Świat

Mesjasz z Andów

Prezydent Correa - z mesjasza cesarz

Correa witany w Quito – nawet krytycy przyznają, że jest pracowity i obdarzony niebywałą charyzmą. Correa witany w Quito – nawet krytycy przyznają, że jest pracowity i obdarzony niebywałą charyzmą. Dolores Ochoa R./AP / Fotolink
Miał oddać państwo obywatelom i położyć tamę rozszarpywaniu kraju przez różne sitwy. A staje się caudillo w nowym stylu – nie w mundurze, lecz w markowym garniturze. Prezydent Ekwadoru Rafael Correa bardzo uwierzył w siebie.
Alberto Acosta wprowadził Correę do polityki. Mówią o nim „ojciec chrzestny prezydenta”. Teraz ich drogi się rozeszły.Guillermo Granja/Reuters/Forum Alberto Acosta wprowadził Correę do polityki. Mówią o nim „ojciec chrzestny prezydenta”. Teraz ich drogi się rozeszły.
Sukcesem „rewolucji obywatelskiej” jest masowy udział obywateli w polityce i uznanie, że Ekwador to państwo wielonarodowe.Maurizio Costanzo - mavik2007/Flickr CC by 2.0 Sukcesem „rewolucji obywatelskiej” jest masowy udział obywateli w polityce i uznanie, że Ekwador to państwo wielonarodowe.

Pies z kulawą nogą nie interesowałby się Ekwadorem i jego przywódcą, gdyby nie to, że ten mały andyjsko-amazoński kraj ma pokaźne złoża ropy, złota, uranu i paru innych minerałów. Dzięki temu 49-letni Rafael Correa, od kiedy doszedł do władzy pięć lat temu, wyjątkowo często budzi zainteresowanie gazet na całym świecie – „New York Timesa”, „El País”, „Economista” i wielu innych. Correa zamyka amerykańską bazę wojskową – news! Correa renegocjuje kontrakty z nafciarzami – news! Correa pozuje do zdjęcia z Hugo Chavezem – news! Parafrazując słowa klasyków cynizmu waszyngtońskiej polityki: od tego, w jakim humorze wstanie Correa, może zależeć los „naszej” ropy i „naszego” złota, które tylko przypadkowym zrządzeniem losu znajdują się poza terytorium USA.

Ostatni raz Correa znalazł się w centrum uwagi w lutym i marcu, gdy doprowadził do skazania trzech ludzi mediów. Redaktora, dziennikarza i właściciela największej gazety „El Universo” skazano na karę więzienia i drakońską grzywnę za obrazę głowy państwa. Niby sądy są niezależne, ale Correa chodził uparcie na rozprawy, a niedawne zmiany w prawie każą wątpić w niezależność sędziów. Kamieniem obrazy było to, że dziennikarz napisał o Correi: „DYKTATOR”. Jeszcze w trakcie procesu komentator udał się prewencyjnie na wygnanie do USA, a po wyroku redaktor gazety skrył się w ambasadzie Panamy, gdzie wychodził na taras i pozował fotografom. Na świecie podniósł się krzyk: stowarzyszenia obrony dziennikarzy, organizacje praw człowieka, pisarze i wydawcy to piętnowali Correę, to z niego drwili. Zasłużenie.

Pod naporem krytyki prezydent cofnął się i ułaskawił skazanych. „Jak dobry król albo cesarz” – naigrywano się w Quito, co pokazuje, że z groteskowych sytuacji nie da się wyjść bez narażenia na śmieszność. Choć mało kto wierzył, że dojdzie do wykonania kary – w Quito pachniało farsą, nie krwawym dramatem – „akt łaski” prezydenta przyjmowano z ulgą, a nawet cichym uznaniem. Bo Correa przyznał się nie wprost do błędu i prestiżowej porażki. Wcale nie tak wielu przywódców na to stać.

Chicago Boy

Correa to jeden z liderów lewicującej fali w Ameryce Łacińskiej – obok Hugo Chaveza, Evo Moralesa, Nestora i Cristiny Kirchnerów, Luiza Inácio Luli – który wyrósł na gruzach skompromitowanych i skorumpowanych partii politycznych. Ekwador był krajem rozdzieranym przez grupy interesów, monopole, sitwy, które kasę państwową traktowały jak łatwy łup. Dyktatura wojskowa skończyła się tu dawno – w 1978 r., ale ludzie armii nadal kontrolowali całe gałęzie gospodarki: budownictwo, hydroelektrownie, przemysł odzieżowy, linie lotnicze. Te grupy, sitwy i mafie negocjowały z państwem ustawy specjalne, które służyły wyłącznie ich interesom.

Interesów pilnowali ministrowie – przedstawiciele sitw w rządach. Np. minister zdrowia czuwał, by jego sitwa miała monopol na dostarczanie leków szpitalom. Ekwadorski świat polityczny kręcił się według takich reguł. Partie były wyrazicielkami interesów poszczególnych grup, a nie idei i programów liberalnych, socjaldemokratycznych czy innych. W latach 90. odsetek biednych rósł tak szybko, że pod koniec dekady do biedoty zaliczano dwie trzecie społeczeństwa. Coś takiego jak polityka społeczna nie istniało. Ludzie wyszli na ulice, a seria buntów, na czele których stanęli autochtoni z różnych ludów zamieszkujących Ekwador, obaliła bezkrwawo sześć kolejnych rządów.

Dopiero Correę, który wygrał wybory i objął władzę w 2007 r., zbuntowani uznali za swojego. Pomimo – a może właśnie dlatego – że był człowiekiem trochę znikąd. Nie współtworzył ruchów protestu. W czasie, gdy fale buntów zmiatały kolejne rządy, studiował ekonomię w Belgii i USA. „Correa to mój Chicago Boy” – żartował o nim Chavez w przewrotnej aluzji do „Chicago Boys”, jak nazywano oddanych uczniów Miltona Friedmana, których skrajnie wolnorynkowe idee Chavez i Correa przebili osinowym kołkiem. Sam o sobie Corea mówi „lewicowy chrześcijanin”.

 

 

Obrażony za brata

Kandydatem ruchów protestu stał się po trwającej zaledwie 104 dni obecności na scenie publicznej jako minister gospodarki i finansów. Minister Correa sceptycznie oceniał pomysł zawarcia traktatu o wolnym handlu z USA. Mówił, że trzeba uniezależnić się od wielkiego sąsiada, renegocjować kontrakty z firmami naftowymi. Zerkał z sympatią w stronę lewicujących liderów regionu: Chaveza, Moralesa... A wreszcie ustąpił z rządu – uważano, że to ówczesny prezydent zmusił go do odejścia pod presją Waszyngtonu. To odejście dało mu legitymację, by stać się kandydatem zbuntowanych – autochtonów, nauczycieli, studentów, ruchów feministycznych i ekologicznych.

Mózgiem ludowego sojuszu był Alberto Acosta, wykształcony w Niemczech ekonomista, który wprowadził Correę do polityki. Mówią o nim „ojciec chrzestny prezydenta”. Wspólnie snuli marzenia o sprawiedliwym kraju: Acosta miał doświadczenie w działaniu w ruchach masowych, Correa – charyzmę, a do tego mówił językiem keczua, czym podbił serca autochtonów. Obaj mieli wiedzę o gospodarce, ideały, polityczną wyobraźnię. W gabinecie uniwersyteckim, z którego widać wieżowce Quito na tle zamglonych andyjskich szczytów, Acosta wylicza sukcesy „rewolucji obywatelskiej”, jak wspólnie okrzyknęli wielką zmianę w Ekwadorze.

Pierwszy i najważniejszy: masowy udział obywateli w polityce i uznanie, że Ekwador to państwo wielonarodowe, czego od dziesięcioleci domagali się autochtoni zamieszkujący Amerykę od czasów przedkolonialnych. – Sukcesem rządów Correi są wielkie inwestycje społeczne, jakich nigdy tu nie było, głównie w edukację i służbę zdrowia – mówi z dumą Acosta. Reformę edukacji chwalił nawet „The Economist”, niechętnie nastawiony do lewicowych liderów z Ameryki Południowej. Acosta docenia też dążenia do integracji z krajami regionu, ale na tym kończą się pochwały, dalej jest tylko krytyka. – Na początku Correa słuchał odmiennych opinii, spieraliśmy się twórczo. Raz ustępował, raz stawiał na swoim. Dziś żyje iluzją, że ucieleśnia wolę ludu, a krytykom zamyka usta – mówi Acosta.

Zanim doszło do wojny z gazetą „El Universo”, Correa oskarżył dwóch dziennikarzy, autorów książki „Gran Hermano” (Wielki Brat), o zniesławienie. Książka opowiadała o pozyskiwaniu lukratywnych kontraktów przez brata prezydenta. Dziennikarze cytują w niej wypowiedź brata, że Correa wiedział o wszystkim. Prezydent poczuł się dotknięty i domaga się zadośćuczynienia 5 mln dol. od każdego z autorów. – Szykuje też nowe prawo prasowe, według którego zawód dziennikarza będzie można uprawiać tylko po uzyskaniu dyplomu z dziennikarstwa. Chce powołać trybunał do osądzania „przestępstw medialnych”. Kuriozum są przepisy o prawie do repliki: gazety składałyby się ze sprostowań – mówi miejscowa dziennikarka, prosząc o anonimowość.

Acosta rozstał się z przyjacielem i chrzestnym synem. Nie on jeden, w ciągu pięciu lat rządów Correi wielu bliskich go opuściło, ale dopiero odejście Acosty wstrząsnęło obozem władzy. – Bez krytyki nie ma demokracji, a bez demokracji nie ma rewolucji – puentuje aforyzmem. Czym tłumaczy autorytarną woltę Correi? Klasyczny dramat, w którym władza uderza do głowy i zamienia idealistę w caudillo? Acosta podkreśla raczej brak doświadczenia: – Correa nie był częścią ruchu ludowego i nie nauczył się, że polityka powstaje ze ścierania się różnych racji, nawet między ludźmi myślącymi podobnie. A potem uwierzył, że zwycięstwo ruchu to efekt wyłącznie jego cnót osobistych, które niewątpliwie posiada. Inteligentny, pracowity, charyzmatyczny.

Wódz na telebimie

W czasie obchodów pięciolecia swoich rządów na stadionie w Cuence Correa przez pół godziny wyliczał swoje osiągnięcia. Częścią show był gigantyczny telebim, na którym pokazywano scenki z życia prezydenta: z kampanii wyborczej, z wizyty w biednej wiosce, z dziećmi, starcami, podczas pracy w pałacu prezydenckim. Correa uśmiechnięty. Correa zamyślony. Correa zapracowany. Jak gdyby Ekwador był sceną jednego aktora, a demokratyczna władza zadaniem dla Mesjasza. Z „rewolucji obywatelskiej” pozostał jeden jedyny obywatel. Nie ma ruchu, nie ma kolektywnego wysiłku – jest wódz i wierni. A krytycy? Krytycy to „wrogowie” albo „płatne sługusy wrogów”, którzy przeszkadzają w dziele zbawienia. Tak mówią jeszcze niedawni przyjaciele i sympatycy. Czy nie przesadzają?

Pepe Acacho, 43 lata, wicelider CONAIE, konfederacji ludów autochtonicznych Ekwadoru, uważa, że nie. Jego marzenie o sprawiedliwej „rewolucji obywatelskiej” skończyło się rok temu, kiedy siły specjalne wdarły się do jego domu w amazońskiej prowincji Zamora Chinchipe i uprowadziły go helikopterem do stolicy. W Quito wtrącono go do więzienia o najsurowszym rygorze, do celi z zabójcami i gwałcicielami. Powód? Organizowanie protestów przeciwko rządowym planom prywatyzacji wody i udzielaniu koncesji zagranicznym firmom na eksploatację bogactw na terenach zamieszkanych przez autochtonów. Po protestach został szybko zwolniony, ale musi raz w tygodniu zgłaszać się do prokuratury. Zarzutów brak, ale jeśli Acacho się nie stawi, pójdzie siedzieć za lekceważenie nakazu władz.

 

 

Bogactwa naturalne Ekwadoru – ropa, złoto, srebro, uran – to obiekty pożądania zagranicznych firm m.in. z USA, Kanady, Brazylii, Chin. Większość tych bogactw znajduje się na terenach, do których prawo własności kolektywnej mają ludy autochtoniczne. Prawo Ekwadoru mówi jednak, że wszystko, co znajduje się pod ziemią, nie należy do właściciela ziemi, lecz do państwa. – Correa posługuje się antykolonialną retoryką, gdy jest to użyteczne dla zdobycia głosów, jednak w praktyce widzi dobry interes w przyznawaniu koncesji zagranicznym koncernom – wyjaśnia Marc Saint-Upery, francuski politolog mieszkający na stałe w Quito. – Paradoksalnie, Stany Zjednoczone, gdzie studiował, są dla niego pozytywnym punktem odniesienia. Nieraz powtarza: „W USA zrobiono by coś tak a tak...”.

Rozbrat pierwotnego programu Correi – ochrona środowiska, ograniczenie działalności koncernów wydobywczych, respekt dla wspólnot autochtonicznych – z praktyką rządzenia jest źródłem i sercem konfliktu z autochtonami. Dawni sojusznicy są dziś śmiertelnymi wrogami. Silvia Tibi, 35-letnia autochtonka z ludu Shuar, upatruje w polityce Correi nową fazę podboju i „okcydentalizacji” Ameryki Łacińskiej. – Mówią, że jesteśmy biedni, bo nie mamy telewizorów, lodówek, komputerów. Nie mamy, ale z własnego wyboru. Mamy za to czystą wodę i powietrze, rośliny i zwierzęta, z których żyjemy. To są nasze bogactwa. Nie zaśmiecamy świata. A czy wy, ludzie Zachodu, zastanawiacie się, co się dzieje ze wszystkimi dobrami i odpadami, które wyrzucacie do śmieci? – pyta.

Zapłaćcie za tlen

Correa promuje jednak pomysł autochtonów, z którego mogą być zadowoleni. Oto ogłosił, że Ekwador nie będzie wydobywał ropy w Parku Narodowym Yasuni – znajduje się tam jedna czwarta ekwadorskich zasobów – jeśli świat zapłaci połowę zysków spodziewanych z eksploatacji: 3,6 mld dol. do 2024 r. O Yasuni naukowcy mówią, że to najbardziej zróżnicowana pod względem fauny i flory część Amazonii i całej Ziemi. Tysiące nienazwanych gatunków roślin, owadów, zwierząt... Skoro produkowany tu tlen jest rezerwuarem dla całej planety, niech świat dołoży się do jego utrzymania. ONZ utworzył fundusz, na który pieniądze mogą wpłacać firmy, instytucje, państwa, osoby prywatne. Do końca przyszłego roku trzeba zebrać ok. 700 mln na pierwszą transzę. Nie wiadomo, co zrobi Correa, jeśli świat nie zbierze sugerowanej sumy.

Kim więc w końcu jest ten Correa, uważany za lewaka i jednego z liderów lewicowej fali w Ameryce Łacińskiej? Czy jego historia nie nakazuje zrewidować stereotypów na temat owej fali, która chyba nie taka całkiem lewicowa? Pięć lat temu to ekwadorskie elity gospodarcze wieszały na Correi psy: że niemal komunista, że zniszczy Ekwador... Dzisiaj owe elity zacierają ręce. Zyski sektora prywatnego, największych grup ekonomicznych, banków są większe, nieraz dwukrotnie, niż za czasów rządów neoliberalnych. „Zyski najbogatszych nie mają precedensu w dziejach kraju” – pisze socjolog Decio Machado, bliski Acoście. Wzrosły też dochody klasy średniej. Z kolei wskaźniki biedy i nierówności obniżyły się, choć proporcjonalnie dużo mniej niż zyski najbogatszych.

Być może najlepszej odpowiedzi na pytanie o jego tożsamość udzielił sam Correa z okazji pięciolecia swoich rządów. „Zasadniczo działamy w ramach tego samego modelu akumulacji, tylko lepiej. Nie chcemy szkodzić bogatym, lecz budować społeczeństwo bardziej równe i bardziej sprawiedliwe” – mówił do 40 tys. rodaków w Cuencie. Z tej deklaracji cieszą się bogaci, smucą zaś dawni sojusznicy prezydenta z ruchów oddolnych, którzy liczyli na „socjalizm XXI w.” – nawet jeśli nie do końca wiadomo, czym miałby być – a dostali „kapitalizm z ludzką twarzą”.

Konkretnie: z twarzą Rafaela Correi, spoglądającą zewsząd, obecną wszędzie niczym w Wielkim Bracie. Uśmiechniętą.

Polityka 21.2012 (2859) z dnia 23.05.2012; Świat; s. 66
Oryginalny tytuł tekstu: "Mesjasz z Andów"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną