Świat

Kanada pachnąca ropą

Kiedyś żywica, dziś nafta

Pozyskiwanie ropy z piasków bitumicznych w okolicach Fortu McMurray w prowincji Alberta. Pozyskiwanie ropy z piasków bitumicznych w okolicach Fortu McMurray w prowincji Alberta. Jiri Rezac/Polaris / EAST NEWS
Od zawsze kojarzyła się z nieskażoną przyrodą. Odkąd jednak wyrosła na trzecią potęgę naftową świata, górę zaczęła brać zasada: coś za coś.
Protest przed kanadyjskim konsulatem w Chicago przeciw niszczeniu środowiska poprzez wydobycie ropy.BIGPICTURESPHOTO.COM/UPI Photo Protest przed kanadyjskim konsulatem w Chicago przeciw niszczeniu środowiska poprzez wydobycie ropy.

Artykuł w wersji audio

Jedną z największych atrakcji Zatoki św. Wawrzyńca na atlantyckim wybrzeżu Kanady są rejsy, podczas których obserwuje się wieloryby. Północna część Zatoki, nad którą ludzie osiedlili się ledwie kilka pokoleń temu, idealnie się do tego nadaje: ciepłe wody wielkiej Rzeki św. Wawrzyńca mieszają się tu z zimną wodą z oceanu, co powoduje obfitość krylu. Na uczty przypływa tu aż 13 gatunków wielorybów, w tym największe na świecie płetwale błękitne. W pobliżu niektórych zwierząt przewodnicy nie mogą się zatrzymywać i wcale nie chodzi im o bezpieczeństwo miłośników natury, stłoczonych na pokładzie motorówek. Nie zatrzymują się zwłaszcza wtedy, gdy w wodzie dostrzegą białe walenie. – To białuchy – tłumaczy jedna z przewodniczek. – Białuchy w Zatoce są chore i naukowcy, którzy je badają, kazali nam trzymać się od nich z daleka.

Okazuje się, że te kilkumetrowe wieloryby z Zatoki są w znacznie gorszej kondycji niż ich kuzyni z Arktyki, m.in. częściej zapadają na raka. Przyczyną są zapewne zanieczyszczenia m.in. z hut aluminium, które spływają tu największą kanadyjską rzeką z Montrealu, Quebeku i innych miast.

To jeden z wielu sygnałów, że kanadyjska przyroda nie jest tak nieskalana, jak się powszechnie uważa. Miejscowi ekolodzy i Indianie biją wręcz na alarm, że jest niszczona w niespotykanym tempie, a skutki tego procederu może odczuć cała planeta. Winna jest nowa gorączka, która wybuchła na zachodzie kraju. Tym razem złoto jest czarne i ma konsystencję mazi – chodzi o ropę ukrytą w tzw. piaskach bitumicznych prowincji Alberta, na północ od Calgary i Edmonton. Gdy niedawno pojawiły się odpowiednie technologie i piaski zaczęto uznawać za realne źródło ropy, Kanada wyrosła na trzeciego giganta naftowego świata – większe potwierdzone rezerwy ropy mają tylko Arabia Saudyjska i Wenezuela.

Kanadyjskie władze uważają ropę za olbrzymią szansę dla kraju i całego kontynentu, który mógłby uniezależnić się od importu z Bliskiego Wschodu. Konserwatywny premier Stephen Harper, który sam pochodzi z Alberty, widzi sprawę tak: za jednym zamachem kraj stanie się energetycznym mocarstwem, a USA zyskają przewidywalnego superdostawcę. Konieczne są jedynie olbrzymie inwestycje, które pozwolą ropę wydobyć i dostarczyć na południe. W 2006 r., niedługo po objęciu stanowiska, Harper nazwał pozyskiwanie ropy z piasków „przedsięwzięciem monumentalnych rozmiarów, podobnym do budowy piramid czy Wielkiego Muru Chińskiego”.

Kłopot w tym, że mowa o wyjątkowo brudnym źródle energii. Działacz Green­peace dr Keith Stewart twierdzi, że piasków bitumicznych w ogóle nie powinno się eksploatować, bo koszty zdecydowanie przewyższają korzyści. – W świecie, który próbuje przeciwdziałać zmianom klimatycznym, po prostu nie ma miejsca dla tego rodzaju ropy.

Jeśli zasoby leżą płytko, wydobywa się je metodą odkrywkową. Najpierw trzeba więc wyciąć las i zdjąć kilkanaście lub kilkadziesiąt metrów ziemi. Krajobraz zostaje całkowicie zniszczony. „Nigdzie indziej na Ziemi nie przemieszcza się dziś tyle ziemi”, pisał w 2009 r. magazyn „National Geographic”. Następnie ropę wypłukuje się z piasku za pomocą olbrzymich ilości gorącej wody. Na każdą baryłkę ropy potrzeba 1,5 baryłki wody. Brudna woda zanieczyszczona ropą jest składowana w specjalnych zbiornikach. Według Instytutu Pembina, który promuje w Kanadzie czyste źródła energii, toksyczne jeziora pokrywają już obszar 176 km kw. Kilka lat temu głośno było o stadzie pół tysiąca migrujących kaczek, które postanowiły odpocząć na jednym z takich jezior. Wszystkie zdechły. Zaczęto więc ustawiać boje ze sztucznymi ptakami drapieżnymi – atrapy mają odstraszać inne ptaki.

Zbiorniki znajdują się niejednokrotnie blisko rzek, więc ewentualny wyciek spowodowałby katastrofę ekologiczną. Miejscowi Indianie dowodzą, że zbiorniki już przeciekają, czego są i skutki: na skórze ryb w okolicznych rzekach i jeziorach pojawiają się dziwne czerwone plamy. Wśród Indian z Fortu Chipewyan, miejscowości w Albercie z około tysiącem mieszkańców, odnotowano wyjątkowy wzrost liczby przypadków raka. W rejonie Cold Lake, też w Albercie, w ciągu kilkunastu lat o ponad 70 proc. zmniejszyła się populacja karibu, na które polują Indianie.

Jeśli ropa leży za głęboko, by dostać się do niej metodą odkrywkową, w głąb ziemi wtłaczana jest rurami para wodna, która podgrzewa ropę i sprawia, że spływa ona do rur przechodzących pod złożem, skąd pompuje się ropę na powierzchnię. Ten sposób wymaga może nieco mniej wody, ale potrzeba jeszcze więcej energii, a krajobraz też jest zniszczony. Do tego dochodzi duża emisja gazów cieplarnianych, które powstają podczas podgrzewania wody. – Przez eksploatację piasków bitumicznych nie zanosi się, byśmy mieli dotrzymać zobowiązania, jakie złożyliśmy na konferencji klimatycznej w Kopenhadze – mówi Clare ­Demerse z Instytutu Pembina. Kanada nie jest włączona w jakikolwiek system podobny do europejskiego handlu pozwoleniami na emisję CO2. Zamiast tego próbuje emisję obniżać, przyjmując przepisy dotyczące poszczególnych branż. – Sęk w tym, że przepisów dla sektora naftowego ciągle nie ma, choć rząd od dawna je zapowiada – mówi Demerse.

Głównymi przeciwnikami przemysłu naftowego w Albercie są Indianie (zwani tu, zgodnie z poprawnością polityczną, Pierwszym Narodem). W tej kwestii autochtoni, których jest ok. 1,4 mln, czyli ponad 4 proc. mieszkańców kraju, zorganizowali się lepiej niż w jakiejkolwiek innej. Walczą z koncernami w sądach. Konstytucja gwarantuje im możliwość polowania, łowienia ryb i zastawiania pułapek na zwierzęta na terenach, gdzie tradycyjnie mieszkają. Ich zdaniem są tego konstytucyjnego prawa pozbawiani. Zmagania z firmami, które mogą opłacić armię najlepszych prawników, nie są łatwe. Organizują więc demonstracje w całej Kandzie, zawiązali sojusze z braćmi po drugiej stronie granicy, w USA.

Wyjątkową popularność, szczególnie w sieciach społecznościowych, zyskuje ruch Idle no More, czyli Koniec Bezczynności, założony przez kilka indiańskich kobiet. Współorganizują one „Lato suwerenności”, serię warsztatów i spotkań w wielu miastach, które mają uświadomić Kanadyjczykom, co się dzieje z przyrodą. Indianie są przekonani, że walczą nie tylko w swojej sprawie.

Do tej pory wszystko wskazywało, że tę walkę przegrają. Władze w Ottawie ostro lobbują na rzecz wydobycia ropy w USA i Europie, w interesie Kanady nie była m.in. unijna dyrektywa o jakości paliw, która wykluczała te pochodzące z piasków. Rząd zwiększył też pozwolenia na wydobycie w Albercie z 2 do 5 mln baryłek ropy dziennie i niebawem Kanada będzie czwartym producentem ropy po Arabii Saudyjskiej, Rosji i USA. Politycy nie mieli obaw – wystarczało im, że zwykli Kanadyjczycy zdawali się odnosić przychylnie do eksploatacji piasków. W różnych sondażach, zależnie od sformułowanego pytania, od połowy do trzech czwartych obywateli popierało wydobycie, choć pod warunkiem zachowania bliżej niesprecyzowanych wymogów ochrony środowiska. Cierpliwość Kanadyjczyków zdaje się jednak kończyć.

Powodem jest nie tylko samo niszczenie środowiska, lecz i to, w jaki sposób rząd wspiera przemysł naftowy. W zeszłym roku wiele protestów wywołały zmiany w przepisach o ochronie środowiska, forsowane przez ekipę Stephena Harpera przy okazji przyjmowania ustawy budżetowej. Przede wszystkim bardzo ograniczono liczbę projektów, których budowę musi poprzedzić ocena oddziaływania na środowisko. Poluzowano też zasady ochrony wód żeglownych. – Dokładnie takich zmian domagali się nafciarze, potrzebowali ich, bo ułatwiają kolejne inwestycje – mówi dr Keith Stewart z kanadyjskiego ­Greenpeace.

Teraz oceny oddziaływania na środowisko wymagają tylko główne rurociągi i kopalnie odkrywkowe. Te, gdzie ropę wydobywa się, wtłaczając w ziemię parę wodną, już nie. Przesunięcie o 20 km koryta rzeki też nie. – Nasz rząd zachowuje się jak kibic przemysłu naftowego, a nie jak arbiter godzący różne interesy. To sprawiło, że społeczne poparcie dla tych projektów spada – objaśnia dr Stewart.

Ekspansja sektora naftowego i ustępliwość rządu sprawiły, że niektórzy biją wręcz na alarm, że państwem zaczęła rządzić ropa. „W lasach północy kryje się mroczna tajemnica. W ciągu ostatniej dekady Kanada stała się międzynarodowym centrum przemysłu wydobywczego i zbójeckim petropaństwem” – napisał w magazynie „Foreign Policy” Andrew Nikiforuk, dziennikarz z Calgary, który od dawna śledzi rządową politykę energetyczną. – Nie jesteśmy petropaństwem niczym Nigeria, ale rządzący konserwatyści zdają się sądzić, że jeśli coś jest w interesie przemysłu naftowego, to jest w interesie Kanady. I wszystkich, którzy sądzą inaczej, traktują jak wrogów – komentuje Stewart z Greenpeace.

Zwykli Kanadyjczycy nadal niewiele myślą o tym, co się dzieje w odległej Albercie. Niczym sąsiedzi z południa nadal spalają hektolitry, jeżdżąc olbrzymimi krążownikami szos. I zachowują spokój, dopóki projekty naftowe bezpośrednio ich nie dotkną. Bodaj do największych protestów doszło na zachodzie – w Kolumbii Brytyjskiej – z powodu planowanego ropociągu z Alberty. Wschodnia Kanada natomiast protestuje przeciw wydobyciu gazu łupkowego. W Quebeku demonstracje były tak poważne, że wprowadzono moratorium na jego wydobycie, dopóki nie wyjaśni się możliwego wpływu na skażenie lokalnych wód. Teraz coraz intensywniej protestują mieszkańcy Nowego Brunszwiku, dokąd przeniosły się koncerny wydobywcze.

Przeciwnicy przemysłu naftowego zyskali cień nadziei, że wielki gambit premiera może się jednak nie udać. Nie wiadomo, czy powstanie ropociąg Keystone XL z Alberty do rafinerii w Teksasie. Lokalne protesty wybuchły także w Stanach. A prezydent Barack Obama potwierdził, że decydując ostatecznie o rurociągu, weźmie pod uwagę jego wpływ na zmiany klimatu. Akurat jeśli chodzi o podejście do kwestii emisji gazów cieplarnianych, to władze Kanady i USA zdają się zamieniać rolami. Barack Obama właśnie uczynił walkę z globalnymi zmianami klimatycznymi jednym ze swych priorytetów. Stephen Harper przedstawia redukcję emisji przede wszystkim jako balast zmniejszający konkurencyjność kanadyjskiej gospodarki.

Kanadyjskie władze grożą, co prawda po cichu, że jeśli USA nie kupi ich ropy, sprzedadzą ją Chińczykom. W poufnym rządowym dokumencie, który ujawniła w zeszłym roku kanadyjska telewizja CBC, znalazł się wniosek, że przyszedł czas, by robić interesy także z tymi, którzy mają diametralnie inne podejście do demokracji czy praw człowieka. – Jest już oczywiste, że kwestia ropy wpływa w Kanadzie na wszystko, od ochrony środowiska po politykę zagraniczną – komentuje ­Clare ­Demerse z Pembiny. Dostarczenie ropy Chińczykom także nie będzie jednak proste. Konieczny jest bowiem kolejny rurociąg do zachodniego wybrzeża Kanady. Władze prowincji, które zarządzają zasobami naturalnymi, zgłosiły jednak zastrzeżenia do projektów. Nie ma więc gwarancji, że będzie jak wysłać ropę na wybrzeże i do Państwa Środka.

Surowiec z Alberty wysyłany jest także pociągami do rafinerii na wschodzie kraju. Katastrofa kolejowa z początku lipca w Lac-Megantic w Quebeku zapewne na długo obniży jednak poparcie dla takiej formy transportu łatwopalnych towarów. Nad pociągiem wiozącym 73 wagony ropy stracono kontrolę i w środku nocy, z prędkością 101 km na godzinę, wjechał do niewielkiego miasteczka. Wagony się wykoleiły, a wpadając na siebie, rozlewały ropę i wybuchały oraz taranowały budynki. Wiadomo, że zginęło około 50 osób. Do tej pory nie znaleziono wszystkich ciał. I właśnie trudności w dostarczeniu ropy do klientów, skuteczniej niż oburzeni obywatele, Indianie i ekolodzy, mogą sprawić, że kolejne kopalnie będą powstawać wolniej.

Dominika Pszczółkowska z Quebeku

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Mistrz efektów specjalnych. Leonardo da Vinci na dworze mediolańskich władców

Na mediolańskim dworze Sforzów odpowiadał za rozrywki: widowiska, turnieje, bankiety.

Anna Brzezińska
21.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną