Świat

Światło, kamera, kandydat

Jak się robi kampanię wyborczą w USA

Pierwsza debata w tej kampanii. Romney przez półtorej godziny był stale uśmiechnięty i pewny siebie, Obama stał ze wzrokiem zatopionym w notatkach Pierwsza debata w tej kampanii. Romney przez półtorej godziny był stale uśmiechnięty i pewny siebie, Obama stał ze wzrokiem zatopionym w notatkach Doug Pensinger / Getty Images/Flash Press Media
Od czterech lat Obama grał w niej główną rolę, na miesiąc przed wyborami nagle ma poważnego konkurenta.
Obama zbyt często korzysta z telepromptera.Kevin Lamarque/Reuters/Forum Obama zbyt często korzysta z telepromptera.
Romneyowi zaszkodziło potajemnie zrobione nagranie wypowiedzi o „47 proc”.AN Romneyowi zaszkodziło potajemnie zrobione nagranie wypowiedzi o „47 proc”.

Debaty telewizyjne, zwieńczenie kilkumiesięcznej kampanii wyborczej, to mieszanka quizu z wiedzy politycznej, konkursu krasomówczego i przesłuchania do superprodukcji, jaką jest amerykańska polityka.

Nie było złośliwych sędziów, wrzeszczącej publiczności ani powtórek w zwolnionym tempie. Ceremoniał amerykańskich debat prezydenckich zakazuje podgrzewania emocji, każdy z kandydatów ma równe szanse, tyle samo czasu na wypowiedzi. Widzowie nie mogli też głosować – ich czas przyjdzie 6 listopada. A jednak w ubiegły czwartek było jasne, kto to starcie wygrał: nieudacznik Mitt Romney, choć to Barack Obama prowadzi w sondażach.

Denver od roku szykowało się na to wydarzenie. Jeszcze w lipcu debata stanęła pod znakiem zapytania – kilka kilometrów od Magnus Arena szaleniec zastrzelił 12 osób na premierze nowego filmu o Batmanie. Debaty jednak nie odwołano, wzmocniono tylko środki ostrożności. Scenografia – dwie mównice dla kandydatów, stół z fotelem dla prowadzącego i błękitne tło z amerykańskim orłem – stanęła na boisku hokejowym miejscowego uniwersytetu. Romney przyjechał do Denver już na początku ubiegłego tygodnia, Obama ćwiczył w Las Vegas. Tysiąc osób obserwowało pojedynek na miejscu, 80 mln przed telewizorami. A było co oglądać. Przy całej teatralności debata pokazała bardziej autentyczny obraz kandydatów niż ten, który wyłania się ze spotkań na szlaku obu kampanii.

Wiele stacji transmitowało obraz z dwóch kamer jednocześnie: na połowie ekranu pokazywały aktualnego mówcę, na drugiej można było śledzić reakcje rywala. Romney przez półtorej godziny był stale uśmiechnięty i pewny siebie, Obama stał ze wzrokiem zatopionym w notatkach, jakby w pośpiechu szykował się na kolejny cios. Prezydent wydawał się zmęczony i zagubiony – według republikanów to z braku promptera, na którym zwykle czyta swoje wystąpienia. Rywal, znany dotychczas z gaf i niekompetencji, tym razem mówił z głowy i stale atakował. Pierwszy raz pokazał, że ma w sobie coś z prezydenta. Jeśli pracował nad tym, by odwrócić złą passę swojej kampanii, to w ubiegły czwartek mu się to udało. Pytanie, na jak długo.

Praca rąk

W amerykańskiej kampanii nic nie dzieje się przypadkiem. Każdy występ na szlaku ma reżysera, scenariusz rozpisany na minuty, no i aktora, który doskonale zna swoją rolę. Wie, kiedy ma zrobić poważną minę, a kiedy opowiedzieć dowcip, do której kamery się uśmiechnąć i kiedy spodziewać się oklasków. Scenografia ma przede wszystkim dobrze wyglądać w telewizji, bo tam tak naprawdę toczy się wyścig o Biały Dom. Amerykanie oglądają kampanię jak polityczne reality show, w którym uczestnicy muszą pokonać kolejne przeszkody, wejść w różne role, zaliczyć kolejne konkurencje. Mają przy tym spodobać się jak największej grupie ludzi. Dopiero gdy zdadzą egzamin z aktorstwa, w debatach sprawdza się ich kompetencje. Ale nawet ich brak może przegrać z dobrym wizerunkiem.

Spektakl prezydencki zaczyna się w chwili powitania Air Force One na kolejnym przystanku kampanii. Obama zbiega po schodkach jak sportowiec, żwawo, z łokciami w górze, jakby właśnie uprawiał jogging. Jeszcze na lotnisku trzeba uścisnąć jak najwięcej dłoni, więc pracuje się obiema rękami. Nie wolno tylko spojrzeć przy tym na zegarek, jak zdarzyło się kiedyś Richardowi Nixonowi. Można też przytulić przyniesione przez rodziców dziecko, ale lepiej nie zgadywać, ile ma lat. Romney kilka razy próbował i wyszło na to, że nie ma pojęcia o dzieciach. Gdy Obama dotrze już na mityng, musi koniecznie wbiec na mównicę, znów żwawym krokiem dwudziestolatka. Nie daj Boże się potknąć – telewizje będą to pokazywać w zwolnionym tempie przez kolejną dobę.

Jak w każdym filmie ważna jest scenografia. Na spotkaniach oficjalnych tłem są plansze z napisami w rodzaju: jobs (miejsca pracy), forward (naprzód), freedom (wolność), albo sztandary w narodowych barwach – te ostatnie wtedy, kiedy prezydent lub jego rywal mówią o roli Ameryki w świecie. Na kameralnych wiecach obowiązkowym tłem jest ustawiona za kandydatem drużyna fanów, zwykle w jednakowych koszulkach albo z planszami w rękach.

Obamie kibicują młodzi ochotnicy albo brodaci emeryci o wyglądzie podstarzałych hipisów. Kiedyś jeden ze statystów nastolatków zasnął na wizji w czasie jego przemówienia – więcej się nie pojawił. Za plecami Romneya widać więcej mężczyzn w średnim wieku, ogolonych i w marynarkach. Ostatnio przybyło kobiet, bo kandydat musi pokazać, że republikanie nie idą z nimi na wojnę.

 

Jak przemawiać

Obaj kandydaci powtarzają na wszystkich wiecach te same przemówienia, wyćwiczone wątki, bon moty, żarty i gesty. W tym roku dominuje gospodarka, najgorętszy temat kampanii. Romney coraz częściej porusza też kwestie międzynarodowe, próbując wykorzystać zaniepokojenie Amerykanów sytuacją na Bliskim Wschodzie, za którą odpowiada jego zdaniem prezydent. Obama chętniej niż Romney korzysta z telepromptera – jakby obawiał się, że bez tekstu na ekranie się zatnie. Republikanie drwią, że bez promptera nie wie, co myśleć, i nie umie powiedzieć niczego z głowy. To akurat nieprawda, bo gdy Obama improwizuje, wypada lepiej niż jego konkurent. Ale nagminne czytanie z ekranu sprawia, że jego wystąpienia wydają się niekiedy sztuczne, zbyt wyreżyserowane.

Bezpośrednie spotkania z wyborcami odbywają się niemal wyłącznie w swing states – kilku stanach, gdzie kandydaci idą łeb w łeb. Aby dotrzeć do pozostałych wyborców, sztaby korzystają z telewizji. Kandydaci nie ograniczają się do poważnych wywiadów – by zapewnić sobie oglądalność, występują także w wieczornych programach satyrycznych. Obama gościł u Davida Lettermana i Jaya Leno, Romney wraz z żoną Ann w popularnym „Live with Lelly and Michael”, gdzie pytano go, co lubi nosić do snu („Im mniej, tym lepiej” – odpowiedział). Obama nie znalazł czasu na spotkania dwustronne z głowami państw i rządów po sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych, ale pojawił się w „The View”, popularnym programie kobiecym prowadzonym przez Whoopi Goldberg.

Gdy kandydaci nie przemawiają i nie zabawiają, ich sztaby bombardują telewidzów ogłoszeniami przedwyborczymi. Obama chwali się dokonaniami pierwszej kadencji i znęca nad Romneyem za jego osławione „47 proc.” – wypowiedź, że prawie połowa Amerykanów nie płaci podatków i naciąga państwo na zasiłki. W spocie demokratów na obrazki robotnicy w fabryce, matki z dzieckiem i weteranów nałożono głos kandydata GOP, który mówi, że „nie obchodzą go” beneficjenci pomocy socjalnej, gdyż nie liczy na ich głosy. Republikański pretendent kreuje się teraz w swoich ogłoszeniach wyborczych na obrońcę biednych i klasy średniej. Nadal jednak strzela sobie w stopę, nieustannie dostarczając materiału satyrykom. Ostatnio dziwił się głośno, dlaczego w samolotach nie można otwierać okien.

Polityka jak show-biznes

Polityka wyborcza w USA od pół wieku ewoluuje w kierunku show-biznesu. Coraz mniej istotne stają się programy kandydatów, coraz bardziej liczy się medialny wizerunek, starannie kształtowany przez strategów. Zawiniła tu telewizja, która zmieniła kryteria oceny polityków – teraz ważna jest nie tyle wiedza i argumentacja, co wygląd, prezencja i soundbites, czyli krótkie, za to dosadne wypowiedzi. Jej pierwszą ofiarą był Richard Nixon, który przegrał w 1960 r. debatę w Johnem F. Kennedym, gdyż pocił się przed kamerą. Ekspansja nowego medium współgrała ze zmianami społecznymi w Ameryce. Rozrost klasy średniej i zacieranie się tradycyjnych podziałów lewica–prawica sprawiły, że politycy starają się przebić do najszerszego kręgu wyborców. Umożliwił to dopiero szklany ekran.

Telewizyjna tabloidyzacja polityki ułatwiła kariery postaciom, które wspomina się dziś z rozbawieniem, jak były gubernator Minnesoty, bufonowaty zapaśnik celebryta Jesse Ventura. Albo takim, o których Amerykanie woleliby zapomnieć, jak John Edwards, kandydat na wiceprezydenta u boku Johna Kerry’ego w 2004 r. Świetnie wypadał w telewizji, podobał się zwłaszcza kobietom, ale jednocześnie, o czym widzowie dowiedzieli się dopiero później, zdradzał swoją chorą na raka żonę z jedną z pracownic swojej kampanii. Trywializacja polityki sprzyja awansowi osób do niej niepowołanych, eliminując ludzi nietuzinkowych, z osobowością i odwagą mówienia rzeczy niepopularnych.

 

 

Dziś widać kolejny etap tej ewolucji. Powstanie stacji czysto informacyjnych, a ostatnio serwisów społecznościowych, zwiększyło presję na polityków, którzy nie mogą się dziś opędzić od reporterów i muszą się pilnować 24 godziny na dobę. Kandydaci prezydenccy próbują wykorzystywać w kampaniach techniczne nowinki – republikanie na Twitterze wytykali rządowi Obamy potknięcia podczas protestów antyamerykańskich w Libii. Jednak tempo obiegu informacji, brak kontroli nad przekazem w sieci i jego bezpośredniość sprawiają, że kandydaci muszą przede wszystkim uważać, żeby czegoś nie palnąć. Zwłaszcza że najnowsze gadżety elektroniczne pozwalają nagrywać z ukrycia – pokazała to wpadka Romneya z „47 proc.”.

Wyjaśnianie post factum, naprawianie piarowych szkód nigdy nie usuwa ich całkowicie. Media zdążą rozdmuchać gafę do rozmiarów megaskandalu, zagłuszając to, co ważniejsze. Na dyskurs serio nie ma zresztą wiele miejsca w telewizji, zdominowanej przez infotainment, bo ten format nie pozwala na tłumaczenie skomplikowanych problemów – podaje się je w pigułkach jako soundbites. A trywialne newsy – co powiedział Obama u Leno, w czym śpi Romney i na czym się znowu potknął – tym łatwiej wypierają rzeczy poważne, że ani Obama, ani Romney nie proponują niczego nowego, by nie urazić przypadkiem wysoce spolaryzowanego elektoratu.

Trzeba stworzyć kandydata

Trzeba wyprodukować takiego kandydata, który zawsze zrobi i powie to, co należy. Ma odpowiadać na marzenia elektoratu, niekoniecznie na potrzeby kraju. Sam się taki nie znajdzie, gdyż samorodne talenty polityczne zdarzają się rzadko. Kandydata kreują więc specjaliści uzbrojeni w statystyki, sondaże i analizy badań, które podpowiadają, co się Amerykanom podoba, i jak w danym roku zmontować większość demograficzną, niezbędną do zwycięstwa w wyborach. Według nich, wyborcy nie liczą już na przywódcę z charyzmą, najwyżej na takiego, od którego wiadomo, czego oczekiwać. Ma być perfekcyjnie zaprogramowany. Ciągnąc to rozumowanie dalej, najlepszy byłby robot.

To właśnie Romneya porównuje się czasem do robota, ale to uproszczenie. Republikanie wybrali go jako bezpiecznego kandydata, po Johnie McCainie, który w 2008 r. przegrał z Obamą. Romney, który zmieniał poglądy zależnie od urzędu, o jaki się ubiegał, ale był zawsze lojalny wobec swej partii, wydawał się czystą kartą, którą łatwo będzie zapisać dowolnym przesłaniem. Kandydat bez właściwości, o profilu pragmatycznego menedżera, na tle innych dawał najlepsze szanse na pokonanie Obamy.

Ale próba jego zaprogramowania się nie powiodła. Okazał się słabym aktorem, wyraźnie źle się czuje w środowisku innym niż jego własne. Obama, mimo wszystko dosyć wyniosły, przy Romneyu wypada na luzaka. Na Florydzie, za zgodą Secret Service, dał się objąć i podnieść pół metra nad ziemię właścicielowi miejscowej pizzerii.

Debata zatarła nieco te kalki. Romney zrzucił łatkę tego od gaf, z kolei z Obamy wyszedł profesor, którego ukrywał przez ostatnie cztery lata. Republikanie wieszczą mu klęskę, w czwartkowym pojedynku widzą gamechanger, punkt zwrotny kampanii, która ma się teraz skończyć zwycięstwem ich kandydata. Ale jedna debata nic jeszcze nie zmienia, a sukces Romneya polega głównie na tym, że utrzymał się w wyścigu, mimo że kilku republikańskich strategów postawiło już na nim krzyżyk.

Obu kandydatów czekają jeszcze dwie debaty, a formuła tej drugiej (wiec miejski) i tematyka tej trzeciej (polityka zagraniczna) sprzyjają Obamie. Wielu pretendentów nokautowało urzędujących prezydentów w pierwszej rundzie, ale ci w kolejnych dochodzili do siebie i wygrywali.

Polityka 41.2012 (2878) z dnia 10.10.2012; Świat; s. 43
Oryginalny tytuł tekstu: "Światło, kamera, kandydat"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Klasyki Polityki

Jak dzieci odczuwają i rozumieją ból?

Jeszcze na początku lat 80. uważano, że noworodki w ogóle nie odczuwają bólu! A ponieważ nie potrafią werbalnie wyrazić tego, co czują, nie dbano o ich komfort w szpitalach.

Paweł Walewski
08.08.1998
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną