Świat

Wielki plan Erdoğana

Co czeka premiera Turcji

Premier Erdogan doszedł do wniosku, że poparcie Kurdów może mu się opłacić. Premier Erdogan doszedł do wniosku, że poparcie Kurdów może mu się opłacić. Umit Bektas/Reuters / Forum
Premier Recep Tayyip Erdoğan chce rządzić Turcją jeszcze przez dekadę – nawet jeśli będzie musiał zawrzeć pakt z samym diabłem, dogadać się z Kurdami i zniszczyć dzieło Kemala Atatürka.
Jeszcze w latach 90. XX w. sprawa kurdyjska była  nad Bosforem tematem tabu. Dzisiaj już nie jest. Turcy chcą jej uregulowania.Polityka Jeszcze w latach 90. XX w. sprawa kurdyjska była nad Bosforem tematem tabu. Dzisiaj już nie jest. Turcy chcą jej uregulowania.

Jego przytłaczająca charyzma to jednocześnie zaleta i wada. Dzięki niej potrafi przekonać niemal każdego adwersarza. Uwodzi słowem i gestem, czaruje – nawet jeśli nie ma nic do powiedzenia. 64 proc. Turczynek chciałoby takiego męża; prawie 70 proc. Turków marzy o takim kierowniku w pracy. Jako jedyny polityk w Turcji trzykrotnie wygrał wybory i za każdym razem jego partia zdobywała więcej głosów.

Charyzma premiera Turcji ma też drugą stronę – wydaje mu się, że może wszystko. Jak opętany ingeruje w działalność ministerstw do poziomu departamentów. I wraz z kolejnymi zwycięskimi wyborami coraz gorzej znosi krytykę. Krytyków w najlepszym razie ignoruje, a w gorszym wsadza do więzienia.

Zagraniczne media często odbierają taką postawę jako przejaw politycznej siły wśród nijakości europejskich polityków. Zyskał już miano wizjonera, od którego zależy nie tylko los Turcji, ale też być może całego Bliskiego Wschodu. Uporczywe porównywanie Erdoğana do osmańskiego sułtana łechce jego wielkie ego i wzbudza pusty śmiech wśród przeciwników, ale bardziej jest wyrazem tęsknoty za egzotycznym Orientem niż racjonalną oceną jego możliwości. Choć on sam wierzy w nie bezgranicznie.

Na ostatnim kongresie swojego ugrupowania – AKP – zasugerował, że chce rządzić jeszcze w 2023 r., podczas obchodów stulecia Republiki Tureckiej. Ten plan właśnie zaczyna powoli wcielać w życie.

Zazwyczaj wielkie wojny kończą się w świetle kamer zamaszystymi podpisami pod deklaracją pokoju. A ten pokój, zamykający jeden z najdłuższych konfliktów powojennej Europy, nastał nieco niepostrzeżenie. 8 maja pierwszy oddział kilkunastu objuczonych bronią partyzantów ruszył gdzieś z południowo-wschodniej Turcji na południe, w stronę granicy z Irakiem. Do jesieni wszyscy mają się wynieść – kilkanaście tysięcy bojowników Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) przemaszeruje do autonomicznego regionu kurdyjskiego na północy Iraku. Od 1984 r. nękali turecką armię, próbując wywalczyć dla tureckich Kurdów najpierw niepodległość, potem już choćby autonomię. Teraz, na prośbę swego legendarnego przywódcy, „uciszą karabiny i pozwolą przemówić ideom”.

Pod koniec marca z takim apelem wystąpił do nich Abdullah Öcalan, założyciel PKK, który na wyspie İmralı niedaleko Stambułu czeka na bezterminowo odroczoną karę śmierci za terroryzm. Jego nagrane w więzieniu przemówienie było głównym punktem obchodów święta Newroz w Diyarbakır, nieformalnej stolicy tureckich Kurdów. Öcalan mówił o potrzebie pojednania między wszystkimi obywatelami Turcji, o zjednoczeniu pod sztandarem islamu – można było odnieść wrażenie, że całe fragmenty przemówienia napisał ten sam człowiek, który pisze je również premierowi Erdo anowi: te same sformułowania, ta sama poetyka muzułmańskiego braterstwa.

Jak to się stało, że człowiek wciąż uważany w Turcji za dzieciobójcę i wcielenie samego diabła nagle stał się partnerem dla tureckiego rządu? Więzienne rozmowy z Öcalanem trwały już od jesieni 2012 r. Wtedy to na prośbę swojego interlokutora, szefa tureckiego wywiadu Hakana Fidana, lider PKK zaapelował do podwładnych, którzy głodowali w innych tureckich więzieniach, o przerwanie protestu. Ankara była już wówczas w poważnych tarapatach – stan głodujących był krytyczny, a rząd nie mógł się zgodzić na spełnienie ich żądań.

Po 68 dniach o wodzie bojownicy PKK posłuchali w końcu swego szefa, a Turcy poszli za ciosem. – Władze były przekonane, że Öcalan jest już tylko historycznym symbolem dla PKK, a tu okazało się, że wciąż ma posłuch – mówi prof. Çınar Özen, politolog z Uniwersytetu Ankarskiego. – A jeśli udało się w sprawie głodówki, to dlaczego nie spróbować w sprawie pokoju z Kurdami.

Punkt zwrotny

Gdy na İmralı trwały negocjacje, zwrot o 180 stopni wykonał Erdoğan. Jeszcze w czasie zeszłorocznej głodówki nazywał członków PKK zwierzętami bez praw i obiecywał, że specjalnie dla nich przywróci karę śmierci. Już jednak w lutym tego roku na kongresie AKP, jak za dawnych lat mówił o nich: bracia muzułmanie. Premier Turcji już co najmniej cztery razy zmieniał zdanie o PKK i o samym problemie kurdyjskim. W 2007 r. przed wyborami obiecywał Kurdom zniesienie zakazu używania ich języka, ale po wyborach o wszystkim zapomniał. W 2009 r. ruszył rządowy projekt Demokratyczne Otwarcie – Kurdowie mieli otrzymać liczne prawa publiczne, bo choć stanowią ok. 20 proc. społeczeństwa, wciąż są traktowani jak obywatele drugiej kategorii. Po kilku tygodniach władze zamknęły jednak Otwarcie, gdy w ramach amnestii do Turcji triumfalnie zaczęli wracać zaocznie skazani bojownicy PKK.

Tym razem ma być inaczej. Wprawdzie przeciwko migracji bojowników do północnego Iraku protestuje rząd w Bagdadzie, ale ma niewielki wpływ na władze kurdyjskiego regionu. Poza tym sojusznikiem Erdoğana jest w tym przypadku sam Öcalan. Jak udało się go przekonać? Co obiecali mu w więzieniu oficerowie wywiadu w zamian za apel do bojowników PKK o zakończenie prawie 30-letniego konfliktu?

Turecki premier, który od początku nadzorował negocjacje, zapewne nigdy nie ujawni wszystkich warunków umowy. Można natomiast spekulować, czego zażyczyliby sobie Kurdowie. – Z pewnością powszechnej amnestii, zwolnienia więźniów politycznych z PKK, tych, którzy nie mają krwi na rękach – wylicza Atilla Üçer, analityk polityczny z Ankary. – Naturalnym żądaniem byłoby też wypuszczenie Öcalana. Nie na wolność, ale chociażby przeniesienie go do aresztu domowego z tej strasznej wyspy. To jednak mało. Prof. Murat Somer z Uniwersytetu Koç w Stambule uważa, że Erdoğan – w zamian za wycofanie się PKK z Turcji – musiał zaoferować Öcalanowi wszystko to, o co walczyli jego partyzanci, czyli pełne prawa obywatelskie dla mniejszości kurdyjskiej, możliwość publicznego używania języka, kurdyjskie nazwy miejscowości.

W świetle obecnej konstytucji to niemożliwe. Zawarta w niej definicja tureckości wyklucza funkcjonowanie obok siebie dwóch oficjalnych języków czy też dopisanie obok tureckiego obywatelstwa narodowości, w tym przypadku kurdyjskiej. Idea tureckości, która wykrystalizowała się już po upadku imperium osmańskiego, z zasady ma charakter polityczny – Turkiem jest się z wyboru, a nie z powodu swej etniczności. W ten sposób założyciele republiki chcieli pozbyć się problemu kurdyjskiego – członkowie tej licznej grupy mogli się więc „zapisać do tureckości” i zapomnieć o swoich korzeniach. Dla bardziej opornych republikańskie władze wymyśliły podkategorię Turków górskich. Reszta chwyciła za broń i poszła w góry walczyć o wolny Kurdystan. Takie rozwiązanie przez wiele lat pozwalało funkcjonować unitarnej Turcji – państwu wymyślonemu wszak w obecnych granicach dopiero w latach 20. XX w.

Krytycy Erdoğana twierdzą, że mógł obiecać Öcalanowi niemal wszystko, łącznie ze stanowiskiem gubernatora Diyarbakır, aby tylko mieć spokój w kraju, bo we wrześniu Międzynarodowy Komitet Olimpijski ma wybrać miasto, które w 2020 r. będzie gościć olimpiadę, a w konkursie startuje Stambuł, ukochane miasto premiera.

Ale Erdoğan mierzy znacznie wyżej. Jak twierdzi prof. Somer, żądania Kurdów są tylko dogodnym pretekstem dla premiera do zmiany konstytucji, która będzie dobra dla nich, ale przede wszystkim dla niego.

Czy Turek musi być Turkiem?

Obecną konstytucję napisali w 1982 r. generałowie, którzy wcześniej dokonali trzeciego już zamachu stanu i odsunęli cywilów od rządzenia krajem. Wojskowy sznyt jest obecny w wielu jej artykułach. Znany turecki prawnik Bülent Algan pisze, że jest „wstydliwą kartą autorytaryzmu – stworzoną, aby chronić ideologiczne fundamenty reżymu, a nie prawa jednostek”. Erdoğan, odkąd w 2003 r. został premierem, mówi, że trzeba ją zmienić.

Poprawiana była już wielokrotnie i za każdym razem stara republikańska elita wstrzymywała oddech, bo według niej grzebanie w konstytucji grozi zniszczeniem 90-letniego dorobku świeckiego państwa, stworzonego na gruzach imperium osmańskiego. Kolejne poprawki udało się jednak wprowadzić, bo zawsze znajdowało się uzasadnienie – na przykład wymóg dostosowania prawa do standardów Unii Europejskiej. Tym razem pretekstem mogą być warunki pokoju z Kurdami, a realnym powodem – kończąca się w przyszłym roku trzecia i ostatnia kadencja Erdoğana na stanowisku premiera.

Projekt nowej konstytucji jest już w tureckim parlamencie. Według naszych rozmówców, brak w nim starych zasad tureckości: obywatel Turcji już nie będzie musiał być Turkiem, co otwiera drogę do spełnienia kurdyjskich oczekiwań dotyczących równouprawnienia.

Projekt zmienia również zupełnie pozycję prezydenta – ten, dotychczas wybierany przez parlament, obecnie opiekuje się głównie żyrandolami. Według nowej propozycji będzie już wybierany w powszechnych wyborach, zyska prawo weta i będzie mógł rozwiązać parlament. Turecki system polityczny zmieni się nie do poznania – z parlamentarnego, w którym główną rolę odgrywa premier, w prezydencki, z głową państwa o wręcz gaullistowskich uprawnieniach. Urząd ten będzie można sprawować maksymalnie przez dwie pięcioletnie kadencje, a więc polityk, który po ewentualnej zmianie konstytucji wygra w przyszłym roku wybory prezydenckie, teoretycznie będzie mógł rządzić aż do 2024 r., czyli również podczas przypadających rok wcześniej obchodów stulecia republiki.

Projekt ugrzązł jednak w komisji, a po reakcjach opozycji już dziś widać, że nie ma szans, aby parlament go zaakceptował – do tego potrzebna jest większość dwóch trzecich głosów, a sama AKP Erdoğan ma ledwo ponad 50 proc. Drugą możliwością jest ominięcie parlamentu i poddanie projektu konstytucji pod referendum. Tu wymagana jest kwalifikowana większość 60 proc. W tym przypadku AKP brakuje już tylko czterech głosów. Największe partie opozycyjne nie chcą jednak słyszeć o takim rozwiązaniu. Poza jedną – kurdyjską Partią Pokoju i Demokracji.

Na tym właśnie polega cały deal – tłumaczy prof. Özen. – Erdoğan zapewni Kurdom pełnię praw obywatelskich, a oni w zamian wycofają z kraju bojowników PKK, poprą nową konstytucję – najpierw w parlamencie, a potem podczas referendum, i w końcu zapewnią Erdoğanowi dwie prezydenckie kadencje, żeby mógł sobie urządzić to stulecie republiki.

Premier Turcji zapewne nigdy nie zdecydowałby się na takie porozumienie z Kurdami, gdyby nie fakt, że ich walka o prawa obywatelskie zyskuje ostatnio również w Turcji coraz więcej sympatyków. Jeszcze w latach 90. sprawa kurdyjska była nad Bosforem tematem tabu. Dziś w dużych miastach organizowane są festiwale kultury kurdyjskiej, Kurdowie zajmują coraz bardziej prominentne stanowiska w administracji państwowej, coraz więcej osób ze świecznika przyznaje się do kurdyjskich korzeni.

Sam Erdoğan nie stał się jednak z dnia na dzień humanistą zafascynowanym kurdyjską kulturą. Doszedł prawdopodobnie do wniosku, że poparcie tej grupy może mu się ostatecznie opłacić, zresztą nie tylko w samej Turcji. Przełomowy tu był przypadek irackich Kurdów. W 2003 r., po obaleniu Saddama Husajna, Amerykanie zaczęli snuć plany federalizacji Iraku i nadania dużej autonomii miejscowym Kurdom, którzy zamieszkują zwarty obszar w północno-wschodniej części kraju. Ankara wówczas gwałtownie protestowała i groziła interwencją. Turcy byli przekonani, że autonomiczny Kurdystan w Iraku stanie się bazą dla partyzantki PKK, a w przyszłości zalążkiem niepodległego państwa kurdyjskiego.

Iracki Kurdystan stał się jednak faktem, a Turcy zmienili taktykę i wrogość zastąpili miłością – zamiast grozić wojną, zaproponowali wspólne biznesy. Dziś tamtejsza gospodarka działa już niemal jak część gospodarki tureckiej. Ponad połowa towarów importowanych przez Kurdów pochodzi z Turcji. Jak podaje turecki dziennik „Zaman”, w ostatnich miesiącach Ankara podpisała z kurdyjskim regionem tajną umowę, zezwalającą tureckim firmom na wydobywanie gazu i ropy naftowej oraz eksport tych surowców do Turcji po konkurencyjnych cenach. W zamian Ankara pomoże Kurdom zbudować rurociąg do Europy, który uniezależniłby ich od jedynej obecnie rury ku Zatoce Perskiej, kontrolowanej przez coraz bardziej nieprzyjazny im rząd w Bagdadzie.

Pełnia praw dla Kurdów

Przyjaźń turecko-kurdyjska zupełnie zmieniła optykę Ankary. Pod rządami Erdoğana Turcja z państwa walczącego z wszelkimi przejawami kurdyjskiej niezależności w krajach sąsiednich stała się głównym mecenasem kurdyjskich aspiracji, już nie tylko w Iraku, ale powoli również w Syrii. – Nie da się oddzielić relacji z Kurdami w kraju i za granicą – przekonuje Atilla Üçer. – To połączone naczynia i to dlatego Erdoğanowi udało się wynegocjować ewakuację bojowników PKK z Turcji do irackiego Kurdystanu.

Czy uda mu się z kurdyjską pomocą również zmienić konstytucję? To byłby bez wątpienia żart historii. Gdy na początku lat 20. XX w. powstawała współczesna Turcja, jej twórca Kemal Atatürk obiecał Kurdom pełnię praw obywatelskich w zamian za lojalność wobec nowego państwa. Obietnicy jednak nie dotrzymał, a Turcja tępiła i prześladowała Kurdów, bo samo ich istnienie było dowodem na sztuczność nowego państwa. Teraz to właśnie poparcie Kurdów może zdecydować o demontażu starej republiki, opartej na micie jednego narodu tureckiego, i zastąpieniu jej nową, w której tożsamość obywateli nie będzie już sprawą państwa.

„Duch konstytucji musi odzwierciedlać przekonanie, że to państwo jest dla jednostki, a nie jednostka dla państwa – napisał niedawno i adekwatnie Erdoğan w magazynie »Nowa Turcja«, cytując XIII-wiecznego tureckiego mistyka Szejka Edebali. – Pozwól człowiekowi zakwitnąć, a państwo również zakwitnie”. Słowa te Edebali kierował do Osmana, założyciela dynastii, która rządziła na terenach dzisiejszej Turcji aż do początków XX w. W obecnym kontekście ich przywołanie można tłumaczyć na dwa sposoby: albo Erdoğan rzeczywiście chce Turcji dla wszystkich, albo chce założyć dynastię. Własne ego wystarczy mu na oba zadania.

Polityka 21.2013 (2908) z dnia 21.05.2013; Świat; s. 50
Oryginalny tytuł tekstu: "Wielki plan Erdoğana"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Miłość: jedna z najważniejszych potrzeb człowieka

Czym jest miłość i czy rzeczywiście jest człowiekowi niezbędna.

Katarzyna Growiec
06.02.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną