Świat

Lajfnjusowiec

Rosyjski król tabloidów

Zdaniem rosyjskiego Murdocha, tabloid musi być patriotyczny. Zresztą, przyjaźń z Kremlem przynosi mu wiele korzyści. Zdaniem rosyjskiego Murdocha, tabloid musi być patriotyczny. Zresztą, przyjaźń z Kremlem przynosi mu wiele korzyści. Kommersant / Forum
Rosjanin Aram Gabrielianow to skuteczniejsza wersja Ruperta Murdocha. Swoje tabloidowe imperium stworzył od zera, a dla jego dziennikarzy nie ma żadnej świętości. Poza władzą.
Newsdesk internetowego tabloidu LifeNews.Siergiej Samoylov Life/Wikipedia Newsdesk internetowego tabloidu LifeNews.

Artykuł w wersji audio

Gabrielianow ma jasno wytyczony cel. – Chcę, by na wszystkich rosyjskich paparazzich mówiono „lajfnjusowcy”. By nasza marka stała się nazwą zwyczajową, jak to było w przypadku adidasów i pampersów – mówi dyrektor generalny holdingu News Media. Internetowy tabloid LifeNews to sztandarowy produkt 52-letniego medialnego magnata rodem z Kaukazu Północnego. Założony w 2009 r., jest w Rosji symbolem bulwarowego dziennikarstwa nowej generacji.

Nie siedzą na czterech literach

Lajfnjusowcy słyną z szybkości działania. Potrafią dojechać na miejsce wydarzeń – wypadku, morderstwa, zamieszek ulicznych – jeszcze przed policją i od strażników okolicznych posesji wyciągnąć nagrania z kamer przemysłowych. Jeśli znajdzie się na nich coś interesującego, natychmiast pojawia się na stronach portalu jako „exclusive”. Na przykład: „Goły ochroniarz przegonił złodziei”. To tytuł nagrania, na którym otyły mężczyzna biegnie po śniegu w samych slipach, z kałasznikowem w ręku, i strzela zapamiętale do intruzów.

Na wyłączność LifeNews miał też zrobione telefonem zdjęcie zwłok ojca chrzestnego rosyjskiej mafii Asłana Usojana, ps. Dziadek Hassan, zastrzelonego w styczniu w Moskwie. Podwładni Gabrielianowa kupili fotografię od pracownika kostnicy. – Nasi dziennikarze nie siedzą na czterech literach, czekając na newsy z agencji. Jeśli coś się wydarzy, muszą być natychmiast na miejscu. Oto cała tajemnica naszego sukcesu – tłumaczy Gabrielianow. O skuteczności swoich pracowników przekonał się na własnej skórze, gdy na urodziny dostał nakręcony przez nich film – król rosyjskich paparazzich nie zorientował się, że przez cały dzień był śledzony przez oko ukrytej kamery.

LifeNews (LN) specjalizuje się w taniej sensacji: nagrania rosyjskich celebrytów podczas seksu przez telefon, zdjęcia pijanych nastolatek z prowincji, które urządziły sobie imprezę na cmentarzu, rozmowa z sześciolatkiem, któremu właśnie zamordowano matkę. – Płacimy za informacje, bo warto budować markę – mówi Gabrielianow. Honoraria dla informatorów stanowią aż jedną czwartą wszystkich wydatków holdingu. Zainwestowany pieniądz zwraca się jednak z nawiązką.

Raz zdobyta informacja jest wielokrotnie wykorzystywana. Gorąca nowość wisi najpierw na portalu LN, następnego dnia pisze o niej wydawana przez Gabrielianowa gazeta „Twoj dień”, by w końcu, w wersji rozszerzonej np. o wywiad lub komentarz eksperta, trafić do bulwarowego tygodnika „Żizń”.

News Media handluje również zdobytą informacją. – Telewizja Rossija 1 płaci 10 mln rubli (ok. 1 mln zł) miesięcznie za nasze nagrania – mówi Gabrielianow. – Właśnie przysłali esemes: „Potrzebujemy nagrania z Petersburga”. Dziś policja zrobiła najazd na jeden z tamtejszych urzędów, gdzie odkryto aferę korupcyjną. Szef wybiera numer petersburskiego współpracownika. – Halo, co tak długo nie odbierasz? – warczy do telefonu. – Musisz znaleźć nagranie z dzisiejszego przeszukania. Tylko migiem.

Aram Gabrielianow swoich dziennikarzy trzyma krótko. Fach zna od podszewki, pracę w gazetach zaczynał od dyżurów w drukarni. – W Rosji nie ma drugiego takiego Gabrielianowa – potwierdza znany dziennikarz Oleg Kaszyn. – Jako jedyny z magnatów medialnych stworzył swój holding od zera. Jego „Żizń” to jedyny przykład w historii naszej prasy, kiedy prowincjonalnej gazecie udało się wskoczyć na ogólnorosyjski rynek.

„The Sun” z Ulianowska

Była druga połowa lat 80. Gabrielianow, student dziennikarstwa na prestiżowym Uniwersytecie im. Łomonosowa w Moskwie, fortelem wyciągnął od wykładowcy zgodę na czytanie zachodniej prasy. Szczególnie spodobał mu się brytyjski „The Sun”. – To był inny świat – wspomina. – My pisaliśmy o fabrykach i górnikach, oni o gwiazdach, aferach i skandalach.

Po studiach młody adept dziennikarstwa wyjechał do Ulianowska, 600-tysięcznego miasta w centralnej Rosji, skąd pochodziła jego żona. Zaczął pracę w lokalnej gazecie. Dzięki poparciu miejscowego gubernatora wkrótce został jej redaktorem naczelnym. W 1992 r. udało mu się sprywatyzować pismo i zmienić je na wzór zachodniego tabloidu. – Oczywiście, że w Ulianowsku były skandale! – emocjonuje się Gabrielianow. – Pisaliśmy o gwiazdach miejscowego teatru, a i goście ze stolicy często przyjeżdżali na występy, co zazwyczaj kończyło się jakąś aferą. Gdy w 1995 r. w Moskwie zamordowano znanego dziennikarza Władisława Listiewa, wysłaliśmy swojego korespondenta na miejsce wydarzeń. My, gazeta z Ulianowska! Człowiek radziecki czytał nas i był w szoku, że można tak pisać. Odnieśliśmy gigantyczny sukces. Pojawiły się duże pieniądze.

Gabrielianow kupił wtedy gazety z innych regionów Rosji: Niżnego Nowogrodu, Samary, Saratowa, Wołgogradu, Sankt Petersburga. I stworzył swój pierwszy holding medialny. W 1999 r. był właścicielem 29 tytułów. Kluczem do sukcesu okazali się hojnie opłacani informatorzy – pracownicy milicji, prokuratury, urzędów, lekarze, ratownicy medyczni. Oni dostarczali brukowcom Gabrielianowa gorących tematów.

Kiedy w 1997 r. zakładał w Moskwie swoją pierwszą ogólnokrajową gazetę, dysponował już gęstą siatką współpracowników w całej Rosji. Do stolicy Gabrielianow sprowadził swoich ulianowskich dziennikarzy. Resztę redakcji dobrał z ulicy i przyuczał do zawodu. W 2000 r. jego moskiewski tabloid zmienił nazwę na „Żizń”, pod którą wychodzi do dziś. Dzięki roznegliżowanym zdjęciom, intymnym szczegółom z życia rosyjskich celebrytów i krwawym historiom kryminalnym tygodnik szybko zyskał popularność i dwumilionowy nakład. W 2005 r. „Żizń” miała redakcje w 52 miastach.

Obok nagich piersi byłej baletnicy Teatru Wielkiego Anastazji Wołoczkowej, diety Ałły Pugaczowej, „Aniołków w sidłach Szatana” (to o podmoskiewskim dusicielu dzieci), w tygodniku pojawia się też rubryka poświęcona działalności Władimira Putina. „Cele prezydenta są wspaniałe i realistyczne. Udowadniają to dumne raporty o nowych szpitalach i nowoczesnych sprzętach medycznych” – kadzi niepodpisany autor artykułu „Za zdrowie nasze i wasze”.

Zdaniem rosyjskiego Murdocha, tabloid musi być patriotyczny. – Nigdy nie napiszę źle o naszym prezydencie ani o Cyrylu, zwierzchniku prawosławnej Cerkwi, nawet jeśli będę znał kompromitujące ich historie. Oni reprezentują interesy państwa, a państwo jest najważniejsze. Jeśli Moskwa będzie bombardować Warszawę, stanę po stronie swojego kraju. Właściciele mediów muszą być państwowcami – zapewnia medialny magnat, który w wywiadach nazywa Putina „tatą narodu”.

Przyjaźń z Kremlem przynosi mu korzyści. – Murdocha w Wielkiej Brytanii sądzą za nielegalne podsłuchy – wyjaśnia Oleg Kaszyn. – Gabrielianow też je stosuje, ponieważ jednak ma dobre kontakty z władzą, czuje się bezkarny.

Choć zarzeka się, że nie zleca zakładania podsłuchów, w grudniu 2011 r. jego portal opublikował nagrania rozmów telefonicznych Borisa Niemcowa. Opozycjonista, nie przebierając w słowach, skrytykował w nich pozostałych liderów antykremlowskich protestów. – Pokazaliśmy, jaka naprawdę jest opozycja – cieszy się Gabrielianow.

Od początku zabiegał o względy na Kremlu, ale króla tabloidów długo nie wpuszczano na polityczne salony. Stałym gościem za czerwonymi murami został dzięki wsparciu byłego ministra finansów Borisa Fiodorowa, który w 2006 r. kupił 49 proc. udziałów w News Media. Po dwóch latach Fiodorow sprzedał akcje holdingu, ale nie ujawnił kontrahenta. Dopiero po czasie okazało się, że tajemniczym inwestorem jest bank Rossija z Sankt Petersburga. Jego założycielem jest Jurij Kowalczuk, biznesmen należący do najbliższego kręgu znajomych Władimira Putina.

W 2008 r. Kowalczuk kupił też ponad 50 proc. akcji gazety „Izwiestia”, a w 2011 r. Gabrielianow stanął na czele rady dyrektorów tego dziennika. – „Izwiestia” były wtedy najgorszą z ogólnorosyjskich gazet – wspomina Oleg Kaszyn. – Dżinsa, czyli pisanie kłamliwych artykułów za pieniądze, była tak rozpowszechniona, że urzędnicy i przedstawiciele władz zamawiali teksty nawet bez wiedzy naczelnego, dogadując się bezpośrednio z dziennikarzami. Gabrielianowi udało się zlikwidować ten proceder.

Kiedy król tabloidów zabrał się za ratowanie tej jednej z najstarszych rosyjskich gazet, w środowisku dziennikarskim zawrzało. – Nie lubią mnie, bo jestem konkurencją – twierdzi Gabrielianow. – Nikomu niepotrzebny dziennik zmieniłem w drugą pod względem sprzedaży gazetę w kraju. Teraz wyprzedza nas tylko „Kommersant”.

Sukces „Izwiestii” zauważają nawet nieprzychylni komentatorzy. Gazeta jest zdecydowanie lepsza niż pięć lat temu, choć mało kto w Rosji nazwie ją obiektywnym źródłem informacji, jest za blisko Kremla. – Mimo wszystko to wielkie zwycięstwo Gabrielianowa – uważa Oleg Kaszyn. – Od dawna chciał się zająć ambitną prasą. Naciskała na to jego żona i starszy syn Artiom, którzy nie chcieli być kojarzeni jedynie z bulwarówkami.

Młodszy syn Gabrielianowa, 24-letni Aszot, odziedziczył po ojcu słabość do tabloidów. Jest szefem portalu LifeNews, wcześniej od 2008 r. stał na czele tygodnika „Żizń”. Debiutował na łamach bulwarowej prasy już w wieku 15 lat materiałem o pijanym reżyserze Quentinie Tarantino, którego z bratem wyśledzili w jednej z moskiewskich restauracji. Ci, którzy go znają, dziwią się, jak ten sympatyczny, dobrze wychowany i inteligentny młody człowiek tworzy jeden z najbardziej znienawidzonych portali w rosyjskim Internecie.

O Aszocie stało się głośno w marcu 2012 r., po awanturze w restauracji znanej opozycyjnej celebrytki Kseni Sobczak. Dziennikarki LifeNews nagrały spotkanie, w którym oprócz Sobczak uczestniczyli opozycjoniści Boris Niemcow, Ilja Jaszyn i sekretarz prasowy Michaiła Prochorowa. W wyniku przepychanki lajfnjusówki straciły sprzęt i oskarżyły opozycjonistów o pobicie. Aszot na Twitterze ogłosił wszczęcie sprawy karnej, a Ksenia Sobczak w trybie pilnym wyleciała do Stanów Zjednoczonych.

Aszot nazywa ojca szefem. Artiom jest bardziej niezależny, ma opozycyjne poglądy. Rysuje komiksy. – Zarabiają na siebie – cieszy się dumny z dzieci Gabrielianow. Dla niego rodzina to świętość.

Lord z tabloidem

Chodzi w porozciąganych swetrach, krawat zakłada tylko na spotkania z akcjonariuszami. Nie zadziera nosa, nie obnosi się z bogactwem. Łatwo się do niego dodzwonić, bo zawsze odbiera telefony. Nie odmawia też wywiadów i zna imiona swoich dziennikarzy, ale gdy krzyczy, potrafi zrównać ich z ziemią. Nie wierzy w kryzys prasy papierowej w Rosji – czytelnicy gazet i użytkownicy Internetu to jego zdaniem dwie oddzielne grupy odbiorców.

Aram Gabrielianow prowadzi też szkołę dla paparazzich. – Dziennikarz nie wychowuje, nie zmienia świata na lepsze – mówi swoim uczniom. – Musi znaleźć ciekawą historię, ludzie uwielbiają skandale. Znajomy lord z Londynu codziennie do śniadania czyta „The Sun”, ale wkłada go w „Timesa”, bo wstydzi się przyznać żonie, że lubi tabloidy.

Katarzyna Kwiatkowska z Moskwy

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Najciekawsze książki na maj 2019 (i trochę na Dzień Dziecka)

Proponujemy książki mądre, ciekawe i estetycznie wydane.

Sebastian Frąckiewicz
22.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną