Świat

Powtórka z Bośni

Dlaczego nikt nie chce interweniować w Syrii

Powstańcy w okolicach Deraa. Powstańcy w okolicach Deraa. Reuters / Forum
Pół tysiąca dzieci zginęło już w syryjskiej wojnie domowej. Mimo to Rosja dalej zbroi wojska reżimowe, a Zachód wymyśla powody, dla których nie może obalić Baszara Asada.
Hula, pochówek 108 ofiar, w tym 49 dzieci i 34 kobiet, zabitych przez siły reżimu.Reuters/Forum Hula, pochówek 108 ofiar, w tym 49 dzieci i 34 kobiet, zabitych przez siły reżimu.

Zaczęło się od tradycyjnych modłów w meczecie, później był uliczny protest przeciwko rządowi Baszara Asada, wreszcie ktoś zaatakował wojskowe posterunki w mieście. Sprowokowani żołnierze odpowiedzieli ogniem artyleryjskim. Kiedy ucichły armaty czołgów i moździerze, do akcji wkroczyli prorządowi milicjanci. Zabijali z broni palnej lub podcinali gardła. Bilans: 108 zabitych cywilów, w tym 49 dzieci i 34 kobiety, ok. 300 rannych. Następnego dnia o piekle dzieci w Huli napisały weekendowe wydania gazet na całym świecie, relacjom towarzyszyły zdjęcia ciał zawiniętych w białe całuny.

Doniesienia z Huli przerwały ciąg podobnych do siebie wiadomości napływających z Syrii, od kilkunastu miesięcy zajmujących równie mało czasu w wieczornych programach informacyjnych. Zdążyliśmy już przywyknąć, że w miejscowościach o nieznanych nazwach odbywają się demonstracje przeciw dyktatorowi. Że toczą się jakieś walki, ale nie bardzo wiadomo, kto z kim i o co dokładnie walczy. Zazwyczaj jest kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lub więcej ofiar, ludzie znikają albo są torturowani. Ale to się dzieje w Syrii, daleko od Europy, jeszcze dalej od Ameryki.

Hula miała być momentem zwrotnym. Natychmiast zwołano posiedzenia Rady Bezpieczeństwa i Ligi Arabskiej, wiele państw wyrzuciło syryjskich dyplomatów, pewien Saudyjczyk wyznaczył 450 tys. dol. nagrody za głowę prezydenta Asada. Rosja i Chiny, które zawetowały już dwie rezolucje potępiające dyktatora, wciąż twierdzą, że nie ma dowodów, by to reżim mordował ludzi. Żadnych wątpliwości nie mają za to sekretarze generalni ONZ i NATO, Unia Europejska i Liga Arabska, które po masakrze w Huli wezwały do wywarcia jeszcze większej presji na reżim Asada. Ale i te apele pozostały bez echa.

Do następnej masakry doszło już 6 czerwca, tym razem w okolicach Hamy w środkowej Syrii. Fiaskiem zakończyła się misja pojednawcza byłego sekretarza generalnego ONZ Kofiego Annana. Jego sześciopunktowy plan zakładał m.in., że obie strony zawieszą ogień, a ciężki sprzęt wojsk wiernych rządowi wyjedzie z centrów miast. W Damaszku walki trwały jednak dalej, czołgi jeździły po ulicach, a inspektorzy ONZ zostali ostrzelani, gdy próbowali dostać się na miejsce jednej z masakr. Po dwóch miesiącach negocjacji zamiast ku pokojowi Syria zmierza wprost ku wojnie domowej.

 

Wyścig zbrojeń

Bezradność Ameryki, Europy i dużej części Bliskiego Wschodu jest porażająca. – Tę wojnę obserwujemy z kosmosu, mamy dostęp do satelitów śledzących ruchy wojsk, widzimy ślady ostrzału, nic się nie ukryje – mówi Marek Marczyński z londyńskiego biura Amnesty International. Organizacja przepytuje też uchodźców, uciekających z Syrii do Jordanii, Libanu i Turcji. Z dziesiątek relacji wynika, że Syria, kraj wielu mniejszości, stacza się ku najgorszej formie wojny domowej. Popełniane są zbrodnie wojenne, rachunek krzywd został już otwarty. „Jeśli czegoś nie zrobimy, grozi nam powtórka z Bośni” – ostrzega sekretarz generalny NATO.

Niestety, Syria coraz bardziej zaczyna przypominać Bośnię. Krwawych wojen bałkańskich wszystkich ze wszystkimi, które wybuchły po rozpadzie Jugosławii, nie potrafiono zatrzymać latami, bo Zachód miesiącami wykłócał się z Rosją o najbardziej odpowiedni sposób przerwania rzezi. Tak samo jak teraz. Rosja blokuje rezolucję umożliwiającą jakąkolwiek interwencję w Syrii, a syryjscy cywile są zabijani z rosyjskiej broni. „Po co wysyłacie mu helikoptery szturmowe, Asad będzie z nich strzelał do rodaków” – grzmiała w ubiegłym tygodniu Hillary Clinton, szefowa amerykańskiej dyplomacji.

„To dostawy w ramach dawno zawartych kontraktów” – odpowiada szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow. I dodaje, że cała broń, którą Rosja sprzedaje Syrii, służy do odparcia ataku z zewnątrz, a nie do rozprawy z terrorystami, próbującymi obalić legalny rząd. Nie wspomina o tym, że głównym beneficjentem tych kontraktów jest przyjaciel Władimira Putina, dyrektor generalny centrali handlu bronią Siergiej Czemiezow. Wytyka za to Zachodowi, że rebelianci są zbrojeni i finansowani przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników, Arabię Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie.

A powstańcy walczą ostatnio coraz lepiej. W dużej mierze to zasługa broni szmuglowanej kilkoma korytarzami z Turcji i Libanu, gdzie zalega duża ilość karabinów świeżo dostarczonych z Libii. Broń oraz pieniądze ślą syryjskim sunnitom Arabia Saudyjska, Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Zainteresowane są rozmontowaniem obecnego reżimu w Syrii, bo to osłabi Iran, sprzymierzeńca Asada i największego wroga monarchii znad Zatoki Perskiej. Jednak dostarczana broń nie przesądzi o wyniku wojny, bo armia rządowa jest nadal znacznie silniejsza, a kontrabanda pozwala co najwyżej przedłużyć walki. Chyba że w syryjską wojnę domową zaangażują się wielkie mocarstwa.

Ostatni przyczółek Rosji

Ameryka twardo zaprzecza, jakoby dawała rebeliantom broń. Pentagon przyznaje się jedynie do pomocy wywiadowczej i zapewniania środków łączności. Zwolennikiem zbrojenia powstańców jest m.in. brytyjski pisarz Robin Yassin-Kassab. W magazynie „Foreign Policy” pisze, że skoro wojna domowa i tak już wybuchła, trzeba jak najszybciej przechylić szalę zwycięstwa, by uniknąć długotrwałego rozlewu krwi. A w Syrii są już miejsca kontrolowane przez powstańców, zdezerterowała być może nawet jedna trzecia armii Asada i jeśli wielka dyplomacja zawodzi, trzeba pomóc Syryjczykom własnoręcznie rozwiązać sytuację.

Przeciwną tezę, również w „Foreign Policy”, stawia Marc Lynch, znawca Bliskiego Wschodu z Uniwersytetu Waszyngtona. Uważa, że nie ma pewności, czy karabiny, granatniki i sprzęt łączności, nawet jeśli posłużą do obalenia tyrana, nie doprowadzą do jeszcze większego zamieszania i eskalacji przemocy. Tak jak w Libii, gdzie po obaleniu Muammara Kadafiego władzę przejęły zbrojne oddziały, a te nastawione bardziej pokojowo zostały zmarginalizowane. Tym bardziej że Wolna Armia Syryjska jest luźno skoordynowana, składają się na nią niezależne od siebie oddziały.

Rosyjska prasa źródła syryjskiej wojny upatruje w gabinetach władzy na Zachodzie. To tam powstanie zostało wymyślone, by umożliwić zbrojną interwencję, obalenie Asada i ograniczenie rosyjskich wpływów na Bliskim Wschodzie. Od upadku Kadafiego Syria została bowiem ostatnim rosyjskim przyczółkiem w regionie, jednocześnie port wojenny Tartus jest ostatnią rosyjską bazą wojskową poza dawnym blokiem wschodnim. Port może niewielki, ale jego utrata bardzo utrudniłaby rosyjską obecność militarną na całym Bliskim Wschodzie i w basenie Morza Śródziemnego. Dlatego Putin odrzuca wszelką interwencję.

Interwencja w Libii, jakkolwiek by było sukces Ameryki, Europy i całego Sojuszu Północnoatlantyckiego, w Moskwie kojarzy się jak najgorzej, a Rosjanie uważają, że zostali wystrychnięci na dudka. Choć Rosja poparła libijską akcję, to według przewodniczącego komisji spraw zagranicznych rosyjskiej izby wyższej, straciła w Libii 4,6 mld dol. kredytów, na których spłatę nie ma szans, pod znakiem zapytania stanęły kontrakty wartości 10 mld dol., w tym 4,5 mld zamówień na rosyjskie uzbrojenie, te ostatnie uznano za zupełnie stracone. W Syrii interesy rosyjskie są szacowane na 20 mld dol.

Podobne do rosyjskiego stanowisko zajmują Chiny. – Rząd chiński woli popierać Moskwę, niż samodzielnie protestować przeciw zachodnim próbom naciskania na Asada – mówi Huang Shan, publicysta „Caixin”, poczytnego tygodnika wydawanego w Pekinie, jak na Chiny niezależnego i liberalnego. – Także Chiny poczuły się oszukane rezolucją przyjętą wtedy przez Radę Bezpieczeństwa, nie spodziewały się, że posłuży ona do odsunięcia Kadafiego. I choć w Pekinie nie czuje się jakiejś szczególnej sympatii dla Asada, rząd nie chce, by doszło do powtórki z Libii i mieszania się w sprawy niezależnego państwa.

 

Kto za, kto przeciw interwencji

Nikt też nie wierzy, że w Syrii można szybko i bezboleśnie zbudować demokrację. Są na to dowody poparte badaniami – podobno przejście od dyktatury do demokracji bardziej udaje się w społeczeństwach, gdzie ponad połowa skończyła już 30 lat. Większość Syryjczyków szykuje się do świętowania 21 urodzin. Podobnych argumentów jest mnóstwo. Pułapką jest np. wzywanie Asada do odejścia, zanim rozpoczną się jakiekolwiek negocjacje, bo prezydent Syrii jeszcze nie przegrał, a Zachód i Liga Arabska niepotrzebnie usztywniają stanowisko i prą do wojny – domowej lub interwencyjnej.

Rząd Obamy może i byłby zainteresowany szybką operacją, ale od razu chciałby się wycofać, tak jak w Libii. Nowy prezydent Francji François Hollande też jest „za”, o czym wspomniał podczas wspólnej konferencji prasowej z Putinem. Francuzi popierają pomysł interwencji, z badań opinii publicznej wynika, że 58 proc. uważa, iż Francja powinna zaangażować się militarnie. W lutym poparcie wynosiło jeszcze 51 proc. Według ośrodka prowadzącego badania, Francuzi chcą reakcji na coraz liczniejsze doniesienia o zbrodniach popełnianych przez reżim Asada.

Ale Syria – jak każdy kraj na Bliskim Wschodzie – może być źródłem poważnych problemów. Bez silnego państwa centralnego stanie się wylęgarnią religijnych radykałów i przytuliskiem dla terrorystów, zresztą już wiadomo, że w Syrii działają grupy powiązane z Al-Kaidą. Na dodatek w Libanie, czyli po sąsiedzku, dochodzi do walk Hezbollahu, sprzyjającego Syrii i Iranowi, z przeciwnikami Asada. Irak jako jedyny nie potępił Asada. Ewentualna operacja militarna, a także samo zbrojenie rebeliantów postrzegane są w regionie jako wspieranie sunnitów, co zaognia spory religijne.

Szybkie znalezienie jakiegokolwiek rozwiązania dramatu w Syrii utrudniają sami Syryjczycy. Podzielona syryjska opozycja wciąż nie wypracowała nawet zasad współdziałania, nie mówiąc już o scenariuszach na ewentualne przejęcie władzy. Szef Narodowej Rady Syryjskiej, skupiającej emigracyjną opozycję i uważającą się za polityczną reprezentację wolnej Syrii, został niedawno uznany za zdrajcę przez członków własnej partii. Radę założyły organizacje religijne na czele z Bractwem Muzułmańskim, działacze syryjskich mniejszości, w tym Kurdowie i Asyryjczycy, oraz przedstawiciele walczących rebeliantów.

Syria jak Bośnia?

Nowy szef Narodowej Rady Syryjskiej ostatnie 17 lat spędził w Szwecji. Jest Kurdem i wezwał syryjskie mniejszości – m.in. Kurdów i Druzów, a także Alawitów – do przechodzenia na stronę powstania, choć największe nadzieje pokłada się w zaktywizowaniu Kurdów, którzy dotąd pozostawali z boku. Rada, zdominowana przez Bractwo, uważana jest jednak za dzieło dyplomacji tureckiej i katarskiej oraz klon rady libijskiej, która przygotowała grunt pod zachodnią interwencję. Politycy w Radzie są po raz pierwszy opozycjonistami, idzie im więc nieporadnie, na dodatek walczący w Syrii obawiają się, że emigranci będą chcieli wrócić i przejąć władzę w kraju, gdy już uda się obalić Asada.

Jeśli Syria jest Bośnią, to Syryjczycy są jednak w nieco lepszym położeniu niż mieszkańcy Bałkanów 20 lat temu. Dramat Bośni, ale także Liberii, Sierra Leone i Rwandy, doprowadził do ogromnego postępu sprawiedliwości międzynarodowej. W tym roku dawny prezydent Liberii został skazany na 50 lat, wyłapano ostatnich serbskich zbrodniarzy, Ratko Mladić nie może już spokojnie hodować pszczół, jak to miał w zwyczaju, mimo że ścigali go hascy prokuratorzy. Asad nie może bezkarnie masakrować ludności, jak czynił to jego ojciec – Internet dokumentuje liczne zbrodnie ludobójstwa i każdy wie, kto w tym konflikcie jest łotrem. Syryjczykom pozostaje nadzieja, może naiwna, że świat wreszcie zareaguje.

***

Jeden dzień w Syrii

Podczas demonstracji w masowych egzekucjach i walkach zginęło dotychczas 20 tys. Syryjczyków, w większości cywilów. Wśród zabitych jest pół tysiąca dzieci, coraz częściej używanych jako żywe tarcze. Do sąsiednich krajów zbiegło 40 tys. uchodźców, kilkuset więźniów zmarło w wyniku powszechnie stosowanych tortur, od regularnego kopania i bicia, przez elektrowstrząsy i podwieszanie, po gwałty, także na mężczyznach. W Syrii nie ma jednego wyraźnego frontu, do protestów i potyczek dochodzi codziennie w całym kraju. Oto wydarzenia z jednego, przypadkowo wybranego dnia, 11 czerwca:

• W Homsie i okolicach rządowa armia używa helikopterów przeciw syryjskim cywilom, Kofi Annan „wyraża poważne zaniepokojenie”.

• Pod granicą z Turcją dochodzi do bitwy, ginie w niej 120 żołnierzy armii rządowej, cywilów i powstańców.

• W prowincji Idlib w masowej egzekucji ginie kilkunastu cywilów.

• Wskutek eksplozji samochodu pułapki w Derze ginie 9 cywilów.

• W pozostałych walkach ginie kilkudziesięciu powstańców, funkcjonariuszy sił bezpieczeństwa i członków partii Baas.

Polityka 25.2012 (2863) z dnia 20.06.2012; Świat; s. 49
Oryginalny tytuł tekstu: "Powtórka z Bośni"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną