REPORTAŻ: Jak studiować, to na Harvardzie

Dzień kwitnącego bluszczu
James DiPaola, szeryf policji na Harvardzie jako mistrz ceremonii.
Marzena Hmielewicz/AdventurePictures

James DiPaola, szeryf policji na Harvardzie jako mistrz ceremonii.

Meryl Streep odbiera tytuł honorowy Uniwersytetu Harvarda.
Marzena Hmielewicz/AdventurePictures

Meryl Streep odbiera tytuł honorowy Uniwersytetu Harvarda.

Młotki w dłoń! Tak cieszą się przyszli prawnicy.
Marzena Hmielewicz/AdventurePictures

Młotki w dłoń! Tak cieszą się przyszli prawnicy.

Wśród absolwentów uczelni są także Indianie.
Marzena Hmielewicz/AdventurePictures

Wśród absolwentów uczelni są także Indianie.

wideo

Ostatni dzień w szkole szkół - wideo

 

Supermarket z mądrościami

Dobranie sobie fajnych roommates jest tylko jedną z wielu ważnych decyzji, które musi podjąć 18-letni freshman. Najtrudniejsza: to co właściwie studiować? Na Harvardzie, co dla polskich żaków może być nie lada zaskoczeniem, nie ma prosto zdefiniowanych kierunków: historii, fizyki, chemii czy filozofii. Amerykański system należałoby raczej porównać do ogromnego supermarketu wiedzy, w którym do koszyka można włożyć wszystko, co nas interesuje. Zasada jest jedna: na drugim roku trzeba się zdecydować na jakąś określoną dziedzinę (tzw. concentration; Harvard oferuje ich 46, choć można też ustalić własny tok studiów). Ponadto w ciągu czterech lat zaliczyć siedem zajęć wybranych spośród 11 „wielkich” dziedzin – od nauk ścisłych po humanistyczne (przy czym nie mogą być one związane z własnym concentration). Trochę brzmi to skomplikowanie, ale przyświeca temu jedna idea – oprócz swojej wąskiej dziedziny powinieneś otrzymać szerszą edukację. A zatem koncentrując się np. na literaturze angielskiej, również pójść na zajęcia z kosmologii.

Żeby pomóc studentom poruszać się po harvardzkim supermarkecie, na początku każdego semestru odbywa się shopping week, w trakcie którego chodzi się na rozmaite wykłady i zajęcia, sprawdza, które są najciekawsze i wrzuca je do koszyka. Ten tydzień przypomina ogromną wędrówkę ludów od rana do wieczora między salami wykładowymi i trochę konkurs atrakcyjności między wykładowcami – kto przyciągnie więcej słuchaczy.

Prof. Roger B. Porter, dawniej doradca ds. ekonomicznych George’a H. W. Busha i wysoki urzędnik w Białym Domu za czasów Reagana i Forda, na swoje zajęcia na temat amerykańskiego systemu prezydenckiego zawsze przyciąga tłumy. Nic dziwnego – wykład o zawiłościach amerykańskiej polityki, co chwila ilustruje barwnymi anegdotami. Na przykład o prezydencie Stanów Zjednoczonych, Jimmym Carterze, który decydował... komu przyznać miejsce na służbowym parkingu. Wykładowcy chodziło, rzecz jasna, nie o ten parking, ale przykład zgubnej chęci Cartera do decydowania o sprawach drugorzędnych. – O Boże, jakbym chciała, żeby on był moim dziadkiem – szepnęła jedna ze studentek po pokazowym wykładzie Portera w czasie shopping week – i zapisała się na zajęcia.

Pierwszoroczniacy mają jeszcze jedną pomoc – freshman seminars, interdyscyplinarne zajęcia, na których w kilkunastoosobowym gronie głównie się dyskutuje. Prof. Alan Dershowitz rozmawia podczas takiego seminarium o źródłach prawa i moralności. Sam jest słynny i kontrowersyjny – mając 28 lat został najmłodszym amerykańskim profesorem prawa, bronił m.in. O. J. Simpsona, występował przeciw cenzurowaniu pornografii, a po 11 września opowiadał się za stosowaniem tortur wobec terrorystów. W imieniu rabina Avi Weissa, głośnego po protestach przeciw krzyżowi na tzw. oświęcimskim żwirowisku, pozwał za obrazę kardynała Józefa Glempa. Krytykom polityki Izraela grozi procesami lub wyzywa na publiczne debaty. Gdy nie przychodzą, potrafi przykleić ich teksty do pustego krzesła i gorąco z nimi dyskutować.

Na zajęciach dla freshmanów przeistacza się jednak w dobrego wujka: serwuje kawę, ciastka, owoce a pod koniec semestru zaprasza do domu na wspólny obiad. Równocześnie moderuje gorące, jak na amerykańskie standardy, dysputy: o torturach, karze śmierci, wpływie religii na moralność. – Na takich spotkaniach zawsze uczę się od młodych ludzi czegoś nowego. Są bardzo intelektualnie inspirujące – mówi z przekonaniem. Zresztą na całym Harvardzie, jak i na innych amerykańskich uczelniach, relacja student-profesor jest mocno odmienna niż w Europie. Widać wzajemny szacunek, swobodę i ciekawość drugiej strony. Posągowych profesorów, traktujących studentów z góry, z dystansem czy wręcz niechęcią, szukać tu ze świecą.

Na innym seminarium prof. Richard Wrangham, wybitny badacz życia szympansów i ludzkiej agresji (oraz wzięty publicysta) toczy poważne dyskusje o wojnie i przemocy wśród zwierząt i ludzi. A na kolejnym, dwoje wykładowców, historyk i paleontolog, opowiadają o bestiach z mitologii greckiej i zapisu kopalnego. Jest też seminarium poświęcone badaniom mózgu. Wszystko po to, by ułatwić wybór dalszej drogi życiowej najmłodszym studentom.

Po „rozbiegowych” pierwszych trzech semestrach, sophomore (tak zwą się studenci drugiego roku) wybiera wspomniane concentration. Jednak jego zmiana, nawet tak radykalna, jak z fizyki na historię, będzie możliwa i później, tyle że wymagająca nadrobienia wiedzy. Po czterech latach student wychodzi z dyplomem ukończenia uczelni, który jest czymś między polskim licencjatem a magisterium. Istnieje kilka kierunków, których nie można zacząć studiować, nie mając tego pierwszego dyplomu w garści – jak prawo, medycyna czy nauki polityczne. Uzyskanie tytułu magistra po pierwszych studiach zajmuje kolejne dwa lub trzy lata, jednak zazwyczaj, gdy student decyduje się na kontynuowanie nauki, to od razu z pominięciem magisterium robi doktorat. Habilitacja jest w USA nieznana.

Do utraty tchu

Procesja zakręca przy bibliotece noszącej imię Harry’ego Elkinsa Widenera. Potężny gmach, wsparty na marmurowych kolumnach, to największa na świecie biblioteka akademicka. Ufundowała ją w 1915 r., ku pamięci 27-letniego absolwenta Harvardu, który zginął na Titanicu, jego matka. Wedle powtarzanej na uczelni historii, sponsorka zażyczyła sobie, by powierzchnia budynku była równa powierzchni pokładów transatlantyku, a ofiarowując gigantyczny datek, postawiła dwa dodatkowe warunki: każdy student Harvardu musi zdać egzamin z pływania (dziś nie jest to już wymagane), a w uczelnianej stołówce mają zawsze być lody – ulubiony deser tragicznie zmarłego syna.

Na co dzień setki studentów korzystają z tej i kilku pozostałych harvardzkich książnic jak z każdej innej biblioteki na świecie. Zmienia to się w czasie sesji egzaminacyjnej; ponieważ czytelnie otwarte są 24 godziny na dobę, studenci wkuwają na potęgę, a żeby nie tracić czasu na powrót do domu studenckiego, ucinają sobie drzemkę w dresach wprost na biurkach. Między półkami uginającymi się od woluminów unosi się zaduch niedomytych ciał.

A wszystko dla jak najlepszych ocen. Ocen, co ciekawe, tajnych. – Stopnie są jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic na Harvardzie – mówi LeVan Nguyen. – Jest nie do pomyślenia, by ktoś wywiesił je na tablicy ogłoszeń. Nie zdradza się ich nikomu, nawet dobremu znajomemu z akademika. Powód? Jeśli okazałoby się, że dostałeś gorszy stopień niż inni, sprawi ci to przykrość i tylko zwiększy napięcie. Jeśli lepszy, to może zdopingować innych do pracy i uzyskania lepszych ocen niż ty. Harvard to jeden wielki wyścig szczurów, choć oczywiście możliwości, które dostaje tu student, są ogromne.

Stopnie stawiane są nie tylko za testy, egzaminy, czy prace zaliczeniowe. Część oceny z danego przedmiotu odzwierciedla aktywność studenta na zajęciach. Dr David Ager, socjolog, który na Harvardzie uczy o przywództwie, ma do pomocy w trakcie wykładu dwoje asystentów, którzy na specjalnych mapach z naklejonymi zdjęciami studentów zaznaczają każde zabranie głosu i przyznają punkty, oceniając, na ile wypowiedź popchnęła ogólną dyskusję na twórcze tory. To zapewne jeden z powodów niespotykanego na polskich uczelniach zjawiska – gdy profesor zadaje pytanie, nigdy nie zapada krępująca cisza tylko podnosi się las rąk. Na dodatek po dwóch tygodniach zajęć profesor pamięta imię każdego ze studentów.

Harvard to też bezwzględne sito. Kto nie pasuje – odpada. Kto uczy się słabo, za wolno – nie ma szans. Oszustwo naukowe – bez względu, czy chodzi o ściąganie na studenckich testach, czy plagiat w publikacjach naukowych profesora – jest karane bezwzględnym wyrzuceniem z uczelni. Nie na darmo w jej godle widnieje słowo veritas – prawda. Wyścig dotyczy też kadry – profesorowie są w większości zatrudniani na krótkich czasowych kontraktach i służą uczelni póki mają świeże umysły oraz ciekawe idee. Zatrzymujemy tylko najzdolniejszych – mówi anonimowo jeden ze starszych wykładowców.

Dlatego charakterystycznym elementem Harvardu jest pośpiech, by jak najwięcej czasu wykorzystać na naukę. Niemal wszyscy studenci na wykładach robią notatki na komputerze – zapiski w wersji elektronicznej potrafią szybciej wykorzystać. Niektórzy profesorowie – jak uczący pisania scenariuszy filmowych Danny Rubin (autor „Dnia Świstaka”) – wręcz nie pozwalają notować inaczej. Pośpiech widać nawet w sposobie bawienia się. Oto autentyczny mail z zaproszeniem na imprezę od studentki psychologii: „Cześć przyjaciele! Dołączcie do nas dziś o 21.00 na wieczorną przerwę w nauce. Przez piętnaście podyskutujemy o pomyśle Melanie, a przez następne czterdzieści pięć będziemy jeść nachos i sery. Do zobaczenia”. Można mieć niemal stuprocentową pewność, że punkt 22 grupka karnie rozejdzie się do pokoi. Na spontaniczność nie ma czasu.

Ci, dla których presja tego wyścigu jest zbyt wielka, lądują „na kozetce” u dr. Paula Barreiry, dyrektora harvardzkiej poradni zdrowia psychicznego: Najtrudniejszy bez wątpienia jest żywot freshmana. Jeśli przeżyłeś pierwszy rok, twoje szanse na przetrwanie kolejnych trzech i dotarcie do ceremonii zakończenia są znacznie większe. Poradnia wyszkoliła kilkudziesięcioosobową grupę studentów nazywanych ujeżdżacze stresu (ang. stress busters). Ich zadaniem jest krążenie w trakcie sesji po uczelni i oferowanie relaksujących masaży ślęczącym nad książkami studentom. Można też wyskoczyć do uniwersyteckiego centrum odnowy na akupunkturę, dłuższy masaż, jogę i medytacje – większość zajęć jest za darmo, reszta kosztuje grosze.

Z młotkiem na słońce

Kiedy procesja mija bibliotekę, ceremonia nabiera tempa. Dostojne grono kilkuset luminarzy Harvardu zasiada w fotelach na udekorowanych schodach uczelnianej kaplicy i zaczynają się przemówienia absolwentów, na szczęście dalekie od pompy i nudy. – Kiedy byłem młodym chłopakiem z biednej dzielnicy Bostonu, zarabiałem grając na pobliskiej stacji metra. Harvard kojarzył mi się już wtedy jako świetne miejsce. Świetne... do kradzieży rowerów – żartuje Jimmy Tingle, komik, który mając lat 55 został właśnie magistrem administracji publicznej. – Dali mi tytuł, bo nie miał im kto poprowadzić zakończenia roku – dorzuca i gdy publiczność zanosi się od śmiechu, on oddaje mikrofon w ręce młodziutkiej Chiamaka Lilian Nwakeze, która mówi o poezji dla chemików oraz o tym, jak znajomość sztuk pięknych pogłębia rozumienie nauk ścisłych.

Jednak wszyscy czekają na rozdanie 10 dyplomów honorowych, a zwłaszcza jednego – dla Meryl Streep. – Choć skończyła tę obskurną szkołę w Connecticut (żartobliwy przytyk do nie lubianego na Harvardzie Uniwersytetu Yale), należy jej się coś od nas za stworzenie tylu mądrych i głęboko humanistycznych ról filmowych – mówi rektor Steven Hyman, wręczając aktorce dyplom, ona zaś odwdzięcza się całusem posłanym w stronę publiczności. Siedzący naprzeciwko absolwenci z dzikim wrzaskiem unoszą w górę atrybuty swoich wydziałów: prawnicy – drewniane młotki, politolodzy – dmuchane globusy, stomatolodzy – papierowe uśmiechnięte szczęki.

Jeszcze kilka wzniosłych zdań i 7125 studentów rozchodzi się na dalsze uroczystości na swoich wydziałach. Rodzice rozjeżdżają się po świecie. Wieczorem impreza – wreszcie bez pośpiechu. Od jutra wyprowadzka z domu studenckiego i do pracy – spłacać kredyt za studia w tym rajskim kieracie.

Wszyscy autorzy artykułu studiowali na Harvardzie dzięki hojności Fundacji Knighta.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną