Świat

Arystokracja demokracji

Francuska oligarchia na cenzurowanym

DSK wsiada do eleganckiego Porsche. Czarne auto posłużyło do kampanii czarnego PR wymierzonej w DSK. DSK wsiada do eleganckiego Porsche. Czarne auto posłużyło do kampanii czarnego PR wymierzonej w DSK. AFP / EAST NEWS
Sensacyjne aresztowanie Dominika Strauss-Kahna zbiegło się z okładkami francuskich tygodników o stylu życia francuskiej oligarchii. Mają wszystko: pieniądze, władzę, przywileje. I ochronę prywatności.
Paryska kamienica, w której mieszkał DSK z żoną.SIPA/EAST NEWS Paryska kamienica, w której mieszkał DSK z żoną.

Nim wybuchła sprawa DSK – polityk padł ofiarą czarnego PR. Najpierw ktoś usłużnie rozpropagował jego zdjęcie: najpewniejszy wówczas socjalistyczny kandydat na prezydenta Francji wsiadał do prywatnego Porsche swego przyjaciela (później dopiero wyjaśniło się, że to nie jego samochód). Potem tygodnik „L’Express” podsumował jego fortunę, zamieszczając przy tym zdjęcia rezydencji. W skrócie: apartament 240 m kw. przy placu des Vosges. Kto choć trochę zna Paryż, ten doceni położenie i wie, że bez 4 mln euro nie ma co nawet oglądać ofert. By wyłożyć tę kwotę, DSK nie musiał sprzedawać poprzedniego mieszkania: sześciopokojowego, z ogromnym tarasem na dachu w XVI dzielnicy (teraz jest na sprzedaż za 3 mln euro).

Ponieważ DSK pracował w Waszyngtonie, jego żona kupiła tam dom w Georgetown (380 m kw., 5 pokoi, 6 łazienek, basen i ogród), w Waszyngtonie taniej niż w Paryżu – dom kosztował 4 mln dol. Nie sposób jednak żyć w samych miastach. 10 lat temu małżonkowie kupili pałac w Marakeszu, prawda, że podniszczony, ale to riad, po arabsku ogród – rezydencja książęca. Rzecz jasna, nawet pół miliona euro pensji dyrektora MFW, chronionej przed podatkami, nie wystarczyłoby na utrzymanie tylu rezydencji. DSK ma bogatą żonę, dziennikarkę (nawiasem mówiąc, świetną) Anne Sinclair, która jest wnuczką i dziedziczką marszanda wystawiającego obrazy Picassa, Matisse’a i Renoira.

Z jednej formy

W obronie DSK od razu głos przez telefon zabrał BHL (znany filozof i doradca Sarkozy’ego, Bernard-Henri Lévy). Dziennikarka radiowa pytała: – Pan dzwoni z Marakeszu? Chwila ciszy i BHL na wpół prostuje, nie z Marakeszu, ale jednak z Maroka. Rzecz w tym, że BHL też ma pałac, koło Marakeszu, w Zahii. Wiele francuskich osobistości utrzymuje rezydencje po drugiej stronie Lazurowego Wybrzeża. Oto francuska specjalność: elity odlane jakby z tej samej formy, bardziej jeszcze niż w Anglii, mimo osławionego Oxbridge (zbitka nazw dwu najsłynniejszych uniwersytetów). Kto się we Francji ma liczyć, kończy jedną z tzw. grandes écoles, dosł. wielkich szkół, uczelni, do których niełatwo zdać egzamin (na „zwykłe” uniwersytety nie ma egzaminów). Absolwenci nie tylko odbierają podobne wykształcenie, upodabniają się też stylem i poziomem życia, jeżdżą na wakacje i budują rezydencje w tych samych miejscach. Trudno tu nawet rozróżnić lewicę i prawicę: o lewicy tak żyjącej mówi się, że jest kawiorowa. Takiego miana używano wobec DSK. Jednolitość elit wzmaga również praktyka pantouflage, czyli przechodzenia ze służby publicznej do sektora prywatnego, z wyższymi zarobkami, ale można też przejść z powrotem, co powoduje, że ludzie na kierowniczych stanowiskach w obu sektorach i właściciele firm doskonale się znają, odlani wszak z jednej formy.

Nie wszyscy, rzecz jasna, są aż tak bogaci jak małżeństwo DSK z Anne Sinclair (które teraz musi zapłacić za drakońskie warunki wolności za kaucją: podejrzany ma sam pokryć stały nadzór wideo i uzbrojonych strażników – 200 tys. dol. miesięcznie), nie wszyscy mieszkają w – jak to nazywają Francuzi – hôtel particulier, własnym pałacu, lecz niewątpliwie elity we Francji stanowią bardziej „spójną stylistycznie” grupę niż gdzie indziej.

Szokująca przepaść

Francuzi ciągle są konfrontowani z przepychem, jaki przy okazji skandali rzuca im się w oczy: przypomnijmy niedawną aferę pani Bettancourt. Wiedzą więc doskonale, że pewna część ich rodaków ma miliardy i że to, co zarabiają przez cały rok, to dla tamtych kieszonkowe. Większość uważa tę przepaść za szokującą, choć wie także, że tak się rzeczy mają na tym świecie. Problem powstaje dopiero wtedy, kiedy elity pieniądza stapiają się z elitami władzy, inaczej mówiąc, kiedy właściciele ogromnych firm, prezesi banków, prezydenci i ministrowie należą do tego samego środowiska. Wtedy przepaść jest jeszcze bardziej szokująca, zwłaszcza dla ludzi o lewicowych przekonaniach.

„Dwieście rodzin” wciąż rządzi Francją – twierdził w zeszłym roku lewicowy tygodnik „Marianne”, przypominając przedwojenne przemówienie premiera Edouarda Daladiera (1934 r.), który oburzał się, że demokratyczne państwo toleruje taki stan rzeczy, bo owe dwieście rodzin ma „swych plenipotentów” w głównych ośrodkach władzy. Taka ocena sytuacji państwa musi co najmniej budzić zdziwienie w kraju, którego dewizą jest wolność, równość i braterstwo. Jak rozumieć dziś tę dewizę wyrytą na murach każdego merostwa? To wyzwanie zwłaszcza dla francuskiej lewicy.

Kiedy DSK wsiadał do Porsche, kosztującego ponad 100 tys. euro, we Francji znów zadano pytanie, czy przywódca lewicy w ogóle może być bogaty? Czy milioner rzeczywiście może żywić przekonania socjalistyczne lub choćby socjaldemokratyczne? A dlaczego nie? Poza tym, co robić z lewicowcem, który wzbogacił się dzięki własnemu talentowi albo odziedziczył wielki majątek rodziców? Czy ma zerwać ze swoim środowiskiem? Albo prezydent Nicolas Sarkozy, który, jeszcze jako mer najszykowniejszej i najbogatszej podparyskiej miejscowości Neuilly, od lat obracał się wśród milionerów, a dodatkowo poznał innych poprzez swą żonę, dziedziczkę znacznej fortuny – czy ma wyrzec się stylu życia właściwego milionerom? Ci na Morzu Śródziemnym utrzymują luksusowe jachty i na nich się odwiedzają. Trudno, by w tym czasie prezydent wykupywał tanie wycieczki last minute.

 

 

Fotografia DSK z luksusowym samochodem skłaniała do przedwyborczych analiz politycznych. Kandydat z kawiorowej lewicy uspakaja całe centrum. Gdyby w drugiej turze wyborów nie było już prawicowego kandydata, to nawet prawica mogłaby śmiało głosować na kogoś takiego jak DSK, myśląc sobie: to przecież ktoś, kto potrafi i lubi żyć, żadna rewolucja bolszewicka nam przy nim nie grozi. Z kolei upadek DSK grozi poważnymi konsekwencjami politycznymi – nagłośnienie jego stylu życia zwiększy poparcie dla córki Le Pena, Marine, która – choć prawicowa – jest także trybunem biednych Francuzów, bo zbiera również głosy rozczarowanego „ludu”, w tym dawnego elektoratu komunistycznego.

Ale czas burzenia Bastylii wyraźnie minął. Francuzi, przywiązani do równości, wcale nie popierają egalitaryzmu. Owszem, we Francji istnieje podatek od wielkich majątków (nie tylko dochodów!), a więc bogaci muszą płacić ekstra. Lecz z drugiej strony sympatyzujący z komunistami i trockistami Jean-Luc Mélenchon, założyciel Partii Lewicy, doskonały mówca, usiłuje wprowadzić „ustawę kominową” (żeby prezesi firm i banków zarabiali najwyżej 20 razy więcej niż pensja minimalna), ale dla swego postulatu nie może zdobyć poparcia przekraczającego 1 proc.

Kultury przedzielone oceanem

Wreszcie afera odsłania jeszcze inną różnicę kulturową między Francją i Ameryką – podejście do wyskoków pozamałżeńskich znanych polityków. Na tym tle doszło do kwasów pomiędzy komentatorami amerykańskimi i francuskimi w licznych programach telewizyjnych. Jeśli narastają o kimś plotki – tłumaczyła znana korespondentka „New York Timesa” Elaine Sciolino, autorka książki „La Seduction” (Uwodzenie) – to dziennikarze amerykańscy je prześwietlają. Przecież to życie prywatne! – protestowali Francuzi. Chcemy ocenić charakter polityka! – odpowiadali Amerykanie.

Relacje między władzą a seksem rozdzieliły obie kultury tak, jak dzieli je ocean. Francuzi kpili z amerykańskiej zażartości wobec Clintona (w aferze z Monicą Lewinsky). Za kłamanie w sprawie stosunków ze swą kochanką urządzono mu proces przed najwyższą instancją (impeachment przed Senatem). A gdy Bush junior kłamał w sprawie uzasadnienia wojny, w której zginęły tysiące ludzi, uznano, że to po prostu polityczny chleb powszedni!

Nie są to trafne porównania do sprawy DSK, gdyż oskarżony jest on nie o romanse, lecz gwałt (choć większość Francuzów uważa, że padł ofiarą spisku). W każdym razie francuscy dziennikarze życia prywatnego nie tykają. Po pierwsze, obowiązuje tu dość rygorystyczna prawna ochrona życia prywatnego i francuskie bulwarówki w niczym nie przypominają swoich odpowiedników w Wielkiej Brytanii. Płacą odszkodowania celebrytom, którzy się obrażają i to nawet nie o jakieś szokujące zdjęcia, a po prostu o naruszanie dyskrecji życia prywatnego. Afera pani Bettancourt, która dawała królewskie prezenty swemu przyjacielowi, nie trafiłaby na łamy prasy, gdyby nie sprawa sądowa, jaką zaniepokojona córka wytoczyła przyjacielowi matki: wtedy dopiero prasa mogła się tym zająć, gdyż relacjonowała „spór sądowy”.

Po drugie i ważniejsze, w stosunku mężczyzn do kobiet wyraża się esprit gaulois, francuski czy też koguci duch. Nie bez przyczyny. Wszyscy bez wyjątku prezydenci mieli osiągnięcia na tym polu. Valery Giscard d’Estaing uchodził za bardzo wirylnego, o Jacques’u Chiracu mówiono, że nie bez przyczyny jeździł często do Japonii, a z kolei wśród flam François Mitterranda wymieniano, bez szczególnych emocji, panią premier Edith Cresson. Także Sarkozy, jak się wydaje, dobrze mieści się w tej tradycji.

Sprawa podwójnego życia, które przez lata całe prowadził prezydent Mitterrand, emocje wzbudzała tylko dlatego, że okazało się, iż to Republika finansowała mieszkanie i ochronę konkubinie prezydenta i jego nieślubnej córce. Politycy odczuwają niemal chorobliwą potrzebę podobania się wszystkim, w tym i kobietom. W Stanach Zjednoczonych posiadanie kochanki rujnuje karierę polityczną. We Francji – bez kochanki nie ma co liczyć na głosy wyborców taki teraz żart powtarzają w Paryżu.

Afera DSK jednak żartem nie jest i pokazała różnice między Ameryką a Francją w podejściu do możnych. Francuzi byli zszokowani, kiedy nazajutrz po aresztowaniu dyrektorowi MFW odmówiono zwolnienia za kaucją i zmiętoszonego prowadzono w kajdankach wśród fotografów. We Francji fotografowania podejrzanego skutego w kajdanki zabrania ustawa z 2000 r., wzmacniająca domniemanie niewinności i prawa obywatelskie. W Stanach Zjednoczonych zaś pielęgnowana jest tradycja tzw. perp walk, w żargonie prawniczym – parady sprawcy. Takie przeprowadzanie ma go rozmyślnie upokorzyć i pokazać opinii publicznej, że żadna władza i żadne pieniądze nie chronią przed szeryfem.

Polityka 22.2011 (2809) z dnia 24.05.2011; Świat; s. 50
Oryginalny tytuł tekstu: "Arystokracja demokracji"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną