Były premier Węgier głoduje

Namioty i operetka
Na trawniku przed węgierskim parlamentem od soboty stoją dwa namioty. Do następnej niedzieli będzie głodowało w nim czterech polityków lewicowej Koalicji Demokratycznej, wśród nich Ferenc Gyurcsány, były premier.

Protestują przeciw apatii Węgrów, którzy „bezwolnie poddają się coraz bardziej autokratyzmowi rządzącej prawicy". Zapalnikiem protestu jest parlamentarna debata nad ordynacją wyborczą. Rząd Viktora Orbána chce, aby w 2014 r. głosowali tylko ci, którzy się zarejestrują, a według głodujących to kolejny zamach na węgierską demokrację.

Zostawmy spór węgierskiej lewicy z prawicą. Można Orbána nie lubić i uważać za zagrożenie dla węgierskiej transformacji, ale na Węgrzech, jeszcze bardziej politycznie podzielonych niż Polska, to Gyurcsány jest symbolem tego, co najmniej wdzięczne w polityce. Przede wszystkim obwinia się go o bolesne skutki kryzysu i łgarstwa o kondycji gospodarki. To między innymi jego błędy strąciły węgierską lewicę w niebyt i dały Orbánowi pełnię władzy. Teraz, wraz z coraz większymi tarapatami ekonomicznymi, notowania Orbána spadają. W sierpniu chciało na niego głosować 17 proc. wyborców, jednocześnie aż ponad połowa Węgrów nie wie na kogo głosować, w tych sprzyjających okolicznościach partyjka byłego premiera dostałaby 3 proc. głosów. Do wygrzebania się z marginesu błędu statystycznego Gyurcsány potrzebuje czegoś spektakularnego. Na przykład strajku głodowego jej szefa.

W Unii Europejskiej dobrowolnie głodujący politycy nie są widokiem częstym. Szczególnie rzadko poszczą byli premierzy, marzący o przewodzeniu opozycji i kiedyś tam powrocie do władzy. To rzadkość, nawet jeśli chodzi tylko o kilka dni ostrej diety, a nie o jakieś wielkie poświęcenie zdrowia w imię szczytnej idei. Na dodatek, poza Indiami wykorzystanie głodówki w walce politycznej – a nie w ramach protestów obywatelskich lub pracowniczych – najprędzej kojarzy się z państwami w rodzaju Kuby czy Azerbejdżanu, gdzie przeciwnicy władzy są bezsilni i w starciu z nią nie mają żadnych szans. Właśnie w roli ofiary tak represyjnego reżimu obsadził się Gyurcsány. I wie co robi. Każdy podobnie spektakularny happening jest świetną reklamą, choć na razie napuszony protest byłego premiera ma wagę prasowego michałka. O namiotach pod pomnikiem Lajosa Kossutha piszą gazety i portale internetowe na całym świecie, przy czym wiele z nich powołuje się na korespondencje agencji prasowych z Chin i Rosji.

By protest okazał się czymś więcej, Ferenc Gyurcsány musiałby zrobić to, do czego demokratyczne społeczeństwa najmują polityków: przedstawić wizję, zgłosić konkretne propozycje i przekonać do nich wyborców. Dotąd Gyurcsány był kompletnie skompromitowany, dlatego wybrał tak osobliwą drogę ekspiacji. Na niekorzyść byłego premiera działa jednak fakt, że Węgrzy świetnie pamiętają, że akurat Gyurcsány jak mało kto nie nadaje się na tamtejszego Gandhiego.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną