Świat

Lampart w klatce

Etiopscy Żydzi dyskryminowani w Izraelu

Dyskryminacja przybyszów z Rogu Afryki jest w Izraelu zjawiskiem powszechnym. W przeszłości zamiatano ten problem pod dywan; teraz mówi się o nim coraz głośniej. Dyskryminacja przybyszów z Rogu Afryki jest w Izraelu zjawiskiem powszechnym. W przeszłości zamiatano ten problem pod dywan; teraz mówi się o nim coraz głośniej. YOSSI ZAMIR/EPA / PAP
Etiopscy Żydzi od pokoleń marzyli o Ziemi Obiecanej. Współczesny Izrael pokazał im jak najgorsze oblicze.
W Izraelu w osobnych dzielnicach, mieszka niemal 50 tys. imigrantów z Etiopii.Vadim Lavrusik/Flickr CC by 2.0 W Izraelu w osobnych dzielnicach, mieszka niemal 50 tys. imigrantów z Etiopii.
W IV w. jedynie plemiona Beta Israel nie przyjęły chrztu w Etiopii, dlatego tamtejsi chrześcijanie nazwali ich Falaszami, czyli obcymi.Stowarzyszenie Etiopskich Żydów w Izraelu/Wikipedia W IV w. jedynie plemiona Beta Israel nie przyjęły chrztu w Etiopii, dlatego tamtejsi chrześcijanie nazwali ich Falaszami, czyli obcymi.

Nie chcemy dla naszych dzieci czarnego getta” – napisali do ministerstwa edukacji mieszkańcy ubogiej dzielnicy Petach Tikwy, położonej nieopodal białego Tel Awiwu. Czarnym gettem stała się państwowa religijna szkoła podstawowa Ner Etzion, do której od lat, najpierw ku zdumieniu, potem oburzeniu rodziców, przyjmowane były tylko dzieci imigrantów z Etiopii. Demonstracje, które tam wybuchły, zostały odebrane jako krzyk drugiego już pokolenia wykluczonych i wyraz obaw, że podobny los czeka pokolenie trzecie.

Najgłośniej protestował 24-letni Mualet Dawawa, którego dziadowie przeprowadzili się z etiopskich gór Siman do Ziemi Obiecanej, o której śnili dziesiątki lat. W tej wymarzonej krainie bezrobotny wnuk marzycieli mieszka z 12-osobową rodziną i kilkuset sąsiadami takimi jak on, a jego mały synek Josi zamykany jest w szkolnym getcie.

Zdarza się, że głośne protesty odnoszą skutek. Ministerstwo edukacji przychyliło się do żądań rodziców. Szkoła Ner Etzion została zamknięta. Wtedy jednak okazało się, że żadna inna religijna szkoła w mieście „nie ma już wolnych miejsc” dla uczniów wyróżniających się ciemną skórą. Minęło kilka tygodni od rozpoczęcia roku szkolnego, a ponad setka dzieci wciąż czeka w domu na swój pierwszy dzień w klasie. Wśród nich także Josi.

„Nikt nas nie chce” – tłumaczy Dawawa reporterom telewizyjnym. „Wiem, że mój Josi lepiej mówi po amharsku niż po hebrajsku, bo w tym języku porozumiewa się z dziadkami, wiem, że nie umie budować pałaców z klocków lego, jak to robią białe maluchy, wiem, że nasze dzieci z trudem osiągają ogólnie wymagane standardy intelektualne – ale czy tak ma być już zawsze? Czy nikt nigdy nie przerwie zaklętego kręgu dyskryminacji?”.

Mualet Dawawa doskonale wie, że gdyby jego synek i koledzy synka nie wyróżniali się ciemnym kolorem skóry, miejsce w lokalnej szkole znalazłoby się natychmiast. Jednak nauczyciele obawiają się, że Etiopczycy obniżą ogólny poziom nauczania, a europejscy rodzice nie życzą sobie, aby ich dzieci kolegowały się z „przybłędami”. Urząd miejski radzi zapisać Josiego do państwowej świeckiej szkoły, odległej o kilka kilometrów od ich miejsca zamieszkania. „Władze samorządowe podstawią do waszej dyspozycji autobus, który bezpłatnie będzie woził dzieciaki”, urzędnicy zapewniają ojca rodziny.

„Nigdy nie pogodzę się z dyskryminacją na tle rasowym” – powiada na to Dawawa. „Wszyscy jesteśmy synami Abrahama, wszyscy wierzymy w tego samego Boga, wszyscy przestrzegamy nakazów świętej Tory. Nie po to setki lat cierpieliśmy i nie chcieliśmy wyrzec się wiary przodków, aby mój mały Josi uczył się teraz w świeckiej szkole”.

Nauka segregacji

Petach Tikwa nie jest wyjątkiem. W całym kraju, w osobnych dzielnicach, mieszka niemal 50 tys. imigrantów z Etiopii. Niemal wszędzie dorośli bez wykształcenia, nawet zawodowego, mają trudności ze znalezieniem pracy, która zapewniłaby jakie takie utrzymanie, a ich dzieci są skazane na wyobcowanie. Wprawdzie imigranci po raz pierwszy w życiu mieszkają w domach, w których jest elektryczność, kanalizacja, a nawet antena telewizyjna na dachu, ale wyrzuceni poza nawias za wszelką cenę pragną zachować swój tradycyjny styl życia. To ich jedyna obrona, gdy zawodzą wszelkie sposoby prawdziwej integracji. Ale i tradycyjny model pęka, pozostawiając etiopskich Izraelczyków w kompletnej alienacji.

Rodzina już tylko pozornie stanowi patriarchalną piramidę, z niepodważalnym autorytetem najstarszego wiekiem. Zderzenie cywilizacji robi swoje. Gdy wokół kipi życiem nowoczesne miasto, wali się w gruzy autorytet patriarchy – a żaden inny system wartości nie zajmuje jego miejsca. Synowie i wnuki przestają całować starca w kolana, jak to czynili przez wieki. Puszczona samopas młodzież idzie swoją drogą, nie zawsze najlepszą. Etiopskie żydówki obserwują życie Izraelek, zaglądają przez okna wystawowe do salonów urody i ku zgorszeniu mężów emancypują się. Coraz częściej interweniuje tu policja, gdy mężczyźni siłą wymuszają posłuszeństwo, a niepełnoletni o ciemnej skórze, nieznający jeszcze boisk sportowych i brutalnie wyrzucani z okolicznych dyskotek, stają się łatwym łupem narkotykowych dilerów. Przepaść pogłębia polityka edukacyjna.

Najbardziej pomysłowy okazał się dyrektor szkoły w portowym mieście Aszdod; otworzył dwie równoległe pierwsze klasy: jedną dla białych, drugą dla ciemnoskórych. Aby maluchy nie spotykały się nawet na korytarzu, nauka zaczynała się o różnych godzinach; nie było wspólnej przerwy. Urzędnicy w okręgowym inspektoracie wychowania bezradnie wzruszają ramionami: nie możemy pomóc, dyrektorzy są w swoich decyzjach suwerenni.

Partyjna sieć ortodoksyjnych szkół Agudat Israel nie szuka nawet wykrętów. Mimo że w 70 proc. dotowana jest przez państwo, nie chce nawet słyszeć o dzikusach z Afryki. „Nie będziemy ich przyjmowali, bo ich judaizm stoi pod znakiem zapytania” – twierdzą politycy stojący na czele partii zasiadającej w koalicji rządowej. Świadectwo naczelnego rabina Izraela Owadii Josefa, który w 1973 r. uznał etiopskich Żydów za pełnoprawnych członków narodu, to dla nich „bezwartościowy świstek papieru”.

 

Żyd z Afryki

Dyskryminacja przybyszów z Rogu Afryki jest zjawiskiem powszechnym. W przeszłości zamiatano ten problem pod dywan; teraz mówi się o nim coraz głośniej. Tyle tylko, że publiczne dyskusje, a nawet interpelacje poselskie, w niczym nie poprawiają ich sytuacji. 50 tys. Żydów etiopskich, którzy zawsze marzyli o osiedleniu się w ojczyźnie praojców i którzy przybyli do niej pieszo przez pustynie Abisynii i Sudanu, zostawiając po drodze ponad 4 tys. zmarłych, Ziemia Obiecana pokazała swoje najgorsze oblicze.

Wciąż niezbadane jest pochodzenie Żydów, którzy przez wieki, a może nawet tysiąclecia, zamieszkiwali w górach otaczających źródła Błękitnego Nilu. Historia etiopskiej królowej Saby, która gościła na dworze króla Salomona w Jerozolimie i urodziła mu syna Menelika, to wciąż żywa, ale nigdy historycznie niepotwierdzona legenda. Według tej opowieści, wykształcony w Izraelu Menelik wrócił na południe ówczesnej Etiopii, aby założyć tam księstwo żydowskie. Imigranci żyjący we współczesnym Izraelu często się na tę legendę powołują w dyskursie z ortodoksyjnymi rabinami, którzy wciąż nie widzą w nich prawowitych członków narodu.

Pierwsze wiarygodne źródła dotyczące afrykańskiego judaizmu pochodzą z zapisów cesarskiej dynastii Aksum, która od I do VI w. panowała na ziemiach dzisiejszej Etiopii, a w IV stuleciu przyjęła chrzest. Cały naród poszedł wówczas w ślady swoich władców – z wyjątkiem plemion Beta Israel, wyrzuconych poza nawias społeczeństwa. Etiopscy chrześcijanie nazwali ich Falaszami, czyli obcymi. Większość z nich uprawiała suchą, nieurodzajną ziemię; niektórzy byli kowalami, stolarzami lub budowniczymi glinianych chat. Często prześladowani, brani byli w niewolę i sprzedawani na targach niewolników w Egipcie.

Europejscy podróżnicy, którzy dotarli do źródeł Błękitnego Nilu i przeorali górskie krainy Sidamo, Gofa i Kefa, opisali życie i obyczaje żyjących tam w klanowych wspólnotach Falaszów. James Bros ze Szkocji (w 1772 r.) oraz francuski historyk Antoine D’Abadi (w 1845 r.) stwierdzili, że ten dziwny i oporny lud zna Stary Testament, spisany w starożytnym etiopskim języku gyyz, przestrzega sobotniego wypoczynku, święci święto Pesach, spożywa wyłącznie potrawy koszerne i poddaje noworodki ceremonii obrzezania. Ośrodkiem życia kulturalnego była w każdej wsi drewniana lub gliniana synagoga. Natomiast całkowicie odizolowani od reszty narodu żydowskiego w Ziemi Świętej i diasporze, Falaszowie nie przyswoili Talmudu i innych, nowszych ksiąg judaizmu, ponieważ nie znali aramejskiego ani hebrajskiego. Ale podobnie jak wszyscy religijni Żydzi na świecie wierzyli w przyjście Mesjasza i uważali Jerozolimę za swoją duchową stolicę.

We współczesnym Izraelu nie wyrażano chęci sprowadzenia Falaszów do kraju. Obawiano się zarówno problemu różnic cywilizacyjnych, jak i bojkotu krańcowo ortodoksyjnych, aszkenazyjskich środowisk religijnych. Jak się wkrótce miało okazać – słusznie. Dopiero rewolucja, która przekształciła cesarską Etiopię w państwo komunistyczne, z czerwonym dyktatorem, moskiewskim wasalem Mengistu Haile Mariamem na czele, wpłynęła na zmianę negatywnego podejścia do sprawy. Istniała uzasadniona obawa, że Mengistu powoła młodych Falaszów do wojska, gdzie przejdą marksistowskie pranie mózgu. Amerykańskie i francuskie organizacje religijne i syjonistyczne chciały współfinansować akcję przesiedleńczą, a prezydent George Bush senior obiecał pomoc CIA w zorganizowaniu transferu. Granice Etiopii były szczelnie zamknięte; wyprowadzenie ponad 20 tys. mężczyzn, kobiet i dzieci musiało być okryte ścisłą tajemnicą.

Mojżesz z Salomonem

Akcja Mojżesz rozpoczęła się wiosną 1984 r. i trwała niemal rok. Agenci CIA i Mosadu prowadzili Falaszów bezludnymi, pustynnymi szlakami. Piesze kolumny ludzi często padały ofiarą rabusiów; dziesiątkowały ich zakaźne choroby tropikalne. Ponad 4 tys. z nich pochowano w piaskach Etiopii. Po przekroczeniu granicy z Sudanem miesiącami czekali na dalszy transport do portów na wybrzeżu Morza Czerwonego, skąd zabierały ich statki izraelskiej marynarki wojennej. Władze sudańskie przymykały oczy, ponieważ Żydzi amerykańscy wpłacili milionowe sumy na zagraniczne konta ówczesnego prezydenta Dżafara Nimeiriego.

Również drugą falę emigracji, nazwaną Akcją Salomon, okupiono 40-milionową dolarową dotacją, wypłaconą bezpośrednio rządowi w Addis Abebie. Wkrótce po upadku czerwonego dyktatora Mengistu. W maju 1991 r., w ciągu 36 godzin, samoloty pasażerskie linii El-Al przetransportowały do Izraela ostatnich 14 tys. Falaszów. Po wylądowaniu uszczęśliwieni imigranci całowali betonową płytę lotniska im. Ben Guriona i wznosili modły dziękczynne za to, że nareszcie mogą stąpać po Ziemi Obiecanej.

20 lat później przewodniczący Izraelskiego Związku Żydów Etiopskich Ediso Masla wręczył posłom do parlamentu w Jerozolimie sprawozdanie podsumowujące dramat jego rodaków. Słowo dyskryminacja powtarza się w tym dokumencie jak mantra. „Państwo Izrael wykazało niezwykłe zdolności strategiczne, wyprowadzając nas z diaspory, ale nie znalazło w sobie ani siły moralnej, ani pomysłu organizacyjnego na naszą absorpcję w społeczeństwie” – pisał. „Chcieliście nas pozbawić naszego dziedzictwa kulturowego, chcieliście nas całkowicie zmienić, nie zmieniając siebie ani o jotę. Dlatego na zakończenie tego elaboratu nie pozostaje mi nic innego, jak zacytować proroka Jeremiasza, który wołał w XXIII rozdziale swojej Księgi: czy Etiopczyk może zmienić swoją skórę, a lampart swoje pręgi? Tak samo możecie uczynić wy, którzyście się nauczyli postępować przewrotnie... Biada tobie, Jerozolimo”.

Polityka 42.2011 (2829) z dnia 12.10.2011; Świat; s. 64
Oryginalny tytuł tekstu: "Lampart w klatce"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną