Świat

Nierówność zabija

Cierpisz z powodu nierówności społecznych? Na domiar złego prawdopodobnie będziesz żył krócej

Lechon Kirb / StockSnap.io
O tym, że po osiągnięciu pewnego poziomu rozwoju jakość życia bardziej zależy od podziału bogactwa niż od jego wzrostu - mówi Richard Wilkinson.
Hierarchie są wynikiem oddalających nas podziałów wynikających z walki o dostęp do dóbr.Jianan Yu/Reuters/Forum Hierarchie są wynikiem oddalających nas podziałów wynikających z walki o dostęp do dóbr.
Richard G. Wilkinson, brytyjski epidemiolog społeczny.AN Richard G. Wilkinson, brytyjski epidemiolog społeczny.

Wywiad ukazał się w POLITYCE w październiku 2013 r.

Jacek Żakowski: – Dlaczego nierówność dochodów ma takie znaczenie?
Prof. Richard Wilkinson: – Bo im większa nierówność, tym bardziej wszyscy martwimy się o swoją pozycję. Rośnie konkurencja o status, niepokój, że możemy stracić miejsce w szyku, i troska o to, jak nas postrzegają inni. A ludzie postrzegają się nawzajem tym gorzej, im większe są nierówności.

Chodzi o pieniądze?
O miejsce w hierarchii i dystans, który nas dzieli. Amerykanie zarabiają i wydają na zdrowie dużo więcej niż Francuzi czy Włosi, a żyją krócej i więcej chorują. We wszystkich grupach dochodowych są bardziej narażeni na plagi społeczne. Gdybym z moim dość wysokim społecznym statusem profesora brytyjskiego uniwersytetu żył w społeczeństwie o mniejszych nierównościach – w Skandynawii, Japonii czy Niemczech – miałbym szansę żyć statystycznie dłużej i w lepszym zdrowiu, byłbym mniej narażony na akty agresji czy kradzież, moje dzieci miałyby statystyczną szansę uczyć się trochę lepiej, trochę mniej bym się martwił, że moja córka zajdzie w ciążę, zanim skończy szkołę, albo że wciągną ją narkotyki.

Dlaczego?
Thomas Hobbes w XVII w. pisał, że konkurencja wszystkich ze wszystkimi o żywność, pracę, ziemię, partnerów seksualnych może być okiełznana tylko przez silne państwo wymuszające przestrzeganie reguł. I miał wiele racji. Ale nie zauważył, że ludzie mają też potencjał empatii, miłości, wspierania się. Są one dla nas przynajmniej równie ważne, jak walka i konkurowanie. Przekonanie, że inni nas szanują i potrzebują, że mamy w nich oparcie, jest przynajmniej tak ważne dla naszego samopoczucia, jak zwycięstwa. To się przekłada na nasze życie. Dawno zauważono, że w brytyjskich miastach różnica średniej długości życia między dzielnicami wynosi nawet dziesięć lat.

Bo biedni żyją krócej.
Kiedy epidemiolodzy dokładniej zbadali źródła tej różnicy, okazało się, że nie pieniądze są kluczem, tylko status społeczny, wczesne dzieciństwo i przyjaźń. Analiza ponad 150 prowadzonych w różnych krajach badań pokazała, że długość życia w większym stopniu zależy od liczby przyjaciół niż od palenia tytoniu.

Lepiej mieć przyjaciół i palić, niż nie palić i żyć samotnie?
Przyjaźń może niwelować złe skutki palenia. To pokazuje, jak ważne jest społeczne zakorzenienie.

Hegel nazywał to potrzebą uznania. Walkę o uznanie uważał za motor dziejów.
Walka o uznanie jest często ważniejsza niż walka o dobra materialne. Jeżeli jesteśmy otoczeni miłością w dzieciństwie, cenieni przez przyjaciół, szanowani w innych społecznych relacjach, to mniej chorujemy i dłużej żyjemy. Gdy problem głodu zostaje rozwiązany, afirmacja i komfort emocjonalny rodziców są dla zdrowia dziecka najważniejszym, co może dać rodzina.

To nie wyjaśnia problemu zabójstw, samobójstw i ciąż nastolatek.
Przemoc jest częstsza w społeczeństwach o większych nierównościach, bo w dużym stopniu napędza ją upokorzenie. Jeżeli nie umiem inaczej zrównoważyć wstydu, że jestem biedniejszy, gorzej wykształcony, mniej ważny w strukturach społecznych, zademonstruję przewagę fizyczną. Walnę bogatszego lub ważniejszego w zęby. Im większa, trudniejsza do pokonania jest różnica statusu, tym pokusa przemocy jest większa. By upokorzyć stojącego wyżej albo by przejąć symbole jego statusu. Jak zabiorę mu drogi zegarek, to zmniejszę różnicę statusów. Psychologowie twierdzą, że upokorzenie jest najczęstszą przyczyną przemocy. Seks też jest często formą walki o uznanie. Decyduję się na seks, bo chcę czuć się dla kogoś ważny.

Nie da się zlikwidować różnic między ludźmi, bo jesteśmy różni i mamy różną przydatność dla innych.
Pytanie, jak to okazywać. Hobbes ma rację, że ludzie walczą o nagrody. Ale w relacjach między nami równie ważne jak zwycięstwa są dary. Gdy daję komuś prezent, uznaję go i jego potrzeby. Nie zasługi. Bezinteresowne dary budują więzi między ludźmi i tworzą społeczeństwo. Hierarchie są wynikiem oddalających nas podziałów wynikających z walki o dostęp do dóbr. Dzielenie się niweluje skutki tej walki, ogranicza upokorzenie słabszych, mówi im: jesteś ważny, chociaż walkę o dobra przegrałeś.

To zniechęca do większego wysiłku.
Żaden wysiłek nie sprawi, że wszyscy będą wykonywali najwyżej wyceniane zajęcia. Zbyt duże nierówności biednych zniechęcają. Na łagodny pagórek prawie każdy spróbuje się wdrapać. Na Everest mało kto się wybierze. A skala różnic płacowych nie zależy od tego, jak bardzo słabsi się starają, tylko od tego, na jakie nierówności społeczeństwa się godzą.

I od tego, jak się społeczeństwo rozwija. Wielu ekonomistów powtarza, że szybki rozwój to szybki wzrost nierówności.
To może być prawda na niskim poziomie rozwoju. A ja nie zajmuję się wczesnymi etapami rozwoju ani krajami próbującymi wcielać pełną równość. Nie jestem za pełną równością. Analizuję sytuację w bogatych demokracjach rynkowych. Nie ma tam prawidłowości wskazującej nierówność jako motor albo efekt wzrostu. Skandynawia rozwija się szybko, a skala nierówności i związanych z nią patologii jest tam mniejsza niż w większości krajów rozwiniętych. Japonia miała dekady bardzo szybkiego rozwoju bez wzrostu nierówności. Niemcy i Ameryka rozwijały się szybciej, gdy miały mniejsze nierówności. Gdy nierówności wzrosły, tempo wzrostu spadło. Wiele prac wskazuje, że mniejsze nierówności sprzyjają wzrostowi.

Od czego zależy skala nierówności?
W zamożnych demokracjach rynkowych działają dwa modele społeczne. Model o niższych nierównościach daje znacznie wyższą jakość życia. Amerykanie wydają na służbę zdrowia trzy razy więcej niż Grecy, a żyją dwa lata krócej. W USA najdłużej żyje się w stanach o niższych nierównościach, a najkrócej w stanach o dużych nierównościach. Nie ma to związku ze średnią zamożnością i z wydatkami na zdrowie. Podobnie jest z poziomem przemocy, ciąż nieletnich, otyłości, procentem więźniów w populacji, częstotliwością chorób psychicznych. Bez względu na klimat, szerokość geograficzną, kulturę, średni poziom wykształcenia i dietę te problemy rosną ze wzrostem nierówności.

Jak pan to odkrył?
Od początku pracy interesowałem się, dlaczego jedne grupy żyją zdrowo i długo, a inne chorują i wcześnie umierają. Wiadomo, że klasy społeczne różnią się pod względem zdrowia i długości życia. Przeanalizowałem długość życia osób wykonujących różne prace. I okazało się, że nie zależy ona od klasy społecznej ani od poziomu dochodów, tylko od relacji społecznych. Wiadomo już było, że kiedy jedno z małżonków umiera, w następnych miesiącach gwałtownie rośnie prawdopodobieństwo śmierci i choroby drugiego. Taki skutek mają też utrata pracy czy bankructwo. To wskazywało, że stres może być przyczyną wielu chorób i śmierci.

Z nierównościami to nie ma wiele wspólnego.
Ale prowadziło do uznania stresu za klucz dla naszego zdrowia. Przełom przyniosły badania małp w zoo, które mają identyczne warunki – dostatek żywności, te same warunki egzystencjalne – a jednak te, które są niżej w hierarchii, częściej chorują i wcześniej umierają. Wydawało się, że wyższe miejsca zajmują zdrowsze egzemplarze. Okazało się, że kiedy przeniesie się małpę do innej klatki i jej pozycja w hierarchii wzrośnie, to poprawi się stan jej zdrowia, a jeśli jej pozycja po przeniesieniu spada, małpa częściej choruje.

Sukces leczy, a porażka zabija?
Podobne procesy obserwujemy u ludzi. Na przykład w badaniu 17 tys. londyńskich urzędników obserwowanych od połowy lat 60. do śmierci i podobnej grupy, która jest obserwowana od połowy lat 80. Wiemy, jakie kto ma miejsce w hierarchii i jak się ono zmieniało. Mieli podobną pracę, podobne zarobki, podobne warunki życia, podobną opiekę zdrowotną, podobne kompetencje kulturowe. Wszyscy uważali się za klasę średnią. A niżsi urzędnicy umierali przed emeryturą trzy razy częściej niż wyżsi.

Mieli mniej pieniędzy, by o siebie dbać.
Sytuacja materialna zależy nie tylko od zarobków, ale też od sytuacji rodzinnej, inwestycji, odziedziczonych zasobów i nie miała istotnego znaczenia. Dzięki tym badaniom zrozumiałem, że skoro miejsce w hierarchii i stres statusowy mają taki wpływ na śmiertelność, to muszą też wpływać na inne aspekty życia. Zwłaszcza kiedy przeczytałem wyniki badań nad stresem prowadzonych na ochotnikach, którym dawano różne stresujące zadania i badano, jak ich wykonywanie podnosi poziom kortyzolu, czyli hormonu stresu. Okazało się, że organizm wytwarza najwięcej kortyzolu, kiedy stajemy w obliczu „niebezpieczeństwa społecznej oceny”. Kiedy się możemy wygłupić, poniżyć, skompromitować, ośmieszyć, być źle ocenieni. To jest codzienność niższego urzędnika. Pomyślałem, że jest to też codzienność każdego, kto swój status odbiera jako podrzędny. Zacząłem badać zależność między chronicznym stresem „niebezpieczeństwa społecznej oceny” a otyłością i ciążą nastolatek. Okazało się, że jest silna korelacja. Wtedy coś zaskoczyło. Pomyślałem, że nie bieda, a chroniczny nadmiar kortyzolu jest główną przyczyną chorób i patologii na dole drabiny społecznej.

Chorujemy ze wstydu?
To była hipoteza. By ją potwierdzić, potrzebowaliśmy baz danych, które udało nam się zdobyć w USA. Policzyliśmy we wszystkich stanach zgony spowodowane chorobami zdecydowanie częściej występującymi w klasach niższych – jak choroby serca czy układu krążenia, i takimi, których częstotliwość nie jest zróżnicowana klasowo – jak rak prostaty czy piersi. Okazało się, że im bardziej występowanie jakiejś choroby jest uzależnione klasowo, tym częściej występuje ona w stanach o dużych nierównościach, a rzadziej tam, gdzie nierówności są małe. Stany się różnią pod względem zamożności i wydatków na zdrowie. Ale to nie ma istotnego wpływu na zdrowie i długość życia. To umocniło moje przekonanie, że kluczem jest duma i wstyd. Upokorzenie, że jesteśmy gorsi, słabiej wykształceni, gorzej ubrani, że mamy gorszy dom, samochód, jacht, odrzutowiec. Na każdym poziomie zamożności ostra stratyfikacja szkodzi, bo im jest ostrzejsza, tym staje się ważniejsza w naszej hierarchii wartości. A zawsze ktoś ma czegoś więcej niż my.

„Duch równości” ukazał się pięć lat temu. W wielu krajach było to wydarzenie omawiane w mediach i komentowane przez polityków. Ale żadne społeczeństwo o dużych nierównościach nie postanowiło ich zmniejszyć.
Bo większe nierówności sprawiają, że społeczeństwa stają się bardziej egoistyczne. To są trwałe kulturowe zniszczenia. Nierówność zabija ducha solidarności, rozbija więzi między ludźmi. W mniej równych społeczeństwach ludzie dłużej pracują, więcej pożyczają, przywiązują większą wagę do pieniędzy i do ostentacyjnej konsumpcji, częściej uważają, że nie mają czym się dzielić z innymi. Nie jest przypadkiem, że na pomoc zagraniczną największą część PKB przeznacza Skandynawia.

USA też dużo dają.
Ta tradycja powstała, nim USA stały się krajem wielkich nierówności. Tocqueville opisał je jako kraj równości. Potem nierówności rosły. Wielki Kryzys i wojna je radykalnie zmniejszyły. Do lat 70. równość była czołową amerykańską wartością. Ameryka miała mniejsze nierówności niż Europa. To się zmieniło w latach 80. Potem zaczęły się pogłębiać nierówności w Europie. Dziś poziom nierówności jest taki jak w latach 30. XX w. To się pokrywa w czasie z siłą związków zawodowych. W Europie też z wpływami socjaldemokracji. Gdy związki i socjaldemokracja słabną – nierówności rosną. Gdy się wzmacniają – nierówności maleją.

Równość zależy od cykli politycznych?
Skala nierówności to wynik dominujących przekonań. Nie żadnych obiektywnych praw. Ludzie umieją żyć w różnych społeczeństwach, od skrajnie egalitarnych społeczeństw myśliwych-zbieraczy do skrajnie rozwarstwionych tyranii. Umiemy dominować i podporządkowywać się. A postępujemy tak, jak nam pozwala środowisko społeczne. Uczymy się tego we wczesnym dzieciństwie. Nawet przed narodzeniem.

Równości uczymy się w łonie matki?
Nierówności też. Coraz więcej się dowiadujemy o biologicznym podłożu tych procesów. Na przykład obserwując dzieci mieszkanek Nowego Jorku, które będąc w ciąży 11.09.2001, przeżyły traumatyczny stres. Obserwacje potwierdzają przypuszczenia, że osobowość kształtowana jest przez środowisko wczesnego dzieciństwa. Wtedy organizm przystosowuje się do życia, w którym o przetrwaniu decyduje walka lub w którym ważniejsza jest empatia. Zanim człowiek zaczyna samodzielnie myśleć, staje się nieufny wobec innych, którzy są postrzegani głównie jako rywale, lub otwarty, gdy w środowisku dominuje empatia i wzajemne wsparcie. To zrozumieliśmy dość dawno. Teraz zaczynamy odkrywać zmiany epigenetyczne.

Czyli?
Środowisko nie może zmienić naszych genów, ale może decydować o tym, jak silnie ujawniają się genetyczne predyspozycje. Jedne może wzmacniać, a inne osłabiać.

Kryzys narastanie nierówności zatrzymał, bo ograniczył dochody najbogatszych. Ale to się kończy. Myśli pan, że da się trwale ograniczyć nierówność?
To nieuniknione. Bo rosną jej społeczne, polityczne i gospodarcze koszty.

Ale jak to zrobić?
Są dwie drogi. Szwedzka i japońska. W Szwecji są bardzo duże różnice dochodowe, a państwo niweluje je przez wysokie podatki i politykę społeczną. Japonia utrzymuje mniejsze różnice dochodów przez zrównoważony system płac. Model japoński jest lepszy, bo nie prowadzi do masowego unikania podatków i uciekania do rajów podatkowych. Sprzyja budowaniu uczciwych społeczeństw, tworzeniu zaufania, niższej przestępczości. To dobrze, że Europa zaczęła walkę z rajami podatkowymi i unikaniem podatków, ale to jest doraźne niwelowanie skutków. A trzeba się zająć problemem.

Czyli?
Celem powinna być demokratyzacja zachodniej gospodarki.

Jak to zrobić?
Na przykład zwiększając udział pracowników we władzach firm. Tam gdzie są reprezentowani – jak w Niemczech – rozpiętość płac jest mniejsza, a wydajność wyższa. Spółdzielczość i spółki pracownicze też demokratyzują płace, skuteczniej chronią miejsca pracy i są bardziej wydajne gospodarczo. Przedsiębiorstwa powinny być mniej własnością, a bardziej wspólnotą. Korporacje to wiedzą. Gdy wspólnota jest bardziej realna, wzrost wydajności jest głębszy i trwalszy.

I ludzie mniej chorują?
Chorują tym mniej, im więcej mają do powiedzenia.

W Polsce najwięcej chorują mundurowi.
To by się zgadzało. W formacjach mundurowych ludzie na każdym kroku czują podległość. Ale z pewnością im wyższe miejsce w hierarchii, tym chorują mniej.

Czyli demokracja to zdrowie.
Oczywiście.

To potwierdza polskie doświadczenie. Po zmianie systemu PKB radykalnie spadło, dochody w pierwszym okresie zmalały, służba zdrowia przeżyła załamanie, czas pracy się wydłużył, a długość życia rosła. Goniliśmy Zachód. Po dwudziestu latach różnice społeczne wzrosły powyżej europejskiej średniej i zaczęliśmy tracić dystans do Zachodu. Czy to znaczy, że owoce wolności zostały zniwelowane przez skutki nierówności?
To trzeba zbadać. Problemem jest nie tylko sam wzrost nierówności, ale też sposób, w jaki zaczęto go publicznie uzasadniać od czasów Reagana i Thatcher. Kiedy wciąż słyszysz, że twoja bieda i niska pozycja społeczna wynika z tego, iż jesteś leniwy i głupi, stres statusowy się wzmacnia i staje się bardziej niszczący. Ludzie jeszcze bardziej przejmują się tym, jak są ocenieni. Zawstydzeni swoją sytuacją separują się, wycofują, tracą aspiracje. Nawet przestają marzyć. Co taki człowiek robi, gdy czuje kulturowy przymus, by utrzymywać jakieś relacje społeczne? Przed wyjściem z domu wypija parę drinków. Lub sięga po narkotyki. Pracownicy społeczni często zgłaszają, że czuli alkohol od petentów, którzy przyszli do urzędu prosić o pracę.

Powinno się dawać pomoc bez proszenia?
Bez łaski. Ale w społeczeństwach mocno zróżnicowanych ludzie na wszystkich szczeblach popadają w obsesję dobrego wrażenia. Im większe rozwarstwienie, im bardziej czujemy się podporządkowani, tym większą wagę przywiązujemy do tego, jak jesteśmy ubrani, jak wyglądamy, co inni pomyślą, kiedy nas zobaczą.

Ludzie lepiej się czują, gdy lepiej wyglądają. Co w tym złego?
To staje się obsesją. Ludzie się rujnują i zaniedbują inne sfery życia, byle się prezentować. W najuboższych dzielnicach Ameryki i Anglii kobiety zadłużą się i wydadzą ostatni grosz na tipsy, a mężczyźni na markowe dresy. Dziewczyny zrobią wszystko, żeby zapłacić za powiększenie piersi, a chłopcy, żeby szpanować autem. Im większe rozwarstwienie, tym więcej gotowi jesteśmy oddać w zamian za symbole statusu. To jest problem leżący też u podłoża kryzysu. Nierówność napędza chciwość, która do pewnego momentu stymuluje rozwój, ale potem tylko tworzy patologie.

Można je ograniczać prawem i nadzorem.
Emocje trudno jest kontrolować. A stres statusowy bywa bardzo bolesny. Badania pokazują, że wykluczenie społeczne oddziałuje na te same obszary mózgu co fizyczny ból. Niedawno opublikowano badanie, które pokazuje, że te same lekarstwa, które zmniejszają ból – na przykład paracetamol – zmniejszają też poczucie wykluczenia. To widać po rejestrowanych przez skaner reakcjach fizjologicznych mózgu. Można to też uchwycić w badaniach ankietowych. To częściowo tłumaczy nadużywanie środków przeciwbólowych w niższych klasach i w społeczeństwach o większym rozwarstwieniu.

Paracetamol łagodzi skutki nierówności.
Ale autorzy kończą swój artykuł zdaniem: „czytelnik nie powinien sądzić, że paracetamol zlikwiduje wszystkie patologie społeczne”.

*******

Richard G. Wilkinson, brytyjski epidemiolog społeczny. Emerytowany profesor Uniwersytetu Nottingham, autor i współautor kilkunastu publikacji, w tym najsłynniejszej, napisanej wspólnie z Kate Pickett, książki „Duch równości”, wyd. polskie 2011 r. To jedna z kilku najważniejszych intelektualnych pozycji ostatniej dekady. David Cameron pod jej wpływem uznał zmniejszenie nierówności za najważniejszy cel brytyjskiej polityki.

Wilkinson przyjechał do Polski na zaproszenie Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA i był gościem specjalnym Forum Ekonomicznego 2013 w Krynicy.

Polityka 41.2013 (2928) z dnia 08.10.2013; Rozmowy Żakowskiego; s. 33
Oryginalny tytuł tekstu: "Nierówność zabija"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak rozpoznać depresję u dzieci?

Niedawno pisaliśmy o niewydolnym systemie pomocy dla najmłodszych, którzy coraz częściej zmagają się z problemami psychicznymi. Jak działać, gdy system nie działa? – pytamy Lucynę Kicińską z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, koordynatorkę telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111.

Joanna Cieśla
09.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną