Świat

Dzień kwitnącego bluszczu

REPORTAŻ: Jak studiować, to na Harvardzie

Młotki w dłoń! Tak cieszą się przyszli prawnicy. Młotki w dłoń! Tak cieszą się przyszli prawnicy. Marzena Hmielewicz / AdventurePictures
Weź noblistę, prezesa korporacji, świetnego prawnika, polityka z Kapitolu, a okaże się, że co drugi studiował, prowadził badania lub odbył stypendium na Harvardzie.
James DiPaola, szeryf policji na Harvardzie jako mistrz ceremonii.Marzena Hmielewicz/AdventurePictures James DiPaola, szeryf policji na Harvardzie jako mistrz ceremonii.
Meryl Streep odbiera tytuł honorowy Uniwersytetu Harvarda.Marzena Hmielewicz/AdventurePictures Meryl Streep odbiera tytuł honorowy Uniwersytetu Harvarda.
Wśród absolwentów uczelni są także Indianie.Marzena Hmielewicz/AdventurePictures Wśród absolwentów uczelni są także Indianie.

wideo

Ostatni dzień w szkole szkół - wideo

Bębny słychać już na stacji metra Harvard Square. Tłum rodziców, dumnych z harvardzkich pociech, przeciskał się obok podziemnej budki z hot dogami. Ubrani w drogie garnitury, eleganckie sukienki i stylowe kapelusze, mijają bezdomnych zaczepiających ich dyżurną mantrą: - Spare change, spare change (daj drobniaka). Jeszcze kilka kroków przez Massachusetts Avenue, krok przez szeroko otwartą bramę i tłum ubrany jak z żurnala wchodzi w świat edukacyjnych marzeń.

Przyjechaliśmy tu aż z Idaho, bo to najważniejszy dzień w życiu córki. Ważniejszy od ślubu. Za mąż można dziś wyjść kilka razy, a Harvard kończy się tylko raz – mówi Katherine, szykowna blondynka. Obok niej Hindusi, Chińczycy, biali i czarni Amerykanie. Wszyscy docierają do bębniącej orkiestry stojącej na Harvard Yard. To najstarsza część uniwersytetu. Ceglane trzy- i czteropiętrowe akademiki okalają ogromny zadrzewiony trawnik. W ciągu roku akademickiego w jego narożniku trwają wykopaliska dla początkujących archeologów uniwersytetu (w XVIII w. były tu mieszczańskie domy), a obok wystawione są kolorowe krzesła, na których w przerwach między zajęciami studenci siadają i się uczą. Nie flirtują, nie czytają gazet, nie grają w brydża tylko siedzą i wkuwają.

Trzy kłamstwa

Bo nauka na Harvardzie jest bogiem. Przeciętnie tutejszy student poświęca na nią, nie licząc wykładów, ćwiczeń i seminariów, ok. 30 godzin tygodniowo (na gorszych uniwersytetach 4-5 godzin). – Ja przez całe studia uczyłem się po 6 godzin. Codziennie! – mówi Tom Tarter, absolwent medycyny, bohater filmu dokumentalnego o lekarzach po Harvardzie. Do tego dochodzą zajęcia sportowe, chór akademicki, orkiestra, kółka naukowe, działalność społeczna... – Na Harvardzie jest się wiecznie niedospanym. Ludzie idą do łóżka o 3-4 nad ranem, wstają ok. 9-10 – mówi LeVan Nguyen, studentka matematyki i Polka o wietnamskich korzeniach, która dostała się na Harvard po międzynarodowej maturze w liceum im. Kopernika w Warszawie. A Roger Moreno z trzeciego roku psychologii zwierza się ze swoich planów na przerwę świąteczną: – Pojadę do domu i cały tydzień będę spał.

Dlatego z utęsknieniem czekają na ten dzień, gdy w uroczystej procesji przejdą przez dziedziniec uniwersytetu i zakończą katorżnicze studia. Procesja ta, wiedziona przez ubranego w smoking i melonik szeryfa Jamesa DiPaola (uniwersytet ma własny posterunek policji), formuje się przed stojącym na Harvard Yard odlanym z brązu pomnikiem szykownego trzydziestolatka. Na postumencie widnieje napis „John Harvard, Fundator, 1638”.

Studenci uniwersytetu nazywają go pomnikiem trzech kłamstw. Po pierwsze, uniwersytet został ufundowany dwa lata wcześniej. Po drugie, umierający w 1638 r. młody purytański pastor, ofiarowując nowej uczelni z miasteczka Cambridge (dziś będącego de facto częścią Bostonu) pół majątku i 400 ksiąg ze swojej biblioteki, wspomógł ją znacząco (dlatego przyjęła go za patrona), lecz jej nie założył. Po trzecie wreszcie, rzeźba z końca XIX w. przedstawia nie Johna Harvarda, bo przez 250 lat nie zachował się żaden jego portret, lecz przystojnego modela wybranego spośród ówczesnych studentów uczelni. Szykujący się u stóp pomnika dyrektorzy i sponsorzy we frakach, rektorzy w gronostajach, profesorowie i studenci w togach są w pełni tego świadomi. Jak i faktu, że historia pomnika, przy którym dzień w dzień fotografują się turyści (jak i opowieści o nocnym sikaniu na niego, co ma być popisem wyższości i swoiście pojmowanej arogancji) weszła na stałe do mitologii Harvardu.

Tyle mity. Rzeczywistość jest taka, że Harvard jest prywatną (fundacja non-profit), najstarszą uczelnią w USA i najbogatszą na świecie (majątek szacowany na 25,7 miliarda dol., przed kryzysem z 2008 r. było to aż 40 mld), ale przede wszystkim elitarną. Ukończyło ją ośmiu prezydentów USA, włącznie z aktualnym, i niezliczona liczba premierów, prezydentów, ministrów, królów, książąt i kacyków z całego świata. Zajmuje rok w rok jedno z pierwszych miejsc we wszelkich zestawieniach uniwersytetów „naj”. Ukończywszy uczelnię z tzw. Ligi Bluszczowej (ośmiu elitarnych uniwersytetów ze wschodniego wybrzeża) będą amerykańską śmietanką – utrzymując sieć studenckich znajomości, oplotą nią najważniejsze instytucje w USA.

Przez Harvard Yard przemaszerują więc z pewnością przyszli prezydenci, prezesi największych korporacji, intelektualiści, laureaci Pulitzera i Nagrody Nobla. Kiedy w 2009 r. ten najwyższy naukowy laur w dziedzinie medycyny otrzymał Jack Szostak (skądinąd prawnuk polskich emigrantów), uniwersytet opublikował lakoniczny komunikat z gratulacjami (który wyglądał jakby był używany rokrocznie), zaznaczając, że to już 75 naukowiec z jego murów, uhonorowany w Sztokholmie... Między wierszami można było wyczytać, że tu się od naukowców Nobli po prostu oczekuje.

Bo talent jest na Harvardzie powszechnym pierwiastkiem. Tak powszechnym, że dla nikogo, nawet najhojniej nim obdarzonego, nie ma taryfy ulgowej. Kilka lat temu neurologię i ewolucję mózgu studiowała na Harvardzie Natalie Portman. Młoda aktorka, która otrzymała w tym roku Oscara za rolę w „Czarnym Łabędziu”, była już wówczas sławna, m.in. po sukcesach kasowych gwiezdnej trylogii Lucasa. – Miała próby, zdjęcia, wywiady, ale nigdy nie oczekiwała specjalnego traktowania. Nie pozwalała sobie na to, by przychodzić nieprzygotowana do zajęć – opowiadała w wywiadzie dla NYT Abigail A. Baird, jedna z jej profesorek. – Kiedy jechała na wywiad na żywo do Davida Lettermana (prowadzi jeden z najpopularniejszych talk show w telewizji – przyp. red.), swoją potężną pracę zaliczeniową przyniosła po prostu wcześniej – opowiada. Sumienność zaimponowała uczonej – Portman nie tylko ukończyła studia pod jej kierunkiem, ale i pracowała potem jako asystentka w jej laboratorium.

Bez względu na to, jak wielki jest talent, z którym studenci startują na Harvard, wymagania są jeszcze wyższe. W ubiegłym roku uniwersytet przyjął zaledwie co piętnastego aplikującego. Nabór na studia zaczyna się de facto na lata przed przekroczeniem bram uczelni. Punkty w CV, które zainteresują potem komisję rekrutacyjną, trzeba zacząć zbierać od początku szkoły średniej. Świetne oceny – oczywiście. Zamożni rodzice (najlepiej, by sami byli absolwentami Harvardu), kredyt lub hojne stypendium na studia – naturalnie (rok w murach uczelni kosztuje prawie 50 tys. dol, choć są duże zniżki – nawet do 100 proc. – dla mniej zamożnych studentów). Poza tym liczy się to, jaką skończyło się szkołę – dlatego dla dobra dziecka niejedna rodzina sprzedaje dom i przeprowadza się w rejon lepszego liceum publicznego.

Jednak równie ważne jest wykazanie się „jeszcze czymś”. Harvard stawia bowiem na tych, którzy wybijają się ponad poprzeczkę prymusostwa. Dodatkowe punkty zbierze więc świetny szachista, kapitan reprezentacji szkoły w tenisie ziemnym, prezes szkolnego klubu literackiego, młody wynalazca, wolontariusz pracujący w wakacje w biednym kraju, czy genialny komputerowy świrus – jak świetnie pokazany w „The Social Network” twórca Facebooka. Wielu licealistów, by zbudować takie imponujące CV, odpowiednio wcześnie zgłasza się do zatrudnianych przez szkoły średnie... doradców do spraw kariery. Młodzi ludzie otrzymują wówczas przepis, jak dostać się na Harvard (lub inną prestiżową uczelnię).

Roommate twój przyjaciel

Bębny na Harvard Yard powoli cichną i mistrz ceremonii daje sygnał procesji absolwentów. Ruszają spod pomnika Harvarda i pomiędzy tłumami kibicujących rodzin przechodzą koło domów studenckich. Te przy Harvard Yard przeznaczone są wyłącznie dla freshmanów, czyli studentów pierwszego roku. Po jego zakończeniu wszyscy muszą przenieść się do jednego z 12 pozostałych akademików rozsianych po kampusie.

Co ciekawe, nie można ich sobie wybrać – przydział następuje w drodze losowania. Studenci dobierają się w 8-osobowe grupy, które los rzuca do Dunster, Quincy czy Kirkland House. Jak relacjonuje LeVan Nguyen, Housing Day to jeden z najbardziej ekscytujących i głośnych momentów życia na kampusie – od rana trwa poruszenie i słychać krzyki: Gdzie dostaliście miejsce?! Koło nas? Genialnie albo O nie, nie będziemy już sąsiadami…, Quincy? Super! Tam to są imprezy. W tym wyjątkowym dniu nowi mieszkańcy zakładają koszulki w barwach swoich akademików, gdyż stają się teraz ich dumnymi lokatorami i mają za zadanie szydzić z pozostałych 11 dormitoriów. Każdy dom przygotowuje też promocyjny film, zachwalający jego wyjątkowość i przewagi nad innymi.

To wszystko ma zintegrować studentów, którzy nie są przypisani do konkretnych wydziałów czy instytutów (o czym szerzej za chwilę). Najbliższą ci osobą jest roommate (współlokator), więc będziesz identyfikować się przede wszystkim ze swoim akademikiem oraz jego mieszkańcami. O to nie trudno, gdyż dormitorium nie przypomina taniego hotelu, ale raczej Hogwart z Harry’ego Pottera ze wspólną jadalnią, czytelnią, umeblowanymi w wiktoriańskim stylu salami do spotkań. Tu mieszka także opiekun i mentor akademika, tzw. House Master, którym zostaje jeden ze znanych profesorów. To bardzo prestiżowa funkcja, więc nominacji nie traktuje się jako dopustu Bożego, ale prawdziwy zaszczyt.

Oprócz House Masterów w dormitoriach mieszkają też inni profesorowie. Agata Passent, absolwentka germanistyki na Harvardzie, wspomina, że któregoś dnia musiała pożyczyć odkurzacz. Skierowano ją do apartamentu jednego z profesorów. Kiedy zapukała, w drzwiach stanął noblista Seamus Heaney.

 

 

Supermarket z mądrościami

Dobranie sobie fajnych roommates jest tylko jedną z wielu ważnych decyzji, które musi podjąć 18-letni freshman. Najtrudniejsza: to co właściwie studiować? Na Harvardzie, co dla polskich żaków może być nie lada zaskoczeniem, nie ma prosto zdefiniowanych kierunków: historii, fizyki, chemii czy filozofii. Amerykański system należałoby raczej porównać do ogromnego supermarketu wiedzy, w którym do koszyka można włożyć wszystko, co nas interesuje. Zasada jest jedna: na drugim roku trzeba się zdecydować na jakąś określoną dziedzinę (tzw. concentration; Harvard oferuje ich 46, choć można też ustalić własny tok studiów). Ponadto w ciągu czterech lat zaliczyć siedem zajęć wybranych spośród 11 „wielkich” dziedzin – od nauk ścisłych po humanistyczne (przy czym nie mogą być one związane z własnym concentration). Trochę brzmi to skomplikowanie, ale przyświeca temu jedna idea – oprócz swojej wąskiej dziedziny powinieneś otrzymać szerszą edukację. A zatem koncentrując się np. na literaturze angielskiej, również pójść na zajęcia z kosmologii.

Żeby pomóc studentom poruszać się po harvardzkim supermarkecie, na początku każdego semestru odbywa się shopping week, w trakcie którego chodzi się na rozmaite wykłady i zajęcia, sprawdza, które są najciekawsze i wrzuca je do koszyka. Ten tydzień przypomina ogromną wędrówkę ludów od rana do wieczora między salami wykładowymi i trochę konkurs atrakcyjności między wykładowcami – kto przyciągnie więcej słuchaczy.

Prof. Roger B. Porter, dawniej doradca ds. ekonomicznych George’a H. W. Busha i wysoki urzędnik w Białym Domu za czasów Reagana i Forda, na swoje zajęcia na temat amerykańskiego systemu prezydenckiego zawsze przyciąga tłumy. Nic dziwnego – wykład o zawiłościach amerykańskiej polityki, co chwila ilustruje barwnymi anegdotami. Na przykład o prezydencie Stanów Zjednoczonych, Jimmym Carterze, który decydował... komu przyznać miejsce na służbowym parkingu. Wykładowcy chodziło, rzecz jasna, nie o ten parking, ale przykład zgubnej chęci Cartera do decydowania o sprawach drugorzędnych. – O Boże, jakbym chciała, żeby on był moim dziadkiem – szepnęła jedna ze studentek po pokazowym wykładzie Portera w czasie shopping week – i zapisała się na zajęcia.

Pierwszoroczniacy mają jeszcze jedną pomoc – freshman seminars, interdyscyplinarne zajęcia, na których w kilkunastoosobowym gronie głównie się dyskutuje. Prof. Alan Dershowitz rozmawia podczas takiego seminarium o źródłach prawa i moralności. Sam jest słynny i kontrowersyjny – mając 28 lat został najmłodszym amerykańskim profesorem prawa, bronił m.in. O. J. Simpsona, występował przeciw cenzurowaniu pornografii, a po 11 września opowiadał się za stosowaniem tortur wobec terrorystów. W imieniu rabina Avi Weissa, głośnego po protestach przeciw krzyżowi na tzw. oświęcimskim żwirowisku, pozwał za obrazę kardynała Józefa Glempa. Krytykom polityki Izraela grozi procesami lub wyzywa na publiczne debaty. Gdy nie przychodzą, potrafi przykleić ich teksty do pustego krzesła i gorąco z nimi dyskutować.

Na zajęciach dla freshmanów przeistacza się jednak w dobrego wujka: serwuje kawę, ciastka, owoce a pod koniec semestru zaprasza do domu na wspólny obiad. Równocześnie moderuje gorące, jak na amerykańskie standardy, dysputy: o torturach, karze śmierci, wpływie religii na moralność. – Na takich spotkaniach zawsze uczę się od młodych ludzi czegoś nowego. Są bardzo intelektualnie inspirujące – mówi z przekonaniem. Zresztą na całym Harvardzie, jak i na innych amerykańskich uczelniach, relacja student-profesor jest mocno odmienna niż w Europie. Widać wzajemny szacunek, swobodę i ciekawość drugiej strony. Posągowych profesorów, traktujących studentów z góry, z dystansem czy wręcz niechęcią, szukać tu ze świecą.

Na innym seminarium prof. Richard Wrangham, wybitny badacz życia szympansów i ludzkiej agresji (oraz wzięty publicysta) toczy poważne dyskusje o wojnie i przemocy wśród zwierząt i ludzi. A na kolejnym, dwoje wykładowców, historyk i paleontolog, opowiadają o bestiach z mitologii greckiej i zapisu kopalnego. Jest też seminarium poświęcone badaniom mózgu. Wszystko po to, by ułatwić wybór dalszej drogi życiowej najmłodszym studentom.

Po „rozbiegowych” pierwszych trzech semestrach, sophomore (tak zwą się studenci drugiego roku) wybiera wspomniane concentration. Jednak jego zmiana, nawet tak radykalna, jak z fizyki na historię, będzie możliwa i później, tyle że wymagająca nadrobienia wiedzy. Po czterech latach student wychodzi z dyplomem ukończenia uczelni, który jest czymś między polskim licencjatem a magisterium. Istnieje kilka kierunków, których nie można zacząć studiować, nie mając tego pierwszego dyplomu w garści – jak prawo, medycyna czy nauki polityczne. Uzyskanie tytułu magistra po pierwszych studiach zajmuje kolejne dwa lub trzy lata, jednak zazwyczaj, gdy student decyduje się na kontynuowanie nauki, to od razu z pominięciem magisterium robi doktorat. Habilitacja jest w USA nieznana.

Do utraty tchu

Procesja zakręca przy bibliotece noszącej imię Harry’ego Elkinsa Widenera. Potężny gmach, wsparty na marmurowych kolumnach, to największa na świecie biblioteka akademicka. Ufundowała ją w 1915 r., ku pamięci 27-letniego absolwenta Harvardu, który zginął na Titanicu, jego matka. Wedle powtarzanej na uczelni historii, sponsorka zażyczyła sobie, by powierzchnia budynku była równa powierzchni pokładów transatlantyku, a ofiarowując gigantyczny datek, postawiła dwa dodatkowe warunki: każdy student Harvardu musi zdać egzamin z pływania (dziś nie jest to już wymagane), a w uczelnianej stołówce mają zawsze być lody – ulubiony deser tragicznie zmarłego syna.

Na co dzień setki studentów korzystają z tej i kilku pozostałych harvardzkich książnic jak z każdej innej biblioteki na świecie. Zmienia to się w czasie sesji egzaminacyjnej; ponieważ czytelnie otwarte są 24 godziny na dobę, studenci wkuwają na potęgę, a żeby nie tracić czasu na powrót do domu studenckiego, ucinają sobie drzemkę w dresach wprost na biurkach. Między półkami uginającymi się od woluminów unosi się zaduch niedomytych ciał.

A wszystko dla jak najlepszych ocen. Ocen, co ciekawe, tajnych. – Stopnie są jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic na Harvardzie – mówi LeVan Nguyen. – Jest nie do pomyślenia, by ktoś wywiesił je na tablicy ogłoszeń. Nie zdradza się ich nikomu, nawet dobremu znajomemu z akademika. Powód? Jeśli okazałoby się, że dostałeś gorszy stopień niż inni, sprawi ci to przykrość i tylko zwiększy napięcie. Jeśli lepszy, to może zdopingować innych do pracy i uzyskania lepszych ocen niż ty. Harvard to jeden wielki wyścig szczurów, choć oczywiście możliwości, które dostaje tu student, są ogromne.

Stopnie stawiane są nie tylko za testy, egzaminy, czy prace zaliczeniowe. Część oceny z danego przedmiotu odzwierciedla aktywność studenta na zajęciach. Dr David Ager, socjolog, który na Harvardzie uczy o przywództwie, ma do pomocy w trakcie wykładu dwoje asystentów, którzy na specjalnych mapach z naklejonymi zdjęciami studentów zaznaczają każde zabranie głosu i przyznają punkty, oceniając, na ile wypowiedź popchnęła ogólną dyskusję na twórcze tory. To zapewne jeden z powodów niespotykanego na polskich uczelniach zjawiska – gdy profesor zadaje pytanie, nigdy nie zapada krępująca cisza tylko podnosi się las rąk. Na dodatek po dwóch tygodniach zajęć profesor pamięta imię każdego ze studentów.

Harvard to też bezwzględne sito. Kto nie pasuje – odpada. Kto uczy się słabo, za wolno – nie ma szans. Oszustwo naukowe – bez względu, czy chodzi o ściąganie na studenckich testach, czy plagiat w publikacjach naukowych profesora – jest karane bezwzględnym wyrzuceniem z uczelni. Nie na darmo w jej godle widnieje słowo veritas – prawda. Wyścig dotyczy też kadry – profesorowie są w większości zatrudniani na krótkich czasowych kontraktach i służą uczelni póki mają świeże umysły oraz ciekawe idee. Zatrzymujemy tylko najzdolniejszych – mówi anonimowo jeden ze starszych wykładowców.

Dlatego charakterystycznym elementem Harvardu jest pośpiech, by jak najwięcej czasu wykorzystać na naukę. Niemal wszyscy studenci na wykładach robią notatki na komputerze – zapiski w wersji elektronicznej potrafią szybciej wykorzystać. Niektórzy profesorowie – jak uczący pisania scenariuszy filmowych Danny Rubin (autor „Dnia Świstaka”) – wręcz nie pozwalają notować inaczej. Pośpiech widać nawet w sposobie bawienia się. Oto autentyczny mail z zaproszeniem na imprezę od studentki psychologii: „Cześć przyjaciele! Dołączcie do nas dziś o 21.00 na wieczorną przerwę w nauce. Przez piętnaście podyskutujemy o pomyśle Melanie, a przez następne czterdzieści pięć będziemy jeść nachos i sery. Do zobaczenia”. Można mieć niemal stuprocentową pewność, że punkt 22 grupka karnie rozejdzie się do pokoi. Na spontaniczność nie ma czasu.

Ci, dla których presja tego wyścigu jest zbyt wielka, lądują „na kozetce” u dr. Paula Barreiry, dyrektora harvardzkiej poradni zdrowia psychicznego: Najtrudniejszy bez wątpienia jest żywot freshmana. Jeśli przeżyłeś pierwszy rok, twoje szanse na przetrwanie kolejnych trzech i dotarcie do ceremonii zakończenia są znacznie większe. Poradnia wyszkoliła kilkudziesięcioosobową grupę studentów nazywanych ujeżdżacze stresu (ang. stress busters). Ich zadaniem jest krążenie w trakcie sesji po uczelni i oferowanie relaksujących masaży ślęczącym nad książkami studentom. Można też wyskoczyć do uniwersyteckiego centrum odnowy na akupunkturę, dłuższy masaż, jogę i medytacje – większość zajęć jest za darmo, reszta kosztuje grosze.

Z młotkiem na słońce

Kiedy procesja mija bibliotekę, ceremonia nabiera tempa. Dostojne grono kilkuset luminarzy Harvardu zasiada w fotelach na udekorowanych schodach uczelnianej kaplicy i zaczynają się przemówienia absolwentów, na szczęście dalekie od pompy i nudy. – Kiedy byłem młodym chłopakiem z biednej dzielnicy Bostonu, zarabiałem grając na pobliskiej stacji metra. Harvard kojarzył mi się już wtedy jako świetne miejsce. Świetne... do kradzieży rowerów – żartuje Jimmy Tingle, komik, który mając lat 55 został właśnie magistrem administracji publicznej. – Dali mi tytuł, bo nie miał im kto poprowadzić zakończenia roku – dorzuca i gdy publiczność zanosi się od śmiechu, on oddaje mikrofon w ręce młodziutkiej Chiamaka Lilian Nwakeze, która mówi o poezji dla chemików oraz o tym, jak znajomość sztuk pięknych pogłębia rozumienie nauk ścisłych.

Jednak wszyscy czekają na rozdanie 10 dyplomów honorowych, a zwłaszcza jednego – dla Meryl Streep. – Choć skończyła tę obskurną szkołę w Connecticut (żartobliwy przytyk do nie lubianego na Harvardzie Uniwersytetu Yale), należy jej się coś od nas za stworzenie tylu mądrych i głęboko humanistycznych ról filmowych – mówi rektor Steven Hyman, wręczając aktorce dyplom, ona zaś odwdzięcza się całusem posłanym w stronę publiczności. Siedzący naprzeciwko absolwenci z dzikim wrzaskiem unoszą w górę atrybuty swoich wydziałów: prawnicy – drewniane młotki, politolodzy – dmuchane globusy, stomatolodzy – papierowe uśmiechnięte szczęki.

Jeszcze kilka wzniosłych zdań i 7125 studentów rozchodzi się na dalsze uroczystości na swoich wydziałach. Rodzice rozjeżdżają się po świecie. Wieczorem impreza – wreszcie bez pośpiechu. Od jutra wyprowadzka z domu studenckiego i do pracy – spłacać kredyt za studia w tym rajskim kieracie.

Wszyscy autorzy artykułu studiowali na Harvardzie dzięki hojności Fundacji Knighta.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Schematy z rodzinnego domu

Małżeństwo: jak odgrywamy w nim role wyuczone jeszcze w dzieciństwie.

Agnieszka Paczkowska
04.08.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną