Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Stańczyk europejski

Czego Brytyjczycy chcą od Europy

Unia potrzebuje Wielkiej Brytanii jako trudnego, wątpiącego i uparcie demokratycznego członka. Unia potrzebuje Wielkiej Brytanii jako trudnego, wątpiącego i uparcie demokratycznego członka. Suzanne Plunkett/Reuters / Forum
Unia Europejska potrzebuje Wielkiej Brytanii jako trudnego, wątpiącego i uparcie demokratycznego członka. Nawet jeśli jej premier wygaduje bzdury o imigrantach.
Cameron nie chce wychodzić z Unii - przekonuje znany historyk Timothy Garton Ash.Harry Metcalfe/Wikipedia Cameron nie chce wychodzić z Unii - przekonuje znany historyk Timothy Garton Ash.

Premier Cameron nie jest pierwszy. Już wcześniej inny brytyjski szef rządu nie miał wyboru – musiał obiecać referendum w sprawie dalszego członkostwa kraju w europejskim projekcie, bo w przeciwnym razie groził mu bunt w szeregach własnej partii. W kwestii europejskiej była ona głęboko podzielona, a bez poparcia buntowników, którzy domagali się porzucenia Europy, rząd nie przetrwałby tygodnia. Deklaracja Londynu była jasna: najpierw renegocjujemy warunki członkostwa, a potem zapytamy o zdanie obywateli. Bruksela w końcu poszła na ustępstwa i 5 czerwca 1975 r. za pozostaniem we wspólnocie europejskiej opowiedziało się ponad 65 proc. głosujących. Tym jednym pociąg­nięciem premier Harold Wilson spacyfikował Partię Pracy i na lata przesądził o europejskim kursie Wielkiej Brytanii.

1.

Tamtej Europy już nie ma, ale Davidowi Cameronowi marzy się powtórka z historii. Niemal dokładnie rok temu, ku uciesze zbuntowanej części swojej partii, zapowiedział, że jeśli wygra wybory w 2015 r., zmieni warunki brytyjskiego członkostwa i dwa lata później zapyta obywateli w referendum, czy nadal chcą być w Unii Europejskiej. W ostatnich tygodniach mruga do eurosceptyków już obydwoma oczami, postulując ograniczenie zarobkowej imigracji na Wyspy, likwidację zasiłków na dzieci tych przyjezdnych, którzy pozostawili rodzinę w ojczyźnie, oraz dodatków mieszkaniowych dla imigrantów, którzy nie znaleźli pracy.

Ekspert ds. europejskich z niemieckiej Fundacji Nauka i Polityka dr Nicolai von Ondarza twierdzi, że to nie elementy długofalowej strategii, ale pusta w środku polityczna improwizacja. Tego właśnie potrzebuje Cameron, aby opanować bunt eurosceptyków w Partii Konserwatywnej oraz uratować ugrupowanie przed klęską w majowych eurowyborach. Von Ondarze wtóruje Martin Schulz, niemiecki szef europarlamentu, i ostrzega, że taka improwizacja może w niezamierzony, wręcz głupi, sposób doprowadzić do „historycznej tragedii”, czyli wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii. Dla komentatorów „Guardiana” i kilku innych lewicowych gazet z kontynentu sprawa jest klarowna – Cameron populista jest w stanie zaryzykować przyszłość swojego kraju, byle tylko zachować własny stołek.

Klarowność tę zmącił nieco kanclerz skarbu, czyli brytyjski minister finansów George Osborne. Jego długo oczekiwane przemówienie europejskie okazało się zaskakująco konstruktywne. 15 stycznia powiedział, że status quo, w jakim znalazła się dziś Europa, jest dla niej fatalne. „Unia ma prosty wybór: reformować się lub sczeznąć” – podkreślił.

Potem wyłożył punkt po punkcie, na czym te reformy powinny polegać. Według Osborne’a potrzebne jest m.in. natychmiastowe dokończenie budowy jednolitego rynku, szczególnie w sektorze usług. Kanclerz dodał również, że Unia musi w końcu usankcjonować różne prędkości integracji, które już dziś w praktyce ją rozrywają. Miał na myśli przede wszystkim przepaść, jaka rośnie między 18 członkami strefy euro a pozostałymi państwami Unii, w tym Wielką Brytanią. „Nie stawiajcie Wielkiej Brytanii przed wyborem: strefa euro albo wysiadka” – przekonywał.

2.

Po wystąpieniu Osborne’a powróciło więc stare kontynentalne pytanie – czego ci Brytyjczycy chcą od Europy? Czy ma ona dla nich być tylko instrumentem przydatnym w wewnętrznych sporach, straszydłem pobudzającym (w razie potrzeby) narodowe emocje? Czy też skuteczną trampoliną rozwoju gospodarczego oraz jedynym sposobem na zachowanie globalnego znaczenia?

Gdyby pomysł unijnego referendum był tylko zabiegiem na użytek wewnętrzny, już dziś można by go uznać za całkowitą porażkę. Jak przypomniał niedawno „Financial Times”, rok temu głosowanie nad członkostwem wydawało się sensowne dla Camerona co najmniej z trzech powodów: wspomnianego pacyfikowania buntu w Partii Konserwatywnej, zablokowania sondażowego pochodu skrajnie prawicowej Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) Nigela Farage’a i w końcu odroczenia niełatwych unijnych debat, przynajmniej do wyborów w 2015 r.

Z tej perspektywy efekt jest opłakany. Bunt w partii przybiera na sile, a jego główni aktorzy wyraźnie czerpią z marksizmu, eskalując kolejne „żądania przejściowe”, o których z góry wiadomo, że rząd nie będzie w stanie ich spełnić. Dyskusję o imigrantach, którą w końcu musiał podjąć sam Cameron, wywołała w grudniu jedna z liderek buntu, Theresa May, szefowa MSW. W tym czasie do premiera trafiło pismo, w którym niemal połowa konserwatywnych posłów domaga się prawa weta dla parlamentu wobec wszystkich unijnych regulacji, co w praktyce oznaczałoby wyjście z Unii. W Izbie Lordów czeka natomiast projekt ustawy obligującej kolejny parlament do przeprowadzenia referendum unijnego, co większość ekspertów już uznała za kolejny legislacyjny absurd.

Propozycja referendum nie powstrzymała wzrostu popularności UKIP. Choć partia Farage’a nie dostanie się zapewne do kolejnego parlamentu ze względu na jednomandatowy system wyborczy, to według styczniowego sondażu instytutu ComRes w eurowyborach UKIP może nawet wygrać na Wyspach z 27-proc. poparciem. Obietnica głosowania nie wypchnęła też spraw europejskich z bieżącej polityki – Unia to dla brytyjskich wyborców drugi najważniejszy temat zaraz po kryzysie.

3.

Jak pokazał jednak Osborne, postrzeganie brytyjskiego premiera jako obezwładnionego przez wewnętrzne konflikty i kalkulacje może być jednak nietrafne. I nie chodzi tu o prezentowanie Camerona jako idealisty, który zapowiada referendum, bo uważa, że obywateli trzeba jednak czasem spytać o zdanie. Jak wyłuszczył to sam Osborne, unijne status quo jest nie do utrzymania i dlatego niezbędne są reformy – dla dobra samej Unii, a przy okazji również Wielkiej Brytanii. Jeśli jedynym sposobem na wymuszenie takich reform jest szantaż polegający na groźbie wystąpienia z Unii, to trudno. Osborne i Cameron są gotowi zaryzykować.

Potrzebę reform, według brytyjskich konserwatystów, widać szczególnie na przykładzie unijnej polityki fiskalnej i monetarnej. W ramach tej pierwszej Unia jest wciąż tylko stowarzyszeniem suwerennych państw, które same decydują o swoich podatkach. Z kolei w polityce monetarnej Unia, a przynajmniej strefa euro, to już odrębne państwo: z jedną walutą, z jednym bankiem centralnym. Kryzys pokazał, że bez korelacji tych dwóch sfer Unia trzeszczy w szwach, szczególnie na swych słabszych śródziemnomorskich odcinkach.

Według Londynu są tylko dwa wyjścia: albo Unia porzuci euro, co mogłoby się skończyć niewyobrażalnym bałaganem, albo pójdzie do przodu. Pytanie tylko, co wówczas stanie się z krajami spoza strefy euro? Tu właśnie torysi przypominają o idei Europy wielu prędkości i domagają się debaty o przyszłości Unii, debaty, jakiej w zasadzie nie ma od przyjęcia traktatu lizbońskiego.

Cameron nie chce wychodzić z Unii – przekonuje Timothy Garton Ash. Ten znany historyk widzi w pomyśle na referendum coś w rodzaju „magicznego strzału”, który pozytywnie rozstrzygnie w końcu sprawę europejskiej przynależności Brytyjczyków, ale przede wszystkim zmusi Unię do refleksji i wyznaczenia sobie nowych celów. Również doradca premiera Michael Heseltine przekonuje, że nie chodzi tu o żadne polityczne manewry. Cameron uważa, że jemu i kolejnym premierom potrzebne jest jednak demokratyczne upoważnienie dla dalszej integracji, którą niewątpliwie popiera.

4.

Sam premier jednak przyznaje, że znalazł się w trudnej sytuacji. Brytyjski system polityczny, dla wielu państw wciąż wzorcowy, jest dziś zabetonowany – uważa Robert Cooper, publicysta, dyplomata i były ekspert Komisji Europejskiej. Obecne w parlamencie partie straciły swą reprezentatywność. Pół wieku temu były to potężne organizacje, nie tylko polityczne, ale przede wszystkim społeczne, zrzeszające po kilka milionów obywateli. Dziś, skarlałe liczebnie, utrzymują swoją dominację w parlamencie dzięki mechanizmowi wyborczemu, który – mimo ogromnych przemian społecznych – praktycznie nie zmienił się od czasów wojny.

Stąd pomysł referendum. To opcja bezpieczniejsza dla Camerona niż wojna w partii, czego dowiódł w 1975 r. wspomniany Harold Wilson. Jeszcze osiem miesięcy przed tamtym głosowaniem w sondażach przewagę mieli zwolennicy rozwodu z Europą. Ale Brytyjczycy, zapytani, co zrobią, jeśli premierowi uda się zmienić warunki członkostwa i zarekomenduje im głosowanie za pozostaniem we Wspólnotach, w 60 proc. przypadków zadeklarowali, że postąpią zgodnie z rekomendacją. I tak też się stało w samym referendum.

Najnowsze sondaże pokazują, że zwolennicy wyjścia z Unii procentowo wygrywają z euroentuzjastami w stosunku 42 do 37. Ale – jak wynika z tego samego badania – jeśli Cameron wynegocjuje lepsze warunki członkostwa i zarekomenduje głosowanie za pozostaniem w Unii, premiera posłucha 52 proc. wyborców, a tylko 28 proc. się mu sprzeciwi. Wystarczy więc, że Cameron, tak jak Wilson, wywalczy w Brukseli kilka nieistotnych ustępstw – i tak na większe nie ma szans.

Ojciec brytyjskiego konserwatyzmu Edmund Burke zapewne przewróci się w grobie, jeśli jego własna partia dopuści się takiej populistycznej manipulacji. Ale, jak z kolei przekonuje nas jeden z żyjących członków Partii Konserwatywnej, „referendum to tylko narzędzie, to odwołanie się do wyższej instancji w sytuacji, gdy partia jest sparaliżowana w sprawie Europy”.

Paraliż rzeczywiście postępuje. Jeszcze 20 lat temu konserwatyści na Wyspach dzielili się na eurosceptyków i euroentuzjastów. Dziś wewnątrzpartyjny konflikt toczy się między eurosceptykami racjonalnymi, do których należy premier Cameron, a rosnącą grupą fanatyków, którzy – według słów Douglasa Alexandra z Partii Pracy – domagaliby się wyjścia z Unii, nawet gdyby londyński parlament mógł uchylić każdą unijną regulację, a pozostali członkowie Unii co roku przekazywaliby Wielkiej Brytanii jako trybut tyle złota, ile waży królowa Elżbieta.

To już nie jest ta Brytania, która głosowała w 1975 r. za członkostwem w Unii. Wówczas przeciwko byli tylko pozaparlamentarni ekscentrycy i poseł Enoch Powell. Do wystąpienia ze Wspólnot nawoływała tylko jedna, nielicząca się zresztą gazeta. Dziś za rozwodem są dwa największe dzienniki w kraju („The Sun” i „Daily Mail”) oraz kilka stacji telewizyjnych, dla których Unia jest niczym Kościół katolicki w XIX w., a komunizm w XX w. – archetypem wroga.

5.

Jak przekonuje znany holenderski profesor i publicysta Ian Buruma, Brytyjczycy mają jednak problem tylko z Unią w obecnym kształcie, a nie z Europą jako taką. Dla nich Unia wciąż ma twarz Francuza Jeana Monneta, jednego z ojców założycieli – ciągle dominuje w niej przemożna kontrola państwa nad gospodarką i raczej technokratyczne niż liberalne podejście do problemów społecznych. Monnet był urodzonym biurokratą, który nie przepadał za politykami. Polityka była dla niego chaotyczna, czasochłonna i wymagała kompromisów. A najważniejsze są przecież zmiany, modernizacja. Demokratyczne procedury, debata, wątpliwości – wszystko to tylko ją spowalnia. Według wielu Brytyjczyków ta mentalność Monneta jest wciąż obecna w Brukseli.

Stąd również kontynentalne niezrozumienie dla przyprószonych brytyjskich tradycji: liberalizmu, parlamentaryzmu. Buruma uważa, że najgęstsza mgła nad Kanałem unosi się w sprawie nacjonalizmu. Większość państw kontynentu od czasów wojny uważa go za śmiertelne zagrożenie. Na Wyspach nacjonalizm, szczególnie ten w wydaniu Churchillowskim, do którego zresztą dziś najczęściej odwołują się eurosceptycy, jest powodem do dumy, bo pozwolił przetrwać wojnę i zwyciężyć. Kanał robi różnicę.

Może więc zamiast oburzać się na hamulcowych zza Kanału, Europejczycy powinni docenić inną perspektywę Brytyjczyków, którzy w Dniu Europy z balonikiem w dłoni nie wpadają w euroeuforię i alergicznie reagują na wszelkie autorytarne pomysły z kontynentu? Bo jak pisze wspomniany Buruma, Unia potrzebuje Wielkiej Brytanii nie tylko jako wielkiego centrum bankowości, ale może jeszcze bardziej jako trudnego, wątpiącego i uparcie demokratycznego członka, choć ten czasem nie wie, czego chce.

Janan Ganesh, wpływowy publicysta „Financial Times”, pokusił się niedawno o iście Kopernikańską sugestię. Może jednak eurosceptyczne wzmożenie na Wyspach nie jest wcale przypadłością wynikającą z fanatycznego indywidualizmu ich mieszkańców, a jedynie reakcją na gwałtowne przyspieszenie integracji po drugiej stronie Kanału? Że w gruncie rzeczy to Brytyjczycy stoją w miejscu, a Europa się kręci w coraz większym tempie Monnetowskiej modernizacji. Wniosek Ganesha? Referenda potrzebne są raczej kontynentalnym Europejczykom. I to natychmiast.

Polityka 5.2014 (2943) z dnia 28.01.2014; Świat; s. 48
Oryginalny tytuł tekstu: "Stańczyk europejski"
Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Fotoreportaże

Tadeusz Gołębiewski. Król odszedł, niestety hotele zostały

Odszedł król polskich hoteli – mówią miłośnicy Tadeusza Gołębiewskiego. – Niestety jego hotele zostały – dodają oponenci.

Juliusz Ćwieluch
28.06.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną