.

Fundamenty mediokracji

TV teatralizuje politykę, spłaszcza ją i zmienia w rozrywkę, politaiment. Co nie znaczy, że wyłącznie ogłupia publiczność, czyniąc z niej apolityczną, bierną masę. Mediokracja angażuje, na swój sposób upolitycznia widownię poprzez wyostrzanie stanowisk, polaryzację i budowanie drastycznych antagonizmów. Inscenizując frontalny atak na „nierobów” z klasy politycznej, zachęca zarazem do antypolityki. Tak jak dziś amerykańska Tea Party, a u nas w 2005 r. PiS, gdy otwierało ofensywę przeciwko salonom, wykształciuchom i łże-elitom. Antyinteligencki, antyelitarny ton jest fundamentem mediokracji – tłumaczy Rusconi.

Berlusconi prezentował się jako ten, który teatr polityczny skorumpowanych chadeków i socjalistów zastąpił polityką działania. Media łatwo budują bezpośredni stosunek zaufania między wyborcą a liderem, pokazując, że to swój chłop, opiekun, a trochę może ojciec chrzestny. Reagan zasiadający w klasie szkolnej z zatroskaną miną zaraz po uchwaleniu drastycznych cięć w szkolnictwie; Putin z osmalonymi brwiami wydający polecenia, jak gasić pożar lasu. Inscenizacja wydarzeń politycznych zbliża się do reality show, w której fikcja jest bardziej realna niż rzeczywistość.

U nas w czasie telewizyjnego pojedynku kandydatów na prezydenta to samo wrażenie miało stworzyć pytanie o cenę jabłek. Jeśli któryś jej nie zna, znaczy, że nie należy do „nas”, lecz do „nich”, bo nie stoi w kolejkach, więc jest oderwany od życia. Chwyt tandetny, ale znakomicie mieszczący się w konwencji medialnego pojedynku gladiatorów, gdzie nie chodzi o sens, ale o show, którego konwencję widzowie akceptują.

Demokracja telewizyjna doskonale posługuje się obrazem, ma jednak problem ze słowem. Zwraca się do widowni masowej i chce się jej przypodobać. Trzyma się zasady, że widz ma kłopoty z koncentracją, nie jest zbyt wykształcony i szuka raczej potwierdzenia swych uprzedzeń, lęków i sympatii niż ich rewizji. Żeby nie uciekł na inny kanał, musi dostać towar bardziej strawny. Stąd trywialny język, sugestywnie podane banały i stereotypy. Raczej sygnały stanowiska, a jeśli wywód – to oparty na prostych sylogizmach, przesłaniający złożoność problemu i przemilczający słabe punkty i koszty proponowanego rozwiązania.

Ten emocjonalny i polaryzujący język byłby dobrym, popularnym dodatkiem medialnym do solidnej kultury politycznej, gdyby – twierdzi przewodniczący Bundestagu – sprowadzenie politycznego dyskursu do talk-show nie psuło kultury parlamentarnej.

Pozostaje więc pytanie, jak w demokracji medialnej pogodzić skomplikowaną logikę procesów politycznych z prostą logiką selekcji i prezentacji medialnej?

Wydarzenia polityczne to węzły gordyjskie grupowych interesów, politycznych aktorów, partyjnych programów, zmiennego poparcia społecznego, konfliktów i kompromisów, skomplikowane procedury instytucjonalne, uwarunkowania prawne i zależności techniczne.Natomiast wydarzenia medialne kierują się prostą logiką. Przykuć uwagę. Ściągnąć prominentów. Spersonalizować konflikt. Dodać efekt zaskoczenia. Pamiętać o krótkim czasie trwania widowiska. Stąd: dramatyzacja, łatwa narracja, walor rozrywkowy.

Śmiertelna pułapka

Media elektroniczne żyją z konfliktu. Polityka natomiast z kompromisu, w którym każdy z partnerów coś zyskuje, coś traci, czasem także twarz. Media mają jednak wybór, przypomina autor „Mediokracji” Thomas Meyer, mogą bezkrytycznie przekazywać i organizować inscenizacje polityki, ale mogą też obnażać jej mechanizm. Mogą ignorować teatralną ofertę polityki. Demontować ją. Wskazywać sedno spraw. To jednak wymaga kompetencji i czasu, a poza tym wiąże się z ryzykiem popadnięcia w niełaskę polityków, odcięcia od źródeł informacji, a nawet nękania przez prawników. Stąd pokusa strategicznego sojuszu mediów i polityki w teatralizacji politycznych wydarzeń, uprawianiu polityki wizerunku i polityki symbolicznej.

Jednak taka polityka to placebo, parawan nadający się jedynie do przesłaniania problemów nierozwiązanych: bezrobocia, przemocy, ekologii. Z tym że konsumentowi mediów coraz trudniej ocenić, które wydarzenia są pustą inscenizacją, a które są zręczną prezentacją rzeczywiście istotnych problemów. Wydaje się, że wracamy do nadwornej opinii publicznej nieustannie powtarzającej te rytuały, które się ludziom podobają. Rozziew między spektaklem a tym, co się naprawdę dzieje, jest coraz wyraźniejszy.

Wygląda na to, że i politycy, i ludzie mediów zaczynają sobie zdawać sprawę, że w obliczu dramatycznych wyzwań epoki sam politainment to śmiertelna pułapka. Bo czasy (i wyzwania dla polityków) są zbyt trudne, by robić z nich łatwe widowiska.

Polityka 16.2011 (2803) z dnia 16.04.2011; Ogląd i pogląd; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "Mediokracja"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak rozpoznać depresję u dzieci?

Niedawno pisaliśmy o niewydolnym systemie pomocy dla najmłodszych, którzy coraz częściej zmagają się z problemami psychicznymi. Jak działać, gdy system nie działa? – pytamy Lucynę Kicińską z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, koordynatorkę telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111.

Joanna Cieśla
09.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną