Bliski Wschód bez Amerykanów

Odwrót kontrolowany
Amerykański lotniskowiec „Enterprise” podczas przeprawy przez Kanał Sueski.
U.S. Navy/Mass Communication Specialist 3rd Class Jared King/Handout/Reuters/Forum

Amerykański lotniskowiec „Enterprise” podczas przeprawy przez Kanał Sueski.

Jeśli Roosevelt był w stanie dogadać się ze Stalinem, a Nixon z Mao, to dlaczego Obama i lider Iranu Ali Chamenei nie mieliby wspólnie kontrolować Bliskiego Wschodu?
Sayedkhan/Wikipedia

Jeśli Roosevelt był w stanie dogadać się ze Stalinem, a Nixon z Mao, to dlaczego Obama i lider Iranu Ali Chamenei nie mieliby wspólnie kontrolować Bliskiego Wschodu?

W 2013 r. rozsypał się z kolei ponad 30-letni sojusz amerykańsko-egipski. Waszyngton pochopnie poparł zwycięskie w wyborach Bractwo Muzułmańskie, choć z perspektywy czasu widać, że jego chwilowy triumf był nie tyle efektem fali demokratycznego buntu, ile decyzją armii, by w ten sposób przenieść społeczne niezadowolenie na Braci i móc powrócić w roli wybawicielki. Egipscy generałowie zapamiętali zdradę Ameryki, a z kolei Waszyngtonowi trudno jest teraz wycofać się z apeli o demokratyzację. W październiku Ameryka odcięła pomoc wojskową dla egipskiej armii, ale Egipcjanie, zamiast prosić o przebaczenie, zamówili nowoczesną broń w Rosji.

W fatalnym kierunku zmierza też sytuacja Amerykanów w Afganistanie. Po wielu miesiącach negocjacji zgromadzenie afgańskiej starszyzny zgodziło się na umowę, w ramach której po 2014 r. w kraju miałoby zostać nawet do 12 tys. amerykańskich żołnierzy z oddziałów pomocniczych. Wciąż mają oni kluczowe znaczenie, bo choć afgańska armia sama już walczy z talibami, to Amerykanie zapewniają jej transport, informacje wywiadowcze i szkolenia. Umowy nie chciał jednak podpisać prezydent Hamid Karzaj, twierdząc, że to powinno należeć już do jego następcy, który zostanie wybrany w kwietniu. Nieoficjalnie chodzi jednak o wyciśnięcie z Amerykanów, ile się da, bo Karzaj jest przekonany, że jego kraj jest zbyt ważny dla Ameryki i Waszyngton zgodzi się na wszystko, aby tylko podpisać umowę.

Oby Karzaj się nie przeliczył. Biały Dom ostrzegł go, że rozważa również opcję zerową, jeśli umowa nie zostanie podpisana. Oznaczałoby to nie tylko wycofanie wszystkich żołnierzy, ale również wstrzymanie amerykańskiej pomocy finansowej. Ostatnim razem, gdy żołnierze obcego mocarstwa wyjechali z Afganistanu wraz z wszystkimi pieniędzmi (Armia Czerwona w 1992 r.), talibowie w końcu dopadli ówczesnego prezydenta kraju, wykastrowali go, po czym powiesili na latarni w centrum Kabulu.

3.

Rosnąca amerykańska awersja do Bliskiego Wschodu nie wynika jednak tylko z rozczarowania kolejnymi porażkami – administracja Baracka Obamy już w połowie pierwszej kadencji wysyłała sygnały, że region ten stopniowo spada na drabince amerykańskich priorytetów. Gdy po drugiej wojnie światowej Amerykanie przejmowali tam rolę Brytyjczyków, Bliski Wschód był arcyważny co najmniej z trzech powodów: był polem rywalizacji o wpływy ze Związkiem Radzieckim; Amerykanie chcieli zapewnić bezpieczeństwo słabemu jeszcze wtedy Izraelowi, a także było tam dużo ropy.

Waga tych argumentów była wątpliwa już za prezydentury Busha juniora. Dziś dla Obamy kierowanie się nimi to w dużym stopniu bardzo kosztowna fanaberia. Związku Radzieckiego nie ma od 23 lat, a Rosji, choć opromienionej sukcesem dyplomatycznym w sprawie syryjskiej broni chemicznej, nie stać na rolę regionalnego hegemona. Izrael, mimo apokaliptycznej retoryki premiera Beniamina Netanjahu, nie stoi już przed egzystencjalnym zagrożeniem – na takowe narażony jest raczej ewentualny agresor, biorąc pod uwagę obecną siłę izraelskiego oręża. I w końcu bliskowschodnia ropa – wciąż jest ważna, ale według prognoz już za sześć lat Ameryka dzięki rewolucji łupkowej będzie importować zaledwie 40 proc. zużywanej przez siebie energii, w dodatku głównie z zachodniej półkuli.

Jak bardzo te zmiany wpłynęły na amerykańskie myślenie o Bliskim Wschodzie, pokazał przypadek niedoszłej interwencji w Syrii. Daniel Pipes, amerykański historyk, publicysta i syn Richarda Pipesa, twierdzi, że Biały Dom z braku opcji wobec Syrii stosuje taktykę „niech się pozabijają”, bo wojna domowa w tym kraju przynajmniej skupia zainteresowanie lokalnych drani, a brak interwencji po żadnej ze stron gwarantuje, że żaden z nich nie okaże się zwycięzcą. To wyraźny powrót do myślenia o Bliskim Wschodzie z oddali. Po porażkach w Iraku, Egipcie i tej zapowiadającej się w Afganistanie, Ameryka pakuje manatki i próbuje wrócić do strategii równoważenia regionu z zewnątrz.

4.

Do realizacji tego planu Ameryce brakuje jednak – jak to ujął kiedyś Franklin Delano Roosevelt – lokalnych „swoich sk...nów”. Roli tej z pewnością nie odegra ani Izrael, ze względu na praktyczny brak wpływów w świecie arabskim, ani tym bardziej Arabia Saudyjska, której interesy w zbyt wielu miejscach mijają się z amerykańskimi.

Jest jednak w regionie państwo, które ma wpływy w każdym miejscu ważnym dla Ameryki, od Palestyny, przez Syrię, Irak, aż po Afganistan. Może na wschodzie blokować geopolityczne zakusy Pekinu, a na północy Rosję. Co więcej, państwo to ma wiele wspólnych z Ameryką interesów: chociażby ograniczanie wpływów talibów i al-Kaidy. Jest stabilne politycznie, mimo wszystko przewidywalne i racjonalne. Ma ponadstuletnie tradycje konstytucyjne, a jego obywatele wciąż podziwiają demokrację w amerykańskim wydaniu.

Chodzi oczywiście o Iran. Mimo że krytycy ostatniej umowy nuklearnej przekonują, że to tylko zasłona dymna, która ma ułatwić Ameryce ewakuację z Bliskiego Wschodu w macmillanowskim stylu, wiele przemawia jednak za tym, że był to dopiero wstęp do szerokiego porozumienia Waszyngtonu i Teheranu, do którego może dojść już w 2014 r.

Ansari uważa, że Amerykanie nie mają już innego wyjścia. Najpierw odrzucili możliwość zbrojnego obalenia irańskiego reżimu. Potem łudzili się, że sami Irańczycy w końcu zmienią sobie rząd. Teraz nie pozostało im nic innego, jak tylko układać się z ajatollahami. A ci potrafią odstawić ideologię, gdy idzie o interesy państwa. W końcu potrafili dogadać się z ateistycznym Związkiem Radzieckim przeciwko Amerykanom. Poza tym na porozumieniu Waszyngton–Teheran skorzystaliby wszyscy. Ameryka zdobyłaby sojusznika równoważącego wpływy sunnitów w regionie, a Iran niezbędną pomoc w ratowaniu upadającej gospodarki.

Jeśli więc Roosevelt był w stanie dogadać się ze Stalinem przeciwko Hitlerowi, a Richard Nixon i Mao Zedong stworzyli antyradziecką koalicję, to dlaczego Obama i lider Iranu Ali Chamenei nie mogliby wspólnie kontrolować Bliskiego Wschodu? W końcu w polityce chodzi o interesy, a nie o sentymenty.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną