Świat

Zbawca czy fałszywy prorok?

Jeff Bezos, założyciel Amazona, człowiek, który kupił TĘ gazetę

Bezos do niedawna twierdził, ze prasa drukowana ma przed sobą zaledwie 20 lat życia. Tymczasem stał się właśnie właścicielem „The Washington Post”. Bezos do niedawna twierdził, ze prasa drukowana ma przed sobą zaledwie 20 lat życia. Tymczasem stał się właśnie właścicielem „The Washington Post”. Jin Lee/Bloomberg/Getty Images / FPM
Założyciel Amazona Jeff Bezos, który kupił legendarny dziennik „The Washington Post”, to ikona Internetu. Co zrobi lis, który stał się posiadaczem kurnika?
Czy Jeff Bezos ma kompleks Stevea Jobsa?Steve Jurvetson/Wikipedia Czy Jeff Bezos ma kompleks Stevea Jobsa?

Jeff Bezos zbliża się do pięćdziesiątki, jest niewątpliwie jednym z najbardziej utalentowanych przedsiębiorców cyfrowego kapitalizmu. Po śmierci Steve’a Jobsa, twórcy koncernu Apple, założyciel i szef Amazon.com przejął miano największego innowatora w branży cyfrowej. Zaczął w 1994 r. od internetowej księgarni. Po dwóch dekadach Amazon.com przekształcił się w jedną z największych na świecie cyfrowych platform oferujących nie tylko towary wszelkiej maści i usługi, lecz także ukrytą w gigantycznych centrach obliczeniowych moc. Ma z niej korzystać nawet CIA w ramach wartego 600 mln dol. kontraktu, choć to porozumienie spowiły czarne chmury po proteście konkurenta, IBM.

Pomnik dla Bezosa

Bezos już w 1999 r. zdobył zaszczytne miano Człowieka Roku nadawane przez tygodnik „Time”. Od tamtego czasu wielokrotnie przyznawano mu wiele honorowych tytułów za zasługi dla biznesu, na jego liście trofeów jest nawet doktorat honoris causa prestiżowej uczelni Carnegie Mellon University. Szef Amazona zapisał się już w historii. To jednak zbyt mało, zdaniem komentatorów o psychoanalitycznym zacięciu, by znaleźć w niej trwałe i godne miejsce – do tego nie wystarczy władza pieniądza. Potrzebna jest jeszcze władza symboliczna.

W Stanach Zjednoczonych doskonałym wcieleniem takiej władzy stał się w ciągu 135 lat istnienia dziennik „Washington Post”. To na jego łamach Bob Woodward i Carl Bernstein ujawnili aferę Watergate, doprowadzając do upadku Richarda Nixona. Pozbawić stanowiska i władzy prezydenta USA, najpotężniejszą osobę na świecie – trudno o lepszy pokaz siły. Niejedyny przecież.

„Washington Post” zasłynął także opublikowaniem tzw. Pentagon Papers, czyli tajnych dokumentów przedstawiających szczegóły wojny w Wietnamie, ujawnionych gazecie przez Daniela Ellsberga. Wydawca wraz z redakcją stoczyli heroiczny bój w sądzie o prawo do takiej niedyskrecji. 30 lat później na łamach tej samej gazety Dana Priest ujawniła informacje o tajnych więzieniach CIA. Z reperkusjami tych rewelacji zmagają się cały czas władze wielu krajów, również Polski.

Jeśli więc Jeff Bezos cierpiący na kryzys wieku średniego szukał okazji, by zafundować sobie pomnik, nie mógł znaleźć lepszej oferty. Zwłaszcza że kupił legendę prasy drukowanej de facto po przecenie – 250 mln dol. to zaledwie 1 proc. osobistego majątku szefa Amazon.com. Dekadę temu musiałby wydać o rząd wielkości więcej, za najlepsze tytuły w USA płaciło się wówczas w miliardach. Jeszcze w 2007 r. globalny magnat prasowy Rupert Murdoch zapłacił za „Wall Street Journal” 5 mld dol.

Transakcja zawarta pomiędzy rodziną Grahamów, zawiadującą przez 80 lat „Washington Post”, i Jeffem Bezosem wstrząsnęła zarówno redakcją do końca nieświadomą tajnych negocjacji, jak i prasową branżą. Wszak Bezos zaledwie pół roku wcześniej powiedział w wywiadzie dla „Berliner Zeitung”, że prasa drukowana ma przed sobą najwyżej 20 lat życia, w Internecie nikt zaś nie będzie chciał płacić za newsy. I spuentował, że już zbyt późno, by to zmienić.

Dwa tygodnie później wydawnictwo Grüner+Jahr – należące do koncernu Bertelsmann – zamknęło niemieckie wydanie dziennika „Financial Times”. Chwilę później przestała istnieć papierowa wersja amerykańskiego tygodnika „Newsweek”. Można go czytać już tylko w Internecie, nie wiadomo zresztą, jak długo, bo cyfrowa terapia nie uzdrowiła pacjenta najwyraźniej cierpiącego na śmiertelną chorobę. W lipcu br. gigant wydawniczy Axel Springer sprzedał portfel wydawnictw papierowych, zapowiadając, że czas skoncentrować się na biznesie cyfrowym, a wydawca „The New York Times” pozbył się za 70 mln „The Boston Globe” – dwie dekady wcześniej tytuł był wart 1,1 mld dol.

Życie zdaje się potwierdzać prognozę Jeffa Bezosa. Tylko w Stanach Zjednoczonych rynek reklamy prasowej zmalał z blisko 50 mld dol. w 2005 r. do ok. 19 mld obecnie. Strat nie wypełniły wydawcom rosnące przychody z Internetu – w 2012 r. wyniosły one zaledwie 3,3 mld. Blisko 30 mld dol. wyparowało. Lub raczej przeniosło się w znacznej mierze do nowych mediów, z firmami takimi jak Google na czele.

Brutalny kapitalista

Czy kupno „Washington Post” ma jakikolwiek biznesowy sens? Bez względu na to, ile prawdy jest w argumentacji psychoanalitycznej, która miałaby tłumaczyć decyzję Bezosa, trzeba pamiętać, że jest on jednym z najbrutalniejszych współczesnych kapitalistów, mierzącym efektywność swojego biznesu do ostatniego centa. Pracownikom płaci poniżej średniej dla firm internetowych, w zamian oferując możliwość załapania się na akcje firmy. Trzeba jednak wytrwać w reżimie, w którym pracownik działu obsługi klienta musi odpowiadać co najmniej na siedem e-maili na minutę.

Francuską opinię publiczną zbulwersowała w połowie br. książka „W Amazonii. Infiltrując »najlepszy ze światów«”. Dziennikarz Jean-Baptiste Malet zatrudnił się przed świętami Bożego Narodzenia w jednym z centrów logistycznych Amazon.com we Francji. Pracował na nocną zmianę z rzeszą innych pracowników, w większości o statusie tymczasowym. Każdy ich ruch był monitorowany przez elektroniczne czujniki i komputery wskazujące, jak najszybciej dotrzeć do towaru, i jednocześnie mierzące efektywność pracy. W ciągu nocnej zmiany przysługiwało prawo do dwóch przerw, jedna na koszt firmy, druga na koszt pracownika.

Szefa tak zorganizowanej firmy, słynącej również z mistrzostwa w „optymalizacji podatkowej”, czyli unikania płacenia podatków na wszelkie możliwe sposoby, nie można oskarżyć o sentymentalizm. Nigdy też wcześniej nie dał się poznać jako szczególnie hojny filantrop. Owszem, wsparł z żoną w 2012 r. kwotą 2,5 mln dol. kampanię na rzecz prawa gejów do zawierania małżeństw w stanie Washington (tam ma siedzibę centrala Amazona). Daleko mu jednak do szczodrości Billa Gatesa.

Inne swoje hobby, wynikające z młodzieńczej jeszcze pasji i pragnienia zbawienia świata, realizuje w jak najbardziej policzalnym modelu biznesowym – to inwestycje w prywatną kosmonautykę. Jako 18-latek wyznał w 1982 r. w rozmowie z „Miami Herald”, że chce uratować Ziemię, najlepszym zaś sposobem byłoby wysłanie ludzi w kosmos. 18 lat później, w 2000 r., założył po cichu firmę Blue Origin, której istnienie wyszło na jaw dopiero w 2006 r., kiedy Bezos zaczął wykupywać ziemię w Teksasie pod przyszły kosmodrom. Zgodnie z najnowszymi informacjami szef Amazon.com wchodzi obecnie w sojusz z Richardem Bransonem, innym ekscentrycznym miliarderem i miłośnikiem podróży kosmicznych.

O ile jednak w kosmosie kryje się przyszłość, to prasa drukowana ma już tylko wspaniałą przeszłość. Ciągle więc pozostaje pytanie – jaki jest rzeczywisty powód prywatnej inwestycji w „Washington Post”, gazetę od kilku lat przynoszącą systematycznie straty? Psychologowie biznesu odpowiadają: kompleks Steve’a Jobsa. Legendarny twórca Apple zasłynął ze zdolności do cudownych reinkarnacji. Wyrzucony z założonej przez siebie firmy w latach 80. wrócił do niej w 1997 r., gdy bankrutowała. Zanim przedwcześnie umarł, uczynił z Apple najbogatszą firmę świata, dysponującą gigantycznymi zasobami gotówki, najdroższą marką i fanatyczną wręcz lojalnością klientów.

Fałszywy prorok

Jeśli Bezos zdoła wymyślić sposób na ożywienie „Washington Post”, wskaże przyszłość mediów. Zarobi wówczas i jednocześnie też zaspokoi swoją próżność, z internetowego sklepikarza stając się zbawcą kultury. Niestety, za kalkulacją tą kryje się więcej wątpliwości niż pewnych odpowiedzi. Nowy właściciel waszyngtońskiej gazety jest niewątpliwie mistrzem innowacji, który rewolucjonizuje każdą gałąź biznesu, jakiej się dotyka. Czy to jednak wystarczy?

Czy człowiek, którego firma prowadzi grube interesy z CIA, będzie zainteresowany ujawnianiem brudnych tajemnic swojego cennego klienta? Czy człowiek, którego firma bez wahania odpowiedziała na „prośbę” rządu USA i wyrzuciła ze swych serwerów serwis Wikileaks, byłby gotów walczyć o prawo do publikacji „Pentagon Papers”? W końcu – czy zbawcą prasy ma być ktoś, kto unika słowa czytelnik, bo woli bardziej konkretne biznesowo pojęcie klient? Pytania sugerują odpowiedzi i dlatego wielu komentatorów traktuje Bezosa jak fałszywego proroka, a zakup „Washington Post” jako przełomowy element walki kapitalizmu cyfrowego z analogowym.

Ważny element dramatu rozegrał się pod koniec 2011 r., kiedy Kongres USA próbował przeforsować dwie ustawy o nazwach SOPA i PIPA. Miały one wzmocnić narzędzia służące ochronie praw autorskich i walce z piractwem komputerowym. Pracę zastopował bezprecedensowy bunt Internetu – przeciwko legislacyjnym pomysłom zgodnie stanął cyfrowy biznes i środowiska aktywistyczne. Wikipedia przez cały dzień wyświetlała czarny ekran, a lobbyści Facebooka i Google przekonywali, że przyszłość świata to Internet, a przyszłość Internetu to wolność od wszelkich zbędnych ograniczeń: będzie tym jaśniejsza, im mniej się będzie płacić podatków, martwić o prywatność użytkowników i przestrzegać tego reliktu epoki analogowej, jakim są prawa autorskie.

Bunt przeciwko SOPA i PIPA pokazał, jak już silny jest polityczny muskuł cyfrowego świata. I nieustannie się wzmacnia – firmy takie, jak Amazon, Google, Microsoft, systematycznie zwiększają nakłady na lobbing w Waszyngtonie i Brukseli. Co szkodzi wzmocnić swoją pozycję, kupując gazetę, od której rozpoczyna dzień każdy amerykański kongresmen?

Znaczenie silnej prasy

Nie brakuje jednak też pozytywnych i życzliwych wobec Jeffa Bezosa komentarzy. Najciekawsze padły z ust Boba Woodwarda i Carla Bernsteina, dziennikarzy, którzy wykryli słynną aferę Watergate. Żywią oni przekonanie, że ludzie tacy jak Bezos, czyli elita nowego kapitalizmu, doskonale rozumieją znaczenie silnej prasy. Prowadząc swoje firmy, pokazali, że myślą strategicznie, patrząc kilkadziesiąt lat do przodu. Tej umiejętności zabrakło wydawcom prasowym.

Rzeczywiście, pierwsze sygnały radykalnej zmiany widać było na przełomie stuleci. Newsem początku 2000 r. stała się informacja, że serwis internetowy AOL kupił koncern medialny Time Warner za 164 mld dol.! Trwała internetowa gorączka złota i wszyscy mówili o Nowej Ekonomii. Przejęcie starej instytucji medialnej przez awangardę nowego świata oszałamiało, lecz zanim komentatorzy otrząsnęli się z szoku, pękła bańka spekulacyjna. Zakończył ją w marcu 2000 r. spektakularny krach na giełdzie. Prasa zareagowała na ten pierwszy cyfrowy kryzys z arogancją: skończyła się kolejna moda, można skreślić Internet z listy tematów. Fuzja AOL z Time Warner to przypadkowa wpadka (mezalians zakończył się ostatecznie w 2009 r.). Wracamy do starego, sprawdzonego biznesu. Wszystko zgadzało się do mniej więcej 2005 r., do tego czasu rosły nawet przychody reklamowe, choć już powoli zaczęło maleć czytelnictwo.

A potem zaczął się zjazd po równi pochyłej: na rynek wkroczył YouTube, Facebook, Twitter. Apple, Amazon, Google zdążyły już zapomnieć o katastrofie roku 2000. Ostatnie tłuste lata, jakie można było przeznaczyć na inwestycje i poszukiwanie nowych modeli biznesowych, prasa w większości przespała lub podeszła do cyfrowej rewolucji zbyt nieudolnie, by odnaleźć patent na przyszłość. I nadszedł Jeff Bezos.

Polityka 34.2013 (2921) z dnia 20.08.2013; Świat; s. 50
Oryginalny tytuł tekstu: "Zbawca czy fałszywy prorok?"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Jak komunikować swoje potrzeby

Jak wyrazić swoje potrzeby, aby inni je uwzględniali.

Anna Dąbrowska, Anna Dobrowolska
06.02.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną