Świat

Rewolucja pożera kobiety

Al Jazeera English / Flickr CC by SA
Ten obraz obiegł cały świat: młoda, bezbronna demonstrantka leży w Kairze na ziemi, a żołnierze kopią ją, zrywają z niej ubranie, widać jej niebieski biustonosz. Kim jest ta kobieta? Kim są dzielne dziewczyny z Placu Tahrir – i czy w nowym Egipcie mają jakąś szansę?
Artykuł pochodzi z  20 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 14 maja 2012 r.Polityka Artykuł pochodzi z 20 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 14 maja 2012 r.

Leży na asfalcie Palcu Tahrir. Na jej nagie plecy spadają uderzenia pałek. Kuli sie pod ciosami żołnierzy. Próbuje odpychać ich nogami. Aż jeden z żandarmów kopie ją ciężkim, wojskowym butem w twarz. Potem zadzierają jej na głowę długą, czarną opończę. Podciągają jej do góry koszulę, widać jej niebieski biustonosz. Jeden z oprawców staje nad nią w rozkroku i skacze jej na klatkę piersiową. Głowa jej się gwałtownie przechyla, ciało uderza o asfalt. Jeden z żandarmów przykrywą ją jej opończą, tak, jakby była martwa.

Cała scena trwa minutę i 24 sekundy, znalazła się na tysiącach profili w Facebooku, setki tysięcy razy odtwarzano ją na YouTube, wydrukowano na stronach tytułowych gazet na całym świecie. Wstrząsający obraz odwagi i cierpienia egipskiej rewolucji: publicznie maltretowana kobieta – upokarzana nie przez dawny reżim Mubaraka, tylko przez żandarmerię nowych władz wojskowych. Ta "dziewczyna w niebieskim biustonoszu" już dawno stała się w Egipcie symbolem. Dla jednych – odwagi, dla drugich – zepsucia.

Parę tygodni po całym zajściu młoda aktywistka Hadir Faruk siedzi w Kairze przy swoim laptopie i odtwarza raz za razem brutalną scenę, tak jakby ciągle jeszcze nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Wtedy, 17. grudnia 2011 roku, Hadir była na Placu Tahrir, stała niedaleko tamtej dziewczyny. Hadir Faruk nazywa ją Szaima. Parę godzin przed dramatyczną eskalacją były razem. "Szaima, ja i wiele innych kobiet stałyśmy na pierwszej linii frontu naprzeciwko żołnierzy", opowiada Hadir. Mundurowi bili pałkami, ostrzeliwali gumowymi kulami i gazem łzawiącym, próbowali je zastraszyć. Przede wszystkim uwzięli się na Szaimę. "Wracaj lepiej do swego przytulnego domku, do rodziców", drwili żandarmi. A potem, opowiada Hadir Faruk, pokazali jej jak bezwzględne potrafią być nowe władze.

Taki jest Egipt rok po rewolucji: bicie i upokarzanie, powstanie kobiet i ich poniżanie przez brutalnych mężczyzn. W rocznicę rewolucji znów tysiące kobiet stały na Placu Tahrir i domagały się wolności. Tysiące wzywały w internecie do oporu. Jednak dla wielu komentatorów na Zachodzie kobiety już dawno w tej rewolucji przegrały: 98 procent posłów nowo wybranego parlamentu to mężczyźni, tylko 2 procent to kobiety. Bractwo Muzułmańskie ma najsilniejszą frakcję w parlamencie, islamiści dominują w debatach, a policjanci na ulicach. Oprawcy z Tahriru nie stanęli przed sądem. Dziewczyna w niebieskim biustonoszu zniknęła bez śladu i nikt nie wie czy w ogóle jeszcze żyje. W Kairze przypisują jej różne imiona. Ale gdzie ona jest? Co oznacza jej zniknięcie? Czy jej cierpienie oznacza też koniec kobiecego powstania?

Poszukiwania w Kairze zaczynamy od Hadir Faruk, aktywistki, która twierdzi, że zna dziewczynę w niebieskim biustonoszu. Szaima, tak jak ona sama, jest bojowniczką, mówi Hadir. Spotykamy się w starej siedzibie socjalistycznej partii Tagammu, gdzie Hadir często uczestniczy w dyskusjach. Galerie i werandy, zdobiące salę flagi, drewniana podłoga, dym papierosów. Wokół 32-letniej Hadir tłoczą się starsi mężczyźni, spychają ją na bok i mówią bez ustanku. To socjaliści, którzy nie bardzo potrafią zrozumieć, dlaczego zagraniczni reporterzy tak bardzo interesują się tą niską kobietą w czarnej chuście, a nie ich odwieczną walką o większą sprawiedliwość społeczną.

Kto nie zna tego egipskiego paternalizmu, ten nie zrozumie o co chodzi w rewolucji kobiet. Wielkiej dyskryminacji płciowej uprawianej przez reżim Mabaraka towarzyszyło w życiu codziennym pouczanie na każdym kroku kobiet przez mężczyzn. Hadir Faruk należy do tego pokolenia kobiet, którym rodzice na niewiele pozwalali, a dużo nakazywali. "A chłopakom zawsze wszystko było wolno!" Jeszcze dziś aż czerwienieje z oburzenia, kiedy o tym opowiada. Dokładnie pamięta pewną uroczystość w przedszkolu. Chciała tańczyć. Na to wstał jeden jej młodszy kuzyn i nakrzyczał na nią: "Nie wolno ci!" Usiadła, a on tańczył. Dorośli tylko patrzyli i uważali, że wszystko jest jak należy.

"Te doświadczenia uczyniły mnie silną i upartą", mówi Hadir Faruk. W życiu chodzi jej teraz o to, by nie dać sobą pomiatać. Przede wszystkim nie przez wojsko, które próbuje przepędzić kobiety z ulic. Rok temu była wśród pierwszych demonstrantów protestujących przeciw Mubarakowi. Kiedy zaczęły się protesty, poszukała dla swoich dzieci opiekunki. Następnego dnia stała już w chmurach gazu łzawiącego. To był trudny rok dla jej rodziny. Jej mąż, inżynier, walczył przeciw reżimowi w "Ruchu 6. Kwietnia". Ona była z lewicą. Widywali się na Placu Tahrir. We wrześniu ich małżeństwo się rozpadło, dzieci wylądowały u babci. Mimo to Hadir Faruk mówi: "Taką szansę dostaje się tylko raz w życiu".

Rewolucja jest rodzaju żeńskiego

Na to wygląda – choć powstania kobiet mają w Egipcie pewną tradycję. Przekonały się o tym brytyjskie władze kolonialne, kiedy wiosną 1919 roku powstali przeciw nim Egipcjanie. W masowych pochodach ulicami egipskich miast szły patriotycznie nastawione kobiety, ubrane w czarne długie płaszcze, z twarzami zasłoniętymi białymi chustami. W rewolucji roku 1919 kobiety, w tym pierwsze feministki, odegrały zauważalną rolę. Dla Brytyjczyków było to równie kłopotliwie jak teraz dla egipskiego wojska: publiczne bicie kobiet wywołuje większe oburzenie, niż stosowanie przemocy wobec mężczyzn. Także w latach pięćdziesiątych, po puczu przeciwko królowi Farukowi, kobiety wyszły na ulice. Domagały sie wtedy równouprawnienia i sprawiedliwości społecznej. Nawal al-Saadawi, słynna egipska feministka, mówi: "Obnażyłyśmy powiązania patriarchatu z kapitalizmem". Młoda socjalistka Hadir Faruk stwierdza: "Po arabsku rewolucja jest rodzaju żeńskiego!"

Żandarmi na Placu Tahrir to zrozumieli. Dla nich kobiety takiej jak Hadir Faruk to najgroźniejsi przeciwnicy. Tego samego grudniowego dnia, gdy pobito dziewczynę w niebieskim biustonoszu, aresztowano też Hadir Faruk. Zawleczono ją do pustego budynku parlamentu, tam, gdzie w ubiegłym tygodniu wyłonieni w wolnych wyborach posłowie uroczyście odbyli pierwsze posiedzenie. Żołnierze wyzywali Hadir, obmacywali ją. "Mocno trzymałam moje spodnie, a oni bili po głowie", opowiada. Żołnierze poprowadzili ją długim, wąskim korytarzem, pełnym ludzi. Było tam głośno, śmierdziało, nie było czym oddychać. "Odchodziłam od zmysłów ze strachu", opowiada, "ale widziałam wszystko bardzo trzeźwo". Widziała dziewczyny z zawiązanymi oczami kucające na podłodze, chłopaka maltretowanego kijem w jednym z bocznych pomieszczeń, na podłodze koło niego widziała wymiociny. Na końcu korytarza wepchnięto ją do jakiegoś pomieszczenia. Drzwi się zamknęły, przed nią stał policjant z żelaznym prętem. "Miał na twarzy wypisaną zemstę", opowiada Hadir Faruk. Bił ją przez długie minuty. Krzyczała, zasłaniała się ramionami. Potem w szpitalu dowiedziała się od lekarzy, że policjant kompletnie pogruchotał jej kości przedramienia.

Mniej więcej w tym samym czasie na asfalcie Placu Tahrir kuliła się dziewczyna w niebieskim biustonoszu. Kiedy podbiegła do niej z pomocą kobieta w czerwonym swetrze, lekarka, też została skopana i pobita. Dokumentują to krążące w internecie filmy. Żaden prokurator nie zajął się sprawcami. Nikt nie został ukarany.

W międzyczasie ślady po zajściach na Palcu Tahrir i w parlamencie usunięto. Przed inauguracyjnym posiedzeniem salą plenarną zajęły się ekipy sprzątające. Na Placu Tahrir nic nie wyróżnia miejsca, w którym maltretowano nieznaną dziewczynę, nie ma żadnych kwiatów, żadnej tablicy. Musiała leżeć gdzieś na ulicy pomiędzy Muzeum Egipskim a gmachem Ligii Arabskiej, w miejscu, prze które teraz codziennie przejeżdżają tysiące samochodów.

Wiatr roznosi śmieci po placu, w powietrzu czuć woń benzyny, popcornu i patatów sprzedawanych obok stoiska z egipskimi flagami i rewolucyjnymi gadżetami. Jest głośno, bardzo głośno. Tylko o dziewczynie, którą aktywistka Hadir Faruk nazywa Szaimą, nic nie słychać. Czy jeszcze żyje? Ukryła się? Została aresztowana? Hadir Faruk nie wie.

Kiedy pytamy w egipskich organizacjach kobiecych, odsyłają nas od jednej aktywistki do drugiej, do dziewczyn, które twierdzą, że z nią studiowały. Gdzie jest teraz? Wzruszenie ramion. Może zmarła na skutek obrażeń? Większość przecząco kręci głowami. W szpitalach też nie ma śladu. Egipska armia i wymiar sprawiedliwości nie publikują liczb aresztowanych, nie podają ich nazwisk. Gdziekolwiek teraz przebywa, dziewczyna, która być może nazywa się Szaima milczy.

 

Przeciwnicy liczni i potężni

Hadir Faruk za to robi wiele hałasu. Domaga się od prokuratury działań, przeciwko żołnierzowi, który ją pobił, przeciwko szpitalowi, gdzie źle jej poskładano ramię, przeciwko Radzie Wojskowej, przeciwko egipskiemu państwu. Nawet z poparciem organizacji kobiecych wymaga to wielkiej odwagi. Hadir Faruk szuka rozgłosu, atakuje i wystawia się na ataki. Przeciwników ma licznych i potężnych.

Przeciwnicy kobiecej rewolucji wywodzą się z armii i z obozu islamistycznej prawicy, przede wszystkim jednak znaleźć ich można na ulicy: to zwykli egipscy obywatele, na przykład ci, co mieszkają na Abbasiji, w kairskiej dzielnicy klasy średniej. Skrzyżowanie w pobliżu siedziby Rady Wojskowej stało się miejscem zgromadzeń dla tego innego, antyrewolucyjnego Egiptu. Kobiety takie jak Hadir Faruk i demonstranci z Palcu Tahrir nie są tu mile widziani. Umm Ahmed, "matka Ahmeda", która nie chce podać swojego prawdziwego imienia, winą za brutalne pałowanie przez wojsko obarcza nieposłuszne kobiety. A dziewczyna w niebieskim biustonoszu, którą kopano, choć bezbronna leżała na ziemi? "Gdyby się przyzwoicie ubrała, nigdy by do tego nie doszło." Umm Ahmed na ulicę wychodzi tylko w chustce na głowie i długiej opończy. "Kto pod wierzchnim ubraniem nosi tylko biustonosz?", pyta. "I w ogóle czego ta dziewczyna szukała na Placu Tahrir?" Umm Ahmed wypluwa słowa pełne pogardy. Stojący wkoło potakują. Mieszkańcy Abbasiji, ta konserwatywna, milcząca większość, uważają, że stare dobre porządki są zagrożone.

Większość Egipcjan od początku była sceptycznie nastawiona wobec rewolucyjnej młodzieży. Zmieniło się to tylko na chwilę, kiedy w lutym 2011 obalono Mubaraka i cały świat z uznaniem wyrażał się o egipskiej młodzieży. Wówczas konserwatywna większość fetowała "swoich" bohaterów. Kiedy jednak aktywiści zaczęli krytykować wojsko, poparcie się skończyło. Konserwatyści tęsknili za stabilnością. A tę obiecywała armia. Utrzymanie porządku w rodzinie i emancypacja kobiet – te dwie rzeczy są w opinii konserwatystów nie do pogodzenia. Szczególnie oburzało ich to, że demonstranci na Placu Tahrir nocowali. Aktywiści obok aktywistek. Tam mogło do wszystkiego dochodzić!

"Przyzwoici ludzie rewolucję by robili za dnia. Dziewczynom by w ogóle do głowy nie przyszło, żeby spać poza domem", mówi Mustafa Abdel Wardith. Jest redaktorem w dziale kulturalnym państwowej gazety Al-Ahram, która przed rewolucją była tubą reżimu Mubaraka. Wardith też stoi w rozgorączkowanym tłumie na skrzyżowaniu na Abbasiji. Dziennikarz oburza się, że aktywiści poprzekręcali prawdę o dziewczynie w niebieskim biustonoszu. "Słyszałem, że w rzeczywistości to ta dziewczyna zaatakowała żołnierzy. Kiedy potem uciekała, potknęła się, a opończę zerwało jej paru jej przyjaciół, kiedy próbowali ją ściągnąć z asfaltu. Żołnierze pośpieszyli jej z pomocą, chcieli okryć jej nagość. Źle się dzieje, kiedy tak się manipuluje prawdą", mówi. Czy widział wideo z tego zajścia na You Tube? "Nie, nie widziałem", mówi Wardith. Ale i tak jest pewny swego.

Tak jak Wardith myśli wielu Egipcjan: to dziewczyna jest winna. Armia jest niewinna. Filmu nie chcą oglądać. No bo jak potem mieliby wierzyć w to, w co tak chcą wierzyć?

Na tej powszechnej ignorancji zyskuje przede wszystkim armia. Faktyczny władca Egiptu, marszałek polny Mohammed Tantawi, robi wszystko co w jego mocy dla utrwalenia legendy nieskalanych żołnierzy. Były prezydent USA Jimmy Carter odwiedził go i zapytał, co żołnierze zrobili z dziewczyną w niebieskim biustonoszu. "Powiedział mi, że krążące w internecie filmy pokazujące wojsko atakujące demonstrantów, w tym dziewczynę w niebieskim biustonoszu, to wszystko fałszywki. Powiedział, że tak naprawdę to żołnierze tej kobiecie pomogli się ubrać."

Absurdalne wyjaśnienie w obliczu nagrania, które dziennikarze i politycy na całym świecie uznają za autentyczne. Ale przeciwnicy powstania kobiet z ochotę się tej wykładni chwytają. Pomaga to odciągnąć uwagę od poruszających ujęć, na których widać jak policyjne wozy umyślnie rozjeżdżają demonstrantów. Ujęć żołnierzy polujących na koptów. Bijących kobiety pałkami i metalowymi prętami. Strzelających na oślep w tłum. Dziennikarze z wiernych armii mediów pytają potem: "A czy amerykańska policja była lepsza, kiedy rozpędzała demonstracje ruchu Occupy Wall Street?" Najchętniej podaje się jednak takie wyjaśnienie: żandarmeria wojskowa jedynie rozprawiała się z "bandami chuliganów". Co należy rozumieć: "Oberwali ci, którym się należało!"

Zniszczone iluzje

To, o czym publicznie opowiadają demonstranci w ogóle nie pasuje do tworzonej przez armię legendy. Dwie młode kobiety w chustach w połowie marca ubiegłego roku wystąpiły na konferencji prasowej i opowiedziały, co je spotkało, kiedy zostały kilka dni wcześniej aresztowane. Wojskowy w lekarskim kitlu wkładał im palec do pochwy, żeby sprawdzić czy są jeszcze dziewicami. Dowództwu armii początkowo jeszcze udało się przedstawić te kobiety jako kłamczuchy, jednak sprawa "testu dziewictwa" ciągnęła się za generałami. Dwa miesiące później pewien oficer powiedział reporterce CNN Szahirze Amin, że takie testy faktycznie miały miejsce. "Musi Pani rozumieć, te dziewczyny nie są takie jak Pani czy moje córki. One nocowały razem z mężczyznami", cytowała go Amin. Czyżby nowi władcy byli równie brutalnie jak stary reżim? W chaosie starć i kobiecych protestów na Placu Tahrir, w sytuacji narastającego kryzysu gospodarczego, wielu konserwatywnych Egipcjan chciałoby zachować przynajmniej dobry obraz armii, ostatniej ostoi starego porządku. Z nienawiścią patrzą na aktywistów, którzy ich iluzję niszczą. Jedna z ofiar testów na dziewictwo, Samira Ibrahim, odważyła się jako pierwsza kobieta wytoczyć sprawę armii. Sąd administracyjny przyznał jej rację. Teraz sprawa trafiła do trybunału wojskowego, który nawet przyjął ją do rozpatrzenia. Publiczny rozgłos zmusił dowództwo armii do zajęcia się sprawą na poważnie. To ośmiela też inne kobiety do składania pozwów.

Ale skąd się w ogóle wziął pomysł testów dziewictwa? Magda al-Adly z kairskiego Centrum Nadeem, które pomaga ofiarom przemocy, dostrzega tu pokrętną logikę konserwatywnych Egipcjan: "Żołnierze, tak jak wielu innych w Egipcie, myśleli, że kobiety były na Tahrirze nie z przyczyn politycznych, tylko ze względu na mężczyzn, z którymi spały. No bo cóż innego by miały robić młode kobiety bez nadzoru rodziców?", pyta sarkastycznie. Kto tak myśli, obawia się też pewnie, że dziewczyny po aresztowaniu mogłyby twierdzić, że zostały zgwałcone przez oficerów. "Jakiś generał o takim światopoglądzie mógł wpaść na pomysł, żeby sprawdzać, czy te kobiety w chwili aresztowania były jeszcze dziewicami", mówi Al-Adly. W końcu chodziło przecież o obronę "dobrego imienia armii".

Jednak nie tylko o chronienie własnej reputacji tu chodzi. Al-tacharusch al-ginsi – molestowanie seksualne – od dziesięcioleci stosuje się w Egipcie do zastraszania opozycjonistek, wyzwolonych kobiet i wszystkich tych, które nie podobają się państwu. Także na ulicach przemoc wobec kobiet jest na porządku dziennym. Według ankiety przeprowadzonej przez organizację obrony praw człowieka Egyptian Center for Women’s Rights, 83 procent Egipcjanek padło ofiarą napaści seksualnych. Sprawcy to zwykle mężczyźni z niższych warstw społecznych, którzy wyładowują swoje frustracje; najchętniej na dziewczynach z warstw wyższych. Wyraz obrzydzenia na twarzy ofiary to ich triumf. Policja i wojsko robią z tego użytek w polityce. Policjanci w cywilu często mieszają się z demonstrantami na Placu Tahrir i w tłoku wkładają kobietom ręce do majtek albo zrywają z nich ubranie. Cel: kobiety mają siedzieć w domu, z mężem albo rodzicami, mają zniknąć z przestrzeni publicznej, nie zajmować się polityką. Wiele rodzin tego przestrzega, choćby po to, żeby uchronić swe córki przed przemocą ze strony policji, a jednocześnie żeby chronić honoru ojców: Rewolucja? Przecież to niemoralne!

Ekstremalnie konserwatywną wizję kobiety podziela większość Egipcjan – w tym i generałowie – a ma ona swoje korzenie w tradycjach tego kraju. Odgrywa tu swoją rolę także strona religijna. Tu przede wszystkim liczą się salafici, którzy Koran i jego nakazy interpretują szczególnie surowo: kobieta jest podporządkowana mężczyźnie. Przez całą dobę salaficcy kaznodzieje na satelitarnych kanałach udzielają porad w sprawach małżeńskich i rodzinnych. Jeszcze stary reżim Hosniego Mubaraka przyznał im licencje na nadawanie i finansował ich, bo uważał, że interesuje ich tylko sfera prywatna. Salaficie głosili, że lepszy niesprawiedliwy władca od chaosu rewolucji.

A teraz, po upadku Mubaraka, salafici nagle założyli partie polityczne i musieli nawet – ze względu na ordynację wyborczą – wystawić kandydatki do parlamentu. Był z tym duży problem, bo niektórzy salaficcy kaznodzieje zabraniają kobietom publicznego pokazywania twarzy. Rzecznik salafickiej "Partii Światła" tłumaczy, jak sobie z tym problemem poradzono: "Zostawiliśmy naszym kandydatkom wolny wybór, czy pokażą twarz na plakacie wyborczym, czy wolą ją zastąpić kwiatkiem albo portretem męża." Większość kandydatek wybrała różę. Zdobywszy 22 procent głosów "Partia Światła" będzie odgrywać w nowym parlamencie istotna rolę – w odróżnieniu od kobiet. W nowym zgromadzeniu znalazło się tylko 12 kobiet – mniej niż za czasów Mubaraka. Żadna z salafickich kandydatek nie weszła do parlamentu.

Czy przeciwnikom emancypacji uda się kobiety zniechęcić? Może rewolucja już nie jest rodzaju żeńskiego?

Dla salafitów i konserwatywnych generałów już samo istnienie kogoś takiego jak Hebba Kotb to prowokacja. Na sam dźwięk jej nazwiska wielu Egipcjan się rumieni. Ta czterdziestoczterolatka, z beżową chustą na głowie, to pierwsza w Egipcie kobieta prowadząca program telewizyjny z poradami seksualnymi. W nadawanych na żywo programach opowiada o masturbacji, orgazmie i islamie. Jest lekarką, dyplomowaną seksuolożką, ale i wierzącą muzułmanką. Chce przełamać tradycję, która rolę kobiety redukuje do zajmowania się domem, dziećmi i spełniania obowiązków małżeńskich. Mówi, że w rewolucyjnym roku 2011 coś się zmieniło w relacjach między płciami. "Mężczyźni bardziej interesują się potrzebami kobiet", opowiada. Wynika to m.in. z tego, że mężczyźni zobaczyli jak wiele kobiet wystąpiło domagając się swoich praw. Kotb propaguje rewolucję seksualną, która ma się ściśle ograniczyć do małżeńskiego łoża. Ludzi trzeba powstrzymywać od łamania nakazów islamu. Nie powinni dopuszczać się zdrad małżeńskich. Dlatego Kotb chce im pomagać w poprawianiu jakości seksu małżeńskiego. Zarzut przeciwników rewolucji, że w namiotach na Placu Tahrir działo się coś niemoralnego, uważa za absurdalny. Była tam ze swoimi trzema córkami. Seks? "Ale przecież nie na Tahrirze!"

W jednym z tamtych namiotów nocowała Iman Mohammed, lat 22. Teraz siedzi w jednej z modnych kawiarni przy Placu Tahrir, parę kroków od tego kawałka asfaltu, na którym pobito dziewczynę w niebieskim biustonoszu. Nosi długą opończę i chustę, która zakrywa jej prawie całe czoło. Ona też mówi, że zna z demonstracji dziewczynę w niebieskim biustonoszu i może o niej opowiedzieć. Iman jest jedną z wielu córek pobożnych rodzin, które przyłączyły się do powstania. "Jestem ichwania – siostrą muzułmanką", mówi. Tu też przeciwnicy kobiecych protestów nie mają racji: bunt nie ogranicza się tylko do kobiet o poglądach liberalnych, lewicowych i feministycznych.

"Islam nie zabrania kobietom zajmowania się polityką. Wręcz przeciwnie", mówi Iman. Ta studenta informatyki była – tak jak jej rodzice i dziadkowie – członkinią Bractwa Muzułmańskiego. I pewnie byłaby nią dalej, gdyby nie nadeszła rewolucja. Ta przyniosła jej nową partię – i narzeczonego. Latem Iman ostatecznie zerwała z Bractwem i uczestniczyła w zakładaniu nowej, umiarkowanie islamistycznej partii.

 

Żadnych więcej rozkazów

Rewolucja przyniosła jej coś jeszcze – Mohammeda. "Poznałam go, bo na mnie nawrzeszczał." Stała w pierwszym szeregu demonstrantów, tuż przed policyjnymi pałkami. Nakrzyczał na nią, że to niej jest miejsce dla dziewczyn. "Odkrzyknęłam mu, że mam takie samo prawo tu stać, jak każdy mężczyzna", opowiada. Mohammed zamilkł. Po obaleniu Mubaraka oświadczył jej się. Ona się jednak wahała. Mówi: "Lubiłam go, ale podczas tych dni na Placu Tahrir traktował mnie z góry – typowy egipski mężczyzna." A ona nie chciała już słuchać rozkazów, niczyich, nigdzie.

Jej rosnąca pewność siebie wpłynęła też na Mohammeda. W trakcie rewolucji zmieniał się. "Teraz moje opinie bierze bardziej poważnie i dużo dyskutujemy", opowiada. Taką zmianę zaobserwowała też u innych mężczyzn. "Tu się właśnie odbywa przeorientowanie ról obu płci."

Iman boli to, że wielu Egipcjan nie chce tego przełomu dostrzec. "To okropne, jak źle o nas myśli większość ludzi", mówi z zadumą. Przypadek maltretowanej dziewczyny w niebieskim biustonoszu jest szczególnie ekstremalny. "Ten uwłaczający sposób, w jaki ludzie na ulicy o niej mówią, to najgorsze z czym się zetknęłam w roku rewolucji", mówi. Oskarżenia, że to ona zaatakowała policjantów, że źle się prowadziła, że miała pod opończą tylko biustonosz: "Same kłamstwa! Miała na sobie jeszcze T-shirt, który żołnierze też jej zadarli do góry." Ta dziewczyna to 20-letnia studentka inżynierii na Uniwersytecie Niemieckim w Kairze. Też kiedyś należała do Bractwa Muzułmańskiego. Iman mówi, że zna dziewczynę w niebieskim biustonoszu, ale nie jako Szaimę, naprawdę ma na imię Arwa. Czy chodzi o tę samą osobę? W opisie wszystko się zgadza: miejsce, dzień, podciągnięta opończa, bicie, biustonosz. Kogo w takim w razie widać na filmie: Szaimę czy Arwę? Według Iman Arwa nie zniknęła, tylko wróciła na uniwersytet: "Udało się jej to jednak tylko dlatego, że nikt nie wie, że to ona".

Może zresztą nikt po prostu nie wie dokładnie, kim jest naprawdę dziewczyna w niebieskim biustonoszu. Może nosi jeszcze inne imię. Na uniwersytecie nikt nie potrafi pomóc. Samo imię nie wystarczy do identyfikacji, tym bardziej, że nawet ono nie jest pewne. Nikt nie zna jej twarzy, bo na filmie jej nie widać. Zasłania ją czarna opończa, podciągnięta do góry przez żołnierzy. Ironia losu polega na tym, że dziewczyna miała szczęście, że naciągnięto jej ubranie na twarz: zapewne może teraz, nierozpoznana, prowadzić normalne życie. Inaczej dalej by cierpiała. Jedni wytykaliby ją palcami, inni traktowali jako symbol kobiecych cierpień podczas rewolucji. Dlatego, mówi Iman, nikomu nie udało sie jej przekonać, żeby poszła do sądu i publicznie dalej walczyła.

Iman jest łatwiej. Na drugi rok egipskiej rewolucji postawiła sobie dwa cele: walczyć i wyjść za mąż. W listopadzie zaręczyła się z Mohammedem. Na ślub oboje jednak nie mają w tej chwili czasu. Rewolucja dalej się toczy. Iman marzy o założeniu firmy medialnej. Do tego dochodzi praca w nowej partii, która jednak nie weszła do parlamentu. Innym kobietom jednak się udało, weszły cztery kandydatki Bractwa Muzułmańskiego, pięć z partii liberalnych, trzy nominowane przez Radę Wojskową. "Wzruszyłam się widząc w parlamencie islamskie kobiety", mówi Iman. W swoich wielkich chustach zupełnie nie przypominały skorumpowanych kobiet z reżimu Mubaraka. "Któraś z nich powinna zostać premierem!" Dlaczego tak skromnie, dlaczego nie prezydentem? Na to, według Iman, jest jeszcze za wcześnie.

Jest w Kairze kobieta, która uważa inaczej. Niedaleko dworca pierwsza egipska kandydatka do prezydentury wsiada do swojego auta, niewielkiego wozu terenowego. Buthaina Kamel sama nim kieruje. Gdziekolwiek się pojawi, ludzie do niej machają. Zanim weszła do wielkiej polityki była prezenterką telewizyjną. Ma długie brązowe włosy, smukłą sylwetkę, duże brązowe oczy. Cały kraj zna jej twarz. Dlaczego porzuciła rolę telewizyjnej celebrytki na rzecz kandydowania na prezydenta? "Chcę skorzystać z moich praw". Buthaina Kamel mówi, że po raz pierwszy pojawiła się dla kobiet możliwość ubiegania się o najwyższe stanowisko w państwie. Jeśli żadna kobieta nie stanie do wyborów, mężczyźni mogą pomyśleć, że całą sprawę znów mogą rozegrać między sobą – wśród islamistów czy konserwatywnych wojskowych. "Dlatego trzeba ze swoich praw korzystać, kiedy tylko się da", mówi 49-letnia kandydatka.

Kamel prowadzi auto powoli i ostrożnie. To nietypowe w Kairze. Wielu kierowców trąbi, wpycha się przed nią. W samochodzie też jest bardzo zajęta, telefonuje, dyryguje swoją kampania wyborczą, pozbywa się nieprzyjemnych rozmówców. Jakiś mężczyzna ją prześladuje, codziennie do niej wydzwania. Na Abbasiji jakiś mężczyzna groził jej nożem. Inny uderzył ją w twarz i zranił pod okiem. Także dlatego kandyduje, mówi Buthaina Kamel. "Egipt powinien być krajem dla wszystkich Egipcjan, krajem równości płci, gdzie kobiety nie muszą się bać wychodzić na ulicę."

Kobieca rewolucja będzie trwać, pomimo jej potężnych przeciwników: generałów, konserwatystów, islamistów. Armia tych przemian już nie powstrzyma, bo dawno objęły już one rodziny i politykę.

Parę dni po skatowaniu dziewczyny w niebieskim biustonoszu, nad Palcem Tahrir powiewał nowy transparent. Pokazywał zmaltretowaną dziewczynę jako postać z japońskiej mangi. Nie leży bezbronna na ziemi. Wyskakuje w pozie karateki i kopie z całej siły żołnierza w podbródek. Nad rysunkiem tylko jedno słowo: "Zemsta!"

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną