Wojsko porywało cywilów dla nagrody

...za którymi nikt nie zatęskni
Znikali pojedynczo, po kilku, po cichu. Systematycznie, w całym kraju, przez kilka lat. W sumie około trzech tysięcy mężczyzn. Co się z nimi stało?
Armia kolumbijska mordowała mężczyzn ze slumsów i prezentowała jako poległych w walce partyzantów.
Jose Miguel Gomez/Reuters/Forum

Armia kolumbijska mordowała mężczyzn ze slumsów i prezentowała jako poległych w walce partyzantów.

Soacha, przedmieścia Bogoty, świat nędzy i braku nadziei.
Pierre Merimee/Corbis

Soacha, przedmieścia Bogoty, świat nędzy i braku nadziei.

Soacha, przedmieścia Bogoty, za mieszkańcami tych biednych dzielnic nikt nie tęskni (poza ich rodzinami).
Artur Domosławski/Polityka

Soacha, przedmieścia Bogoty, za mieszkańcami tych biednych dzielnic nikt nie tęskni (poza ich rodzinami).

Mauricio Castillo, któremu armia zamordowała brata Jaime.
Artur Domosławski/Materiały prywatne

Mauricio Castillo, któremu armia zamordowała brata Jaime.

Cecilia Arenas, siostra Aleksa Arenasa
Artur Domosławski/Polityka

Cecilia Arenas, siostra Aleksa Arenasa

O podstępnym uprowadzaniu i zabijaniu przez armię mężczyzn z dzielnic biedy cała Kolumbia dowiedziała się, gdy wybuchła sprawa z Soacha.
Jairo Castilla/Reuters/Forum

O podstępnym uprowadzaniu i zabijaniu przez armię mężczyzn z dzielnic biedy cała Kolumbia dowiedziała się, gdy wybuchła sprawa z Soacha.

Za pojmanie lub zabicie członków nielegalnych grup zbrojnych oficerowie i żołnierze mieli dostawać specjalne premie.
John Vizcaino/Reuters/Forum

Za pojmanie lub zabicie członków nielegalnych grup zbrojnych oficerowie i żołnierze mieli dostawać specjalne premie.

Tekst ten został wyróżniony w organizowanym przez Amnesty International konkursie Pióro Nadziei 2012.

*

1.

Pierwszy zniknął Alex Arenas, 2 stycznia 2008 r. Jeszcze w grudniu, dzień przed Wigilią, po fajrancie wyznał kumplom z budowy, że złapał świetną fuchę i jedzie w podróż, a potem ich do siebie ściągnie. Cecilii, starszej siostrze, powiedział, że zamierza przywieźć trochę forsy dla ich 80-letniej mamy. Siostrze też pomagał, bo mąż poważnie chory. Cecilia mówi, że był ich ostoją. Miał 33 lata.

Jaime Castillo powiedział bratu, że wkrótce wyjedzie do pracy na roli, jest dobra propozycja. Był ulicznym sprzedawcą mydła i powidła, zarabiał grosze. 10 sierpnia ślad po nim zaginął. Miał 42 lata.

Diego Tamayo, 25 lat, zostawił mamie karteczkę na lodówce: uważaj na siebie, wracam w poniedziałek. Dopisek: opiekuj się królikiem. Marzył o weterynarii, ale gdzie jemu, chłopakowi z Soacha, na studia? Imał się każdej roboty: pomalować komuś dom, przewieźć ciężarówkę cegieł. 23 sierpnia mama chciała go zabrać na urodziny kuzynki, ale powiedział, że woli zostać w domu. Poszła sama. Gdy Diego wychodził o drugiej w nocy, uciął sobie pogawędkę z dozorcą bloku. Powiedział, że jedzie daleko, ale z kim, nie może zdradzić, tajemnica.

Andres Palacio wspominał matce o możliwej podróży – że niby jacyś przyjaciele zapraszają na wybrzeże. Ty lepiej uważaj, powiedziała mu na to, nie mamy na wybrzeżu przyjaciół. I że jak zobaczy, iż szwenda się z obcymi, to zadzwoni na policję. Może partyzanci albo inni bandyci?

Obawy matki nie były urojone. Soacha, nędzne przedmieście Bogoty, gdzie żyje kilkaset tysięcy ludzi, to skupisko wszystkich kolumbijskich nieszczęść, można rzec: stolica beznadziei. Nędza, napady, złodziejstwo, miejsce rekrutacji do nielegalnych partyzantek, band, spora część ludzi to wygnańcy z interioru – ofiary długoletniego konfliktu zbrojnego; mnóstwo uzależnionych od alkoholu i narkotyków, zagłębie najtańszej siły roboczej, przemoc domowa wobec kobiet i dzieci. Matka Andresa Palacia była czujna, bo przed laty jedna z politycznych band zabiła jej starszego syna. Ale jak upilnować 22-latka? Andres zniknął 23 sierpnia, tego samego dnia co Diego Tamayo. Dowiedziała się później od kolegów syna, że opowiadał im o wyjeździe za pracą. I że za zarobione pieniądze miał kupić dla niej dom.

23 sierpnia bez słowa zniknął również inny młody mężczyzna – Victor Gomez. Wszyscy oni – i jeszcze 11 innych z Soacha i trzech z pobliskiego slumsu Ciudad Bolivar, którzy zniknęli między styczniem a sierpniem 2008 r. – nie znali się nawzajem.

2.

Do Fernanda Escobara, lokalnego ombudsmana – w Kolumbii wiele gmin ma swojego obrońcę praw obywatelskich – zaczęły docierać sygnały o tych, którzy przepadli bez wieści. Od maja 2008 r. do biura przychodziły ich matki, siostry, bracia; instruował, że informacje ze zdjęciami zaginionych należy zanieść do biura poszukiwań osób zaginionych. Na spotkaniach władz lokalnych, policji i wojska ombudsman ostrzegał, że w Soacha dzieje się coś niepokojącego. Sądził, że młodych porwali lub zwerbowali partyzanci z FARC, najstarszej w Kolumbii czerwonej niegdyś partyzantki, albo z paramilitares, oddziałów utworzonych przez latyfundystów i handlarzy kokainą. Ale politycy i wojskowi odpowiedzieli ombudsmanowi krzykiem: żeby zajął się swoimi sprawami, a nie politykowaniem.

Ombudsman nie miał w ręku wielu konkretów – jedynie doniesienia rodzin trójki zaginionych plus własne domysły. Postanowił rozpytywać dalej – i czekać. W Kolumbii zaginionych często nie zgłasza się żadnym władzom, ombudsman nie był tym zaskoczony. Zdziwiony był, gdy dowiedział się o  sześciu kolejnych osobach zaginionych w krótkim czasie na jednym przedmieściu.

Przełom nastąpił w ostatnich dniach sierpnia 2008 r., gdy ktoś z rodziny zadzwonił do matki Diega Tamayo i powiedział, że jej syn prawdopodobnie zginął w potyczce wojska z jedną z nielegalnych grup zbrojnych w innym regionie Kolumbii, w miejscowości Ocańa, ponad 600 km na północny zachód, i że informacja o tym pojawiła się w internetowym wydaniu jednej z lokalnych gazet. W wiadomości tej zawarta była sugestia, że Diego zginął, ponieważ należał do partyzantki.

1 września, dokładnie tydzień po zniknięciu syna, matka Diega dostała potwierdzenie wiadomości o jego śmierci. Ciało znalazło się w instytucji zwanej Medicina Legal, w Ocańa. Medicina Legal ma oddziały w całym kraju i prowadzi rejestr zmarłych w okolicznościach nienaturalnych: ofiar wypadków, napadów i konfliktu zbrojnego. Pobiera się ich DNA, odciski linii papilarnych, robi fotografie; jeśli ofiara ma dokumenty, zawiadamia się rodzinę, jeśli nie, grzebie się ciało jako N.N. Dzięki systemowi porównywania danych z Medicina Legal i informacji biur poszukiwania osób zaginionych udaje się, nawet po długim czasie, ustalić tożsamość anonimowych ofiar.

Ciała 18 zaginionych z Soacha i Ciudad Bolivar – z wyjątkiem Aleksa Arenasa, którego zwłoki „pojawiły się” w innym regionie Kolumbii – trafiły do zbiorowych mogił w Ocańa. Większość pochowano jako N.N. Informacje o wszystkich zabitych zgłaszali do Medicina Legal wojskowi z 15 lotnej brygady – jako poległych w potyczkach z nimi partyzantów.

3.

W mediach zrobił się szum. Dlaczego ciała wszystkich znikających w różnym czasie z Soacha znajdowały się kilkanaście godzin drogi na północ, w tym samym miejscu? Ombudsman, który początkowo przyjął do wiadomości, że mężczyźni dali się zwerbować partyzantom – w Kolumbii to żadna sensacja – zaczął wątpić, gdy zestawił daty zniknięć z datami, w których wojsko informowało Medicina Legal o ich śmierci w walce. Diego Tamayo, Andres Palacio i Victor Gomez zniknęli 23 sierpnia – zabici 25 sierpnia. Jaime Castillo zniknął 10 sierpnia – zabity 12 sierpnia. Elkin Verano zniknął 13 stycznia – zabity 15 stycznia; Jaime Valencia i Daniel Martinez zniknęli 6 lutego – zabito ich 8 lutego... Z jednym wyjątkiem wszyscy ginęli w ciągu 48 godzin od zniknięcia z domu. Droga na północ, ponad 600 km z Soacha do Ocańa, to co najmniej kilkanaście godzin jazdy. A gdzie czas na szkolenie partyzanckie? Obsługę broni, naukę strzelania?

Gdy w mediach zaczynało huczeć, prezydent Alvaro Uribe zabrał głos: „Ci chłopcy nie pojechali, żeby zbierać kawę; pojechali łamać prawo”. Minister obrony Juan Manuel Santos zapewniał, że zabici należeli do nielegalnych grup zbrojnych i zginęli w potyczkach z wojskiem. I dodał: „Dowództwo armii i ministerstwo nie toleruje łamania praw człowieka”.

To ostatnie zdanie dało do myślenia słynnemu w Kolumbii działaczowi praw człowieka. Przecież mężczyźni z Soacha zginęli w walce jako partyzanci. Cóż więc minister Santos wiedział o zniknięciach i zabójstwach, że przez nikogo niepytany pospiesznie zapewnił, iż nie było łamania praw człowieka?

4.

Śledztwo prokuratury wykazało, że wojskowi z udziałem cywilnych pośredników oferowali młodym mężczyznom z dzielnic nędzy dobrze płatną pracę w innym regionie kraju, następnie zabijali ich i przedstawiali jako pokonanych w walce partyzantów, najczęściej z FARC. Na mocy instrukcji nr 29 z 17 listopada 2005 r., przyjętej przez rząd, za pojmanie lub zabicie członków nielegalnych grup zbrojnych oficerowie i żołnierze mieli dostawać specjalne premie. Ile płacono za zabitego i jak dzielono pieniądze, nikt z całą pewnością nie wie, wojsko pilnuje tajemnicy; według poszlak, od 800 do 1500 dol. Żołnierze wykazujący się sukcesami w unicestwianiu partyzantów dostawali dodatkowe urlopy, niektórzy szybciej awansowali.

W Soacha jednym z miejsc werbunku ofiar był bar „Los Costeńos”, do którego mężczyźni przychodzą zapijać smutki. Dwaj werbujący – jednego z nich zatrzymano, ale za inne przestępstwo – znani byli w okolicy od roku. Za zwerbowanego dostawali 200 tys. pesos (ok. 100 dol.). Zwerbowanych wieziono samochodem lub busem do Ocańa, tam zatrzymywali się w domu oficera Alexandra Carretero Diasa; pojono ich alkoholem. Wiadomo o tym dzięki unikatowemu świadkowi – 17-letniej wówczas Katerinie Osorio Ballesteros, kuzynce żony tegoż oficera, która rozpoznała na zdjęciach niektórych mężczyzn z Soacha. W domu kuzynostwa słyszała rozmowy o tym, co ma się z nimi stać. Następnego dnia wieziono ich na miejsce rzezi, po drodze lipny patrol odbierał im zazwyczaj dokumenty (dlatego gdy potem z Medicina Legal trafiali do zbiorowych mogił, chowani byli ich jako N.N.). Na końcu podróży – egzekucja. Wojskowi zgłaszali zabitych do Medicina Legal jako poległych w walce partyzantów, a sami mogli już ubiegać się o premie i nagrody.

O podstępnym uprowadzaniu i zabijaniu przez armię mężczyzn z dzielnic biedy cała Kolumbia dowiedziała się, gdy wybuchła sprawa z Soacha, lecz byli tacy, którzy przeczuwali coś wcześniej. Sędzia wojskowy Alexander Cortes, który w różnych regionach kraju badał przypadki poległych w walce – jak sądził – partyzantów. Dziwił się, że pewien partyzant FARC ruszył sam ze starym pistoletem na oddział żołnierzy; że inny miał kłopoty z nerkami, anemię i trudności z poruszaniem się; że niektórzy zabici byli ubrani w zbyt duże ubrania, inni – ubrani zbyt grubo jak na tropikalny klimat (zapewne zjechali z miast w górach, gdzie chłodniej, i od razu trafili pod kule). Byli i tacy, co mieli nowe buty lewy na prawą, prawy na lewą nogę. Niektórzy w ogóle nie strzelali (brak śladów prochu na twarzy), a kule, które ich zabiły, wystrzelono z bardzo bliska. Sędzia Cortes tylu rzeczom się dziwił, że został zwolniony z wojska.

Gdy dowodom zbrodni nie dało się zaprzeczyć, prezydent Uribe i minister Santos przyznali, że „członkowie sił zbrojnych być może brali udział w zabójstwach”, „popełniono błędy w procedurze i kontroli” oraz wystąpiły „poważne zaniedbania na różnych poziomach”. Z hukiem zwolnili 27 wysokich oficerów, w tym trzech generałów. Wyrzucono ich za niedopełnienie obowiązków. Żaden z nich nie stanął przed sądem.

5.

Felipe Zuleta, sławny w Kolumbii obrońca praw człowieka i komentator polityczny, opowiada z bezsilnym gniewem, jakich ludzi wybierano jako ofiary: – To byli zazwyczaj młodzi mężczyźni, zdarzało się, że nieletni, którzy nie chodzili do szkoły, nie mieli stałej pracy, mieszkali na obszarach biedy. Zdarzało się, że niektórzy mieli kiedyś konflikty z prawem, nadużywali alkoholu, narkotyków. Słowem – tacy, których mało kto pożałuje, nikt za nimi nie zatęskni. Ich profil społeczny miał być gwarancją, że sprawa się nie wyda.

Gdy media zaczęły trąbić, że mężczyzn z Soacha podstępnie uprowadzono i zabito, w całym kraju doszło do lawinowego zgłaszania zaginionych w podobny sposób. Rozpoczęły się śledztwa, zatrzymania podejrzanych. Prezydent Uribe i minister Santos starali się sprzedać opinii publicznej teorię o paru zgniłych jabłkach w koszyku: nadużycia są odosobnione, armia jest zdrowa, choć trafiły się zepsute jednostki. To wyjaśnienie padło pod ciężarem faktów: zabójstw dokonywano na 90 proc. terytorium kraju, uczestniczyło w nich ponad 40 jednostek armii. Według organizacji praw człowieka i tych, które monitorują konflikt zbrojny w Kolumbii (krajowych i międzynarodowych), w okresie ośmiu lat rządów Uribe armia zamordowała w ten sposób ponad 3 tys. mężczyzn. Tyle, ile unicestwiono w czasie 17-letniej dyktatury Pinocheta w Chile. – To zbrodnia państwowa – uważa Zuleta.

Jak taka zbrodnia była możliwa, na jakiej glebie wyrosła? Odpowiedź jest długa, sięga w głąb historii wojny domowej. W latach 80. skrytobójczo wymordowano 4 tys. działaczy lewicowych z powołanej wtedy partii Unia Patriotyczna; miała ona za zadanie przeprowadzić partyzantów FARC do cywilnego życia politycznego. Zabójcami byli wojskowi i paramilitares. To było ludobójstwo, odstrzeliwano ludzi według politycznego kryterium, na podstawie przynależności do grupy. – Bezkarność władzy ma w Kolumbii długą historię, jest niestety częścią kultury politycznej – mówi Zuleta, którego jeden dziadek był prezydentem, a drugi prezesem Sądu Najwyższego.

Skąd diabelski pomysł, by wziąć na cel bezbronnych ze slumsów? – Zadziałało sprzężenie motywacji materialnych, politycznych i ideologii rządu, zwanej Demokratycznym Bezpieczeństwem – to kolumbijska wersja wojny z terroryzmem – uważa Zuleta. – W ramach polityki Demokratycznego Bezpieczeństwa armii wolno wszystko, jest poza kontrolą. A tu stworzono jeszcze system materialnych i zawodowych zachęt, który nadużycia inspirował i pogłębiał. Zgadza się: wojskowi dostawali nagrody i awanse za zabitych „partyzantów”, a rząd mógł chwalić się sukcesami polityki Demokratycznego Bezpieczeństwa.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną