Świat

Ateista, który broni Boga

Ateista o Bogu - rozmowa z filozofem Alainem de Bottonem

Alain de Botton uważa, że religie tracą na znaczeniu w bogatych krajach – głównie z powodu rozwoju medycyny, nauki i mediów masowych. Alain de Botton uważa, że religie tracą na znaczeniu w bogatych krajach – głównie z powodu rozwoju medycyny, nauki i mediów masowych. Sam Howzit / Flickr CC by 2.0
Rozmowa ze szwajcarskim filozofem i ateistą Alainem de Bottonem o roli religii z Bogiem i bez Boga.
Świat świecki wierzy, że jeśli człowiek ma dobry pomysł, nie trzeba mu o nim przypominać. Idea wróci do niego, kiedy tylko będzie jej potrzebował - uważa Alain de Botton.Luke Macgregor/Reuters/Forum Świat świecki wierzy, że jeśli człowiek ma dobry pomysł, nie trzeba mu o nim przypominać. Idea wróci do niego, kiedy tylko będzie jej potrzebował - uważa Alain de Botton.

Aleksandra Kaniewska: W swojej najnowszej książce „Religion for atheists” twierdzi Pan, że ateiści mogą się wiele nauczyć od wierzących, bo religia zaspokaja ludzką potrzebę kontaktu, rytuału i transcendencji. Czy to nie hipokryzja: namawia Pan, żeby praktykować wiarę, ale bez Boga?
Alain de Botton
: Nie jestem hipokrytą. W tej książce przyznaję po prostu, że niemożliwa jest dla mnie wiara w Boga. Tak jak i dla wielu ateistów. A jednocześnie chcę zasugerować, że jeśli całkowicie usuniemy wiarę z życia ludzi, nie zastępując jej innym systemem wartości, narażamy się na szereg pułapek i niebezpieczeństw. Człowiek nie musi koniecznie w nie wpaść, ale one istnieją i powinniśmy być ich świadomi.

Jakie więc są te pułapki w życiu ateisty?
Po pierwsze, to zagrożenie nadmiernego indywidualizmu, który stawia człowieka w samym centrum jego wszechświata. Po drugie, istnieje niebezpieczeństwo, że ludzie mogą popaść w technologiczny perfekcjonizm, w taką butną pewność, że nauka i technologia są rozwiązaniem ich wszystkich problemów. Że jeszcze chwila i naukowcy wyleczą nas z samego bólu istnienia. Po trzecie, bez Boga, i mówię tu o Bogu pisanym dużą literą, łatwiej jest stracić dystans do historii, bo myśli się wtedy, że nasz czas współczesny jest absolutnie wszystkim, co mamy. Łatwiej też zapomnieć o ulotności dnia dzisiejszego i przestać cenić własne, drobne osiągnięcia. Co więcej, bez Boga ludzie mają tendencje do przeoczenia wagi i potrzeby empatii oraz etycznych działań.

To ciekawe. Mówi Pan jak osoba głęboko wierząca.
Ale nią nie jestem! Można przecież nie wierzyć w życiu w absolutnie nic, a wciąż być dobrym człowiekiem i żyć według moralnego kompasu. Tak samo jak można być osobą mocno religijną i jednocześnie potworem. W mojej książce o religii dla ateistów chodzi tak naprawdę o to, żebyśmy przyjrzeli się esencji tego, czego człowiek niereligijny pozbywa się ze swojego życia, kiedy wybiera drogę bez Boga. Postuluję więc – choć może Pani pomyśli, że to paradoks – żeby można było zanegować istnienie Boga, wciąż żywiąc dla niego (albo idei, jaką wyraża) szacunek, nostalgię i uwagę. Kultywujmy te dobre cechy, z którymi powiązana jest wiara, m.in. miłość, współczucie, dystans do dóbr materialnych.

A ludzie niewierzący nie znają i nie praktykują tych cech?
Ja wcale nie zaprzeczam, że społeczeństwa świeckie mają ogrom wartości, które mogą być jednocześnie sekularne i dobre. To miłość rodzinna, życzliwość wobec nieznajomych, uczciwość, sprawiedliwość, równość polityczna czy troska o otaczające nas środowisko. Problemem nie jest to, że w świeckim świecie brakuje idei i wartości, ale mechanizmów, które pilnują człowieka, żeby tych wartości przestrzegał. I tu z pomocą przychodzi religia, która uczy, w jaki sposób sprawić, żeby idee przenikały do umysłu i miały siłę sprawczą.

Zdaje się, że wiele z tych wartości poznajemy w toku wychowania i socjalizacji, nie tylko w kościele.

Tak, w teorii wszyscy wiemy, że powinniśmy być dobrzy. Gorzej z praktyką. Bo w codziennym pędzie, pełnym pokus i rozkojarzeń, po prostu o tym zapominamy. Świat świeckich praktyk myśli, że wystarczy człowiekowi powiedzieć raz: bądź dobry, pomagaj słabszym. A ten nie tylko zapamięta, ale będzie się do tych założeń stosował. Ale religie się nie zgadzają, uważając, że ludziom należy przypominać o ich powinnościach – wiele razy, nawet codziennie. Do tego służy m.in. modlitwa, msze i kazania. I to działa.

 

Życie osoby wierzącej i niewierzącej naprawdę tak bardzo się różni?
I to jak! Świat świecki wierzy, że jeśli człowiek ma dobry pomysł, nie trzeba mu o nim przypominać. Idea wróci do niego, kiedy tylko będzie jej potrzebował. Religie funkcjonują inaczej. Są konstrukcją czasoprzestrzenną, ciągłym systemem kontroli. Przecież to systemy religijne wymusiły na człowieku stworzenie kalendarza, który przypomina mu z dużą dozą regularności o pewnych ważnych konceptach. Stąd też biorą się religijne rytuały: to próby wyrazistego zaznaczenia rzeczy, o których już wiemy, ale mamy tendencję zapominać. Stąd środy popielcowe czy dni wniebowstąpienia. Warto pamiętać, że to religie dostrzegły w człowieku coś więcej niż racjonalny umysł – zauważyły, że rządzą nami emocje i fizjologia, czyli że jesteśmy kuszeni zarówno cieleśnie, jak i poprzez umysł. Tę genialną obserwację człowieczeństwa zawdzięczamy właśnie katolicyzmowi. To dlatego, jeśli chcemy zmienić czyjąś opinię, nie koncentrujemy się tylko na tej opinii, ale na ich całym człowieku i jego osobowości.

Pana pomysł stworzenia religii dla niewierzących nie spotkał się z ich ciepłym przyjęciem. Pan odpowiada nazywając podejście Richarda Dawkinsa „destruktywnym”.
Bo nie zgadzam się na ośmieszanie wszystkich założeń religijności, od początku do końca. Ja widzę w niej też szanse i wartości, które mogą się przydać także niewierzącym. Jestem ateistą, ale takim z natury delikatnym. Nie czuję potrzeby, żeby kpić z tych, którzy wierzą w Boga, jakikolwiek to jest Bóg. Tu silnie nie zgadzam się z twardogłowymi ateistami, którzy każdą religię uważają za wyssaną z palca bajkę. Sam nie wierzę w aspekt ponadnaturalny wiary, ale szanuję jej założenia. Pewnie może mnie Pani uznać za jednostkę dość dziwną: jednocześnie jestem pełen poszanowania i kompletnie bezbożny.

Ma Pan jakieś doświadczenia religijne?
Lubię ceremonie zen w wykonaniu buddystów, zwłaszcza tsukimi, japoński zwyczaj obserwacji księżyca, celebrowany jesienią. Takie wspólnotowe przeżywanie zachwytu zamienia wszystkich w dzieci. Zresztą, punktem startowym każdej religii jest założenie, że jesteśmy dziećmi i dlatego potrzebujemy pomocy i wyznaczenia kierunku. Takie podejście oburza świat świecki. Nie rozumiem dlaczego!

Bo dorośli chcą być traktowani jak dorośli?
Ale żeby być dorosłym, trzeba najpierw dorosnąć. Fizycznie, mentalnie, duchowo. Ateizm nienawidzi dydaktyzmu, brzydzi go idea poszukiwania mentorów i moralnej instrukcji. A przecież wszyscy na początku byliśmy dziećmi. I częściowo na zawsze zostajemy dużymi dziećmi, które potrzebują ciągłego przypominania, jak żyć. Mentoringu boi się też nowoczesny system edukacji. Jest taki trend, żeby traktować wszystkich poważnie, racjonalnie, rozsądnie, trzymać w pełnej kontroli. Tak naprawdę, jesteśmy jednak dużo bardziej zdesperowani niż rozpoznają to instytucje edukacyjne. Świat znalazł się na krawędzi, a razem z nim ludzie – spanikowani, przerażeni. I religie to nasze rozedrganie rozpoznają i mają na nie odpowiedź.

Dają ukojenie. Pewnie Marks by się z Panem zgodził.
Bo religie to tak naprawdę wielkie maszyny do wizualizacji pewnych idei: dobra, śmierci, rodziny, wspólnoty. Niektórym wydaje się, że to rola dla artystów i postaci świata kultury. I częściowo tak jest. Ale religia jest taką większą, strukturalną odpowiedzią na lęki społeczeństwa. Dla mnie, badacza i obserwatora naszego świata społecznego, to fascynujące, że kościoły pełnią rolę instytucji i organizacji. Albo inaczej: że to wielkie maszyny zarządzające życiem wewnętrznym człowieka. Uważam, że trzeba stworzyć podobny system wartości i rytuałów dla ateistów.

 

Pana propozycja to budowa w Londynie Świątyni Ateizmu, odpowiednika chrześcijańskiego kościoła, gdzie zamiast Boga ludzie będą „celebrować życie na Ziemi”. Tyle to kontrowersyjne, co kosztowne.
Kościoły buduje się na cześć Jezusa, Maryi czy Buddy, ale tak naprawdę można by zbudować świątynię czegokolwiek, co jest pozytywne i niesie dobro. Dlaczego nie mielibyśmy mieć kościoła miłość, przyjaźni, spokoju?

Nie wiem. Dlaczego?
Niestety, ludzie tacy jak Richard Dawkins i Christopher Hitchens stworzyli ateizm jako filozofię agresji. Ale jest też wiele osób takich jak ja – niewierzących, ale szanujących religijność. Ludzkość jest w takim momencie, że nie pora na pełne frazesów dyskusje o tym, czy Bóg istnieje czy nie.

Mówi Pan o niedawnej dyskusji Dawkinsa z anglikańskim arcybiskupem Canterbury, Rowanem Williamsem?
Dla mnie tego rodzaje spotkania to cyrk. Dzisiaj, w XXI wieku, zamiast spierać się o marchewkę, trzeba zadawać sobie pytania: jak mamy dobrze i szczęśliwie żyć w społeczeństwie postreligijnym? Minęły już czasy guru i inspirujących liderów. Żyjemy w strukturze Wikipedii – wszystko da się samemu sprawdzić, zgłębić, poznać. Oznacza to, że każdy może przyjrzeć się jakiejś religii, zobaczyć, o co w niej chodzi i wybrać coś dla siebie. Mimo tego, zbawienie pojedynczej duszy to poważne wyzwanie dla współczesnego świata. Zwłaszcza jeśli odrzucimy ideę istnienia Boga. Ateiści nie mają instytucji, które zajęłyby się ich lękiem istnienia. W zachodnim świecie problemy materialne, przynajmniej większość, rozwiązał kapitalizm. A kto się zajmie targaną sprzecznościami duszą? Przecież nie rządy!

Nawołując do stworzenia podstaw „religii ateistycznej”, w pewnym sensie przypomina Pan ludziom, że potrzebują więcej niż tylko zaspokojenia potrzeb materialnych, czyli transcendencji, duchowości. A tymczasem Europa staje się coraz bardziej świecka. Nawet w Polsce odbywa się teraz coś na kształt rewolucji światopoglądowej.
Religie tracą na znaczeniu w bogatych krajach – głównie z powodu rozwoju medycyny, nauki i mediów masowych. Zawsze w społeczeństwach pozostaną ludzie religijni, ale prawdopodobnie będzie ich coraz mniej. To dlatego napisałem tę książkę. Żeby pokazać, że istnieje jeszcze inna droga. Że możemy wypełnić sekularny świat współczesny mądrymi i ważnymi lekcjami ze świata religii. Może to wyglądać tak, jakbym bronił istnienia Boga. Ale ja naprawdę jestem tylko filozofem-ateistą.

Alain de Botton: szwajcarski filozof, pisarz i przedsiębiorca, założyciel londyńskiej Szkoły Życia, autor wielu książek popularyzujących filozofię dnia codziennego, m.in. bestsellera „O pocieszeniu, jakie daje filozofia” (wydana niedawno w Polsce) czy „Architektury szczęścia”. Właśnie ukazała się jego najnowsza książka „Religion for Atheists” (2012).

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną