Odbrązawianie Habsburgów
Obecnie chętnie idealizuje się wielkie imperium habsburskie jako prekursora zjednoczonej Europy. Śmierć sędziwego europarlamentarzysty Ottona Habsburga, zwanego Ostatnim, to sposobność do rewizji legendy.
4-letni Otto von Habsburg podczas koronacji swoich rodziców na króla i królową Węgier w 1916 r.
United States public domain/Wikipedia

4-letni Otto von Habsburg podczas koronacji swoich rodziców na króla i królową Węgier w 1916 r.

Artykuł pochodzi z 30 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 25 lipca.
Polityka

Artykuł pochodzi z 30 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 25 lipca.

Któż zdoła bez ckliwej otoczki uczcić pamięć Otto von Habsburga, zmarłego niedawno „cesarskiego syna” i wiecznego następcę tronu monarchii austriacko-węgierskiej? Mocno leciwy pan, urodzony w 1912 r., funkcjonował w naszym świecie niczym żywa skamielina z zamierzchłej przeszłości.

Wokół nazwiska Habsburg wzniesiono najbardziej odporną na ataki twierdzę sentymentalizmu w dziejach Europy. Zaludniają ją szacowni panowie z bokobrodami i stereotypy rodem z filmu z udziałem Romy Schneider. A co poza tym? W coraz liczniejszych quizach telewizyjnych wybornie podchwytliwe (zwłaszcza dla Austriaków) byłoby pytanie: czego cesarzową była Maria Teresa (1717-1780)? „Austrii” – padłaby zapewne błyskawiczna odpowiedź i milion przeszedłby koło nosa. Maria Teresa, ten iście barokowy talent w zakresie sprawowania władzy, była (jeśli w ogóle) władczynią Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Jej rodzina dzierżyła tytuł cesarski od XV wieku. Była zatem cesarzową Niemiec, o ile wspaniałomyślnie pominąć fakt, że formalnie wcale nie posiadała tego urzędu. Oficjalnie cesarzem był bowiem jej mąż Franciszek Stefan z Lotaryngii i nominalnie do niego należała władza.

Taki zaś wróg nad wrogami, jak król pruski Fryderyk Wielki, który wielekroć pokonywał ją na polu bitwy, był jednym z książąt-elektorów, którzy wybierając cesarzem jej męża pośrednio głosowali właśnie na nią. Maria Teresa była między innymi królową Węgier i Czech. W Austrii była zaledwie wielką księżną. Za jej czasów nie było cesarstwa austriackiego. Powstało ono dopiero w 1806 r. – kiedy Napoleon zdemontował stare cesarstwo niemieckie – i przetrwało niewiele ponad stulecie.

Dynastia w romantycznym przebraniu

A co z Austrią cesarzowej Sisi? Epoka wszechobecnych bokobrodów, kult kiczu wokół ociekającej łzami szczęścia i tragizmu monarchii cesarsko-królewskiej opromienionej blaskiem bawarskiej księżniczki Elżbiety, czyli cesarzowej Sisi u boku Franciszka Józefa – wszystko to bez reszty kształtuje aktualny, popularny wizerunek Habsburgów w okresie lat 1866-1918. Rządzone przez wiele wieków przez Habsburgów cesarstwo niemieckie wkradło się w romantycznym przebraniu do europejskiej świadomości historycznej jako twór austriacki.

Imperium habsburskie, monarchia naddunajska, podwójna monarchia – żaden chyba europejski organizm państwowy nie był tak idealizowany, a z wyjątkiem Habsburgów żadna dynastia nie wywarła tak silnego piętna na historii Europy i nie zdołała tak długo utrzymać się w centrum władzy. Cukierkową oprawę jej historycznego wizerunku zawsze utrwalała maksyma, którą wielu zachowało w pamięci jako jedyną wiedzę o Habsburgach wyniesioną z czasów szkolnej edukacji historycznej. „Bella gerant alii, tu Felix Austria nube” (Niechaj inni prowadzą wojny, ty szczęśliwa Austrio zawieraj małżeństwa).

Cukierkowy obraz imperium

Sławne powiedzenie sugeruje z perspektywy czasu szczególne umiłowanie pokoju przez Habsburgów, którzy o wiele częściej byli napadani niż sami decydowali się na akty agresji. W rzeczywistości Austria z powodzeniem zawsze mogła iść w zawody z pozostałymi mocarstwami nie tylko pod względem przebiegłości, ale także brutalności i wszelakiej przemocy. To wprost makabryczne, że regularnie podczas koncertów noworocznych w Sali Złotej Wiedeńskiego Towarzystwa Muzycznego rozbrzmiewa marsz Radetzky’ego jako rękojmia szczęśliwego nowego roku. A przecież feldmarszałek Johann Josef Wenzel Radetzky był jednym z najbardziej krwiożerczych dowódców imperium. W 1848 r. kazał stracić dziesiątki tysięcy lombardzkich powstańców i nie były to jego jedyne ofiary.

Także okres poprzedzający I wojnę światową – która doprowadziła do upadku starego porządku, w tym wielonarodowej monarchii austriackiej, a Habsburgów pozbawiła władzy – był długim pasmem agresji i prowokacji Wiednia na Bałkanach i w innych miejscach. Pozostało to w gniewnej pamięci Serbów i wielu innych narodów. Nasze czasy zdają się nobilitować status ofiary historii. Podtrzymywana jest więc bujda, jakoby ród Habsburgów właściwie zawsze tylko reagował, bronił się, podczas gdy źli byli inni. To, że współczesna Austria z takim mozołem do dzisiaj uczy się, że w dobie nazizmu przypadła jej także rola sprawcy pozostaje w związku z takim obrazem dziejów. Rola ofiary dziejów została ugruntowana już wcześniej przez historycznie fałszywe mity o rzekomym naddunajskim umiłowaniu pokoju.

Otto von Habsburg podczas wystąpienia w 2008 r. w dniu upamiętniającym tzw. anszlus Austrii do Trzeciej Rzeszy w 1938 r. wykrzykiwał, że żaden kraj nie ma takiego prawa jak Austria, by bezspornie uznać się za pierwszą ofiarę Hitlera. To nie tylko wyraz zakłamującego historię powszechnego mitu założycielskiego [powojennej republiki] – to także konsekwentna autoprezentacja Habsburgów.

W ostatnich latach monarchii opowiadano uroczy dowcip. Kiedy pewnego razu pokazano staremu cesarzowi Franciszkowi Józefowi wielkiego drapieżnego ptaka, którego właśnie zestrzelił w górach, ten wyraził rozczarowanie. To ma być orzeł? Przecież ma tylko jedną głowę! Dwugłowy orzeł często był dla poddanych i sąsiadów symbolem janusowego oblicza reżimu.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj