Świat

Bomba Dawida

Atom na pustyni

Izraelskie obiekty nuklearne na pustyni Negew. Zdjęcie wykonano w sierpniu 2000 r. Izraelskie obiekty nuklearne na pustyni Negew. Zdjęcie wykonano w sierpniu 2000 r. Jim Hollander/Reuters / Forum
Izraelczycy nigdy nie powiedzieli: tak, mamy broń atomową. Ale też nigdy nie zaprzeczyli. Kto chce szukać tej bomby, musi wybrać się na pustynię.
Artykuł pochodzi z 31 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 1 sierpnia.Polityka Artykuł pochodzi z 31 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 1 sierpnia.

Dimona. Tajny ośrodek trudno przeoczyć, pustynia usiana jest znakami ostrzegawczymi. "Zakaz zatrzymywania się", "Zakaz fotografowania", "Wstęp wzbroniony". Najpierw widać wieżę strażniczą, wysoko, na szczycie brunatnego wzgórza, potem niekończący się parkan z mnóstwem kamer i wreszcie, daleko z tyłu, w ostrym słońcu można dostrzec wysoki komin i kopułę reaktora. W miejscu, gdzie od szosy nr 25 odchodzi droga do „Negev Nuclear Research Center“, powiewają izraelskie flagi, a na kamieniu ktoś wymalował gwiazdę Dawida. Patriotyzm można tu jawnie okazywać. Cała reszta jest ukryta. Przy stalowej bramie stoją żołnierze. To koniec trasy. Albo początek tropienia śladów.

Atom w trybie przypuszczającym

Kto chce się zbliżyć do tej tajemnicy, musi zacząć od Dimony, bo w Dimonie wszystko się zaczęło. Tu jest centrum izraelskich badań nuklearnych, tu buduje się bombę – o ile bomba istnieje. Izrael nigdy nie potwierdził, że posiada broń atomową. Ale i nigdy nie zaprzeczył. Ten mały, ze wszystkich stron zagrożony kraj swą potężną broń spowił aurą tajemniczości. Kto o niej mówi, dużo ryzykuje i może wylądować w więzieniu jako szpieg. Kto o niej pisze, musi swój tekst przedstawić cenzurze wojskowej. Oczywiście istnieją książki i artykuły prasowe na ten temat, wszystkie pisane jednak w trybie przypuszczającym. Jeśli nikt nie będzie o tym mówił wprost, to może w końcu ludzie przestaną pytać – tak od prawie pięćdziesięciu lat wygląda oficjalna polityka atomowa Izraela.

Temat bomby izraelskiej powrócił ostatnio za sprawą bomby irańskiej. Przez cały maj na konferencji ONZ w Nowym Jorku trwały zabiegi o to, żeby i Izrael w końcu podpisał traktat o nierozprzestrzenianiu broni atomowej. Egipt i inne państwa arabskie domagają się ponadto stworzenia "strefy bez broni atomowej" na Bliskim Wschodzie, a prezydent USA Barack Obama oficjalnie popiera ten pomysł. Rośnie nacisk na rząd w Jerozolimie. Ten jednak jak zwykle się wykręca, nic nie słyszy, nic nie widzi, nic nie mówi. Bomba to w Izraelu wielki temat tabu. O tym, jak doskonale zorganizowano obchodzenie się z tym tabu, najlepiej można się przekonać w Dimonie.

Żeby dotrzeć do miasta, trzeba przebyć rozległe pustkowie. Dimona leży pośrodku pustyni. A właściwie jest pustynią: 600 metrów nad poziomem morza, 34 000 mieszkańców, długie rzędy brunatnych domów, zlewających się z brunatnym podłożem. David Ben Gurion, ojciec-założyciel państwa żydowskiego, kazał w latach pięćdziesiątych zbudować Dimonę jako ośrodek dla imigrantów. "Rozwojowe miasto", tak to kiedyś nazywano. Zbudowano fabryki tekstylne i szkoły, wytyczono ulice, dla lepszego wrażenia dodano parę fontann. Dimona ma być miastem ostentacyjnie normalnym, czemu służyć ma też partnerstwo z pięknym miasteczkiem Andernach nad Renem. Dziś mieszkają tu ci, którym nie starcza ani pieniędzy na Tel Awiw, ani pobożności na Jerozolimę: Rosjanie, Jemeńczycy i kolonia "Czarnych Hebrajczyków" z USA, którzy tu, na pustynnym odludziu, mogą praktykować poligamię. No i z pewnością mieszka tu też wiele z tych 2700 osób, które – rzecz jasna, według niepotwierdzonych doniesień – pracują ponoć w Centrum Badań Jądrowych. O bombie nikt jednak mówić nie chce. Z bombą to wszystko nie ma nic wspólnego.

Pożyteczne tabu

Jednak w tym samym czasie, kiedy budowano miasto, Ben Gurion kazał 15 km na południe od niego rozpocząć prace przy Centrum Badań Jądrowych – początkowo udającym fabrykę tekstylną. Świat miał niczego nie zauważyć, Francja w najwyższej tajemnicy pomogła w budowie 26-megawatowego reaktora, dostarczono wirówki, wzbogacano uran. Zajmowała się tym grupa młodych naukowców, pod kierunkiem młodego polityka – Szimona Peresa. Tego, który później otrzyma pokojową nagrodę Nobla. Tego, który dziś jest prezydentem Izraela, a można go nazwać "ojcem bomby".

"Byliśmy pionierami", mówi Uzi Even, który w kluczowych latach sześćdziesiątych pracował w Dimonie. Dziś ten miły profesor chemii, już siedemdziesięciolatek, siedzi w swoim gabinecie na uniwersytecie w Tel Awiwie. Na samym wstępie pyta: "Jak Pan mnie znalazł?" Trudne to wcale nie było, bo w międzyczasie był Uzi Even także politykiem. W 2002 roku wszedł do parlamentu z ramienia lewicowej partii Merec. Jako pierwszy poseł do Knessetu otwarcie przyznał się do swego homoseksualizmu, ma więc, jak się zdaje, pewne doświadczenie w przełamywaniu tabu. Mówi w każdym razie: "Ponieważ pracowałem w Dimonie, dysponuję pewną wiedzą i mam obowiązek mówienia o tym." O wszystkim co wie mówić jednak nie może. "Poruszam się po wąskiej linii pomiędzy tym do dozwolone, a tym co zabronione", mówi.

Może mówić o atmosferze tamtych czasów, o motywach, o nadziejach i obawach. "Pamięć o Holokauście była jeszcze świeża, a Izrael był fizycznie zagrożony przez swoich arabskich sąsiadów", opowiada. "Wszyscy pracowaliśmy na Pustyni Negev w przeświadczeniu, że nie wolno dopuścić do tego, aby coś takiego miało się znów zdarzyć." O dylematach moralnych nikt nie rozmyślał, "chcieliśmy zrobić coś, co zapewni nam przetrwanie." Naciski i groźby były z wszystkich stron, wspomina Uzi Even. "Wiele krajów, także USA, próbowało nas powstrzymać." Uważa, że w takiej sytuacji śluby milczenia, atomowa omertà, to było najlepsze rozwiązanie. "Jednak to, co było dla nas dobre przez 40 lat, nie musi być dobre przez następnych 40."

Jest za przerwaniem milczenia, za rezygnacją z dwuznaczności, za ujawnieniem tego, czego eksperci i tak od dawna się domyślają. Np. analitycy wojskowi z „Jane’s Defence Weekly” uznają Izrael za szóste mocarstwo atomowe na świecie. Ma ono dysponować od 100 do 300 głowicami nuklearnymi, a ponadto rakietami ziemia-ziemia typu Jericho i rakietami Cruise, które można odpalać ze zbudowanych w Niemczech okrętów podwodnych Dolphin. Even uważa, że obecnie siła cichego odstraszania tego (potencjalnego) potencjału zbrojnego już się wyczerpała, i to co najmniej od momentu, gdy w bliskowschodniej rozgrywce atomowej pojawił się nowy czynnik – czyli Iran. Ponadto reaktor w Dimonie, po ponad 40 latach pracy, jest już przestarzały i niebezpieczny. Tymczasem budowa nowego reaktora i otwarcie drogi do pokojowego wykorzystania energii nuklearnej są dla Izraela zablokowane, dopóki nie ujawni on swego programu atomowego. Even oczywiście nie chce rozbrojenia – na to sytuacja wokół Izraela jest zbyt niebezpieczna. Jego zdaniem jednak „zerwanie z polityką nuklearnej dwuznaczności może być naszym wkładem w redukcję napięć w regionie". To propozycja zwolennika pokoju, jednak profesor zdaje sobie sprawę, że: "Mój głos jest odosobniony".

 

 

Pogadajmy o Iranie

Na Danie Meridorze propozycje jakiegoś uniwersyteckiego profesora nie robią najmniejszego wrażenia. Nawet powieka mu nie drgnie, gdy z twarzą pokerzysty mówi: "To delikatna kwestia i wszystko zostanie tak, jak do tej pory". Meridor jest wicepremierem w rządzie Izraela. Oficjalnie jest "ministrem bez teki", odpowiedzialnym za wszystko, co nieoficjalne - a więc za służby specjalne i kwestię atomową.

Konferencja prasowa w Jerozolimie. Przed Meridorem pół tuzina mikrofonów. Kiedy padają pytania o traktat o nierozprzestrzenianiu broni atomowej, o strefę wolną od takiej broni czy o ewentualne naciski z Waszyngtonu, wygłasza kwestie w rodzaju: "No cóż, zainteresowane państwa od czasu do czasu poruszają ten temat. Zawsze znajdowaliśmy sposób na radzenie sobie z tym. Mam nadzieję, że i tym razem nie będzie inaczej." Kolejne pytanie, podobna odpowiedź.

Jest jednak obszar, na którym Meridor z dużą ochotą udziela informacji o broni atomowej – mianowicie wtedy, gdy chodzi o Iran. "Dobre pytanie", odpowiada z uśmiechem po niemiecku i obszernie prezentuje ustalenia tajnych służb na temat stanu irańskiego projektu. Na szpiegostwie za granicą Izraelczycy dobrze się znają, któż zresztą miałby im za złe, że wszelkimi możliwymi sposobami gromadzą informacje o działaniach Teheranu i ogłaszają je, żeby ostrzec świat. Drastyczny jest tu jednak kontrast wobec tajności w kwestiach wewnętrznych. Przekonał się o tym nieszczęsny Mordechai Vanunu, który zdobył bolesną sławę jako "atomowy szpieg".

Vanunu przez dziewięć lat pracował jako kontroler w Dimonie i w tym czasie skrycie gromadził zdjęcia i dokumenty na temat ośrodka. W połowie lat osiemdziesiątych wyjechał z tymi materiałami do Australii. Tam przeszedł na chrześcijaństwo i nawiązał kontakt z brytyjskim Sunday Times, któremu zaoferował swoje informacje. Gazeta zafundowała mu bilet do Londynu, a 5 października 1986 roku opublikowała obszerny materiał, ze zdjęciami i informacjami Vanunu, na temat programu atomowego Izraela.

Romantyczna pułapka

To wtedy świat się dowiedział, że w Dimonie produkuje się 40 kilogramów plutonu rocznie i że Izrael od połowy lat sześćdziesiątych buduje broń atomową. Kiedy wybuchała ta medialna bomba, Vanunu był już w sidłach, zastawionych przez izraelskie tajne służby. Z blond pięknością o imieniu Cindy wybrał się z Anglii na romantyczną randkę do Rzymu, skąd został porwany do Izraela. Tam czekał go proces o zdradę stanu. Wyszedł na wolność dopiero w 2004 roku, po 18 latach spędzonych w więzieniu.

Teraz można go czasem spotkać przy basenie na osiedlu Andromeda w Jaffie albo w kościele w Jerozolimie. Można sobie nawet z nim zrobić zdjęcie, na którym będzie się dzielnie uśmiechał do kamery – w końcu jako "święty Mordechai" stał się na całym świecie patronem ruchu pokojowego. Jeśli się go jednak zagadnie, narazi się go na niebezpieczeństwo. "Spotkamy się w Berlinie, nie tutaj", odpowiada. Choć wie, że nieprędko będzie mógł się tam wybrać. Zwolniono go z więzienia na bardzo surowych warunkach: nie wolno mu opuszczać kraju; nie wolno mu zbliżać się do żadnej ambasady, żadnego portu, żadnego lotniska; i nie wolno mu rozmawiać z obcokrajowcami. Mówi jeszcze tylko, że w niedzielę musi się znowu stawić w więzieniu na trzy miesiące odsiadki. W grudniu został przyłapany z cudzoziemką. Według jego adwokata to był romans. Jednak dla zdrajcy Izrael nie ma litości.

Odczuł to na własnej skórze także Avner Cohen, choć z pewnością nie jest on szpiegiem, tylko uznanym na świecie historykiem, który prowadził badania w ojczystym Izraelu i w USA na poważanych uniwersytetach. "Mój przypadek jest zupełnie inny niż Vanunu", mówi, "a jednak się boję. Mnie też grozi oskarżenie o szpiegostwo."

Avner Cohen od 20 lat prowadzi badania nad programem atomowym. Jest autorem podstawowej pozycji na ten temat: "Izrael i bomba", grubej na 470 stron naukowej książki z ponad tysiącem przypisów. Szczegółowo przedstawił w niej jak Izrael w Dimonie w latach sześćdziesiątych konstruował bombę, jak swój program atomowy maskował i go bronił przed amerykańskimi naciskami, aż prezydent USA Richard Nixon i premier Izraela Golda Meir w 1970 roku w końcu zawarli tajny układ: Waszyngton toleruje i kryje atomowe plany Izraela, dopóki nie są one oficjalne. Ten układ obowiązuje do dziś.

Świat i nauka zawdzięczają pracy Avnera Cohena wiele nowych ustaleń. Jednak ci, którzy to wszystko już wcześniej znali, zareagowali bardzo nerwowo. "W momencie, gdy zacząłem udzielać wywiadów na ten temat, ze wszystkich stron rozbrzmiały sygnały alarmowe", mówi Cohen. Mieszka w USA, choć ostatnio znów coraz częściej odwiedza Izrael. "Cały czas mam poczucie, że to jednak tu jest moje miejsce", mówi. Przez parę lat był jednak daleko, odrzucony i wykluczony.

Tajemnica słabo strzeżona

Avner Cohen siedzi w hotelu we wschodniej, arabskiej części Jerozolimy, popija colę light i opowiada o szykanach i próbach zastraszenia z takim spokojem, na jaki stać chyba tylko racjonalnych naukowców. Zaczęło się od telefonów od ludzi z Malmab. Malmab to służba bezpieczeństwa ministerstwa obrony, chyba najtajniejsza z izraelskich tajnych służb, bo to ona strzeże atomowych sekretów. Dzwoniący pytali co wie, skąd to wie i dlaczego chce to wiedzieć. Artykuł na temat programu atomowego, który chciał opublikować w Izraelu, został zablokowany przez cenzurę wojskową. Nawet zażalenie do Sądu Najwyższego nic nie pomogło. Jednak zamiast się poddać, Cohen postanowił napisać nie tylko artykuł, ale i całą książkę – i wydać ją w USA.

"Tej książki nie mogli zatrzymać", mówi, "ale mogli zatrzymać mnie". Ukazała się w 1998 roku, a on potem przez parę lat nie odważył się wrócić do ojczyzny. Ostrzegano go przed powrotem, czuł się jak na wygnaniu, aż wreszcie któregoś dnia postanowił: "Tak dalej być nie może, lecę do Izraela, muszę to załatwić." Czekali na niego już na lotnisku, przesłuchania trwały w sumie 50 godzin. Chcieli go zbadać wykrywaczem kłamstw – nie pozwolił. Chcieli przejrzeć jego archiwum w USA – do dziś uważa, że było to "żałosne". W końcu wypuścili go bez postawienia zarzutów, więc Cohen kontynuował badania. We wrześniu, oczywiście w USA, ukaże się jego nowa książka pod tytułem "Najgorzej strzeżona tajemnica". Znowu chodzi w niej o ekwilibrystykę Izraela w kwestii bomby.

Cohenem zainteresował się cały świat. Jedno mu się jednak nie udało: "Miałem nadzieję, że zapoczątkuję debatę w Izraelu. Jednak ludzie nie chcą dyskutować na ten temat." Uważa, że to groźne i ostrzega przed "czarną dziurą w demokracji". Jednak jego głos też pozostaje odosobniony. Dla rządu to wygodne, bo nie musi w kwestiach atomowych z niczego się tłumaczyć, przede wszystkim nie musi się odnosić do owych pogłosek, według których w sytuacjach kryzysowych dyskutowano o użyciu tej ostatecznej broni. Na przykład w 1973 roku, kiedy w pierwszych dniach wojny Jom Kippur istnienie Izraela było poważnie zagrożone. Albo w roku 1991, gdy można było się obawiać, że iracki dyktator Saddam Husajn odpali rakiety Scud z głowicami chemicznymi na Tel Awiw.

Strach przed nieznanym

Udowodnić niczego nie można, skoro nie da się nawet dowieść istnienia bomby. Czasem jednak wystarcza już, żeby przeciwnik takie posunięcie uważał za możliwe. "Strach przed nieznanym", mówi Ephraim Asculai, "zawsze jest większy niż strach przed tym, co znane".

Asculai wie o czym mówi, przez prawie 40 lat pracował w izraelskiej Komisji Energii Atomowej. Dbał o to, żeby Dimona pozostała pustynną tajemnicą Izraela. Dziś, w wieku 75 lat, pracuje w Tel Awiwie w Narodowym Instytucie Studiów nad Bezpieczeństwem i nie widzi żadnych powodów, by cokolwiek zmieniać w polityce dwuznaczności. "Kiedy coś nie jest popsute, nie należy tego naprawiać", uważa. A bomba, pardon, ewentualna bomba, jako środek odstraszania doskonale działa. Izrael wcale więc nie potrzebuje podkreślać, że jest mocarstwem atomowym. Wystarczy, że jego wrogowie tego się boją – i od czasu do czasu im się o tym przypomni.

Z tego punktu widzenia, w ostatecznym rozrachunku także książka Avnera Cohena, a nawet zdrada Mordechaja Vanunu przysłużyły się izraelskim interesom. Bo ta gra ma więcej niż podwójne dno. Przejrzystości trzeba za wszelką cenę zapobiegać, jednak parę nieostrych, fragmentarycznych obrazków może się bardzo przydać. Pewnie tak uznał też wojskowy cenzor w Tel Awiwie - bo przepuścił ten tekst bez żadnych zmian.

Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Mistrz efektów specjalnych. Leonardo da Vinci na dworze mediolańskich władców

Na mediolańskim dworze Sforzów odpowiadał za rozrywki: widowiska, turnieje, bankiety.

Anna Brzezińska
21.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną