Świat

Fersztejerzy, czyli Niemcy rusolubni

Berlińscy miłośnicy Moskwy

Komitywa Władimira Putina i Gerharda Schrödera niepokoi europejskich polityków. Komitywa Władimira Putina i Gerharda Schrödera niepokoi europejskich polityków. Sergey Ponomarev/Pool/AP / EAST NEWS
Pod wpływem kryzysu krymskiego w Niemczech odzywają się stare rosyjskie sympatie. Jak dotąd Angela Merkel, ze swoją enerdowską przeszłością, jest na nie odporna.
Caryca Katarzyna II (urodzona w Szczecinie). Niemieckie zauroczenie Rosją sięga co najmniej XVIII w.AKG/EAST NEWS Caryca Katarzyna II (urodzona w Szczecinie). Niemieckie zauroczenie Rosją sięga co najmniej XVIII w.
Słynny pocałunek Ericha Honeckera z Leonidem Breżniewem budzi emocje do dziś.Regis Bossu/Sygma/Corbis Słynny pocałunek Ericha Honeckera z Leonidem Breżniewem budzi emocje do dziś.

Od kilku lat polityków i publicystów niemieckich zapatrzonych w wizję strategicznego partnerstwa z Rosją nazywa się w Niemczech „Russland-Versteher” (rozumiejący Rosję). To ironiczna kalka pobłażliwego zwrotu „Frauenversteher” o mężczyznach, którzy wprawdzie chętnie przebywają w towarzystwie kobiet, ale nie bardzo potrafią do nich dotrzeć.

Najbardziej prominentny „Russ­land-Versteher” to oczywiście Gerhard Schröder, były socjaldemokratyczny kanclerz, promotor Gazociągu Północnego. Ale niemiecka Wikipedia wypluwa pod tym hasłem również obecnego ministra spraw zagranicznych Franka-Waltera Stein­meiera i ustosunkowanego niemiecko-rosyjskiego politologa Alexandra ­Rahra, a dalej cały pułk weteranów niemieckiej polityki wschodniej. Zresztą nie tylko socjaldemokratycznej, również z czasów Helmuta Kohla. Wszyscy oni za obecne wstrząsy tektoniczne na Ukrainie obwiniają przede wszystkim Zachód.

Schröder

Wrażliwość na bolączki „rosyjskiej duszy” to w dzisiejszych Niemczech często odwrotna strona niechęci do Ameryki. Klasykiem tej roszady jest Schröder, który w 1999 r. poprowadził Niemcy do pierwszej akcji wojskowej NATO – w Kosowie, a po 11 września 2001 r. zapewniał Amerykanów o „nieograniczonej solidarności”. Po czym, mając dobre argumenty, odmówił George’owi Bushowi poparcia w wojnie z Irakiem i zaraz potem odkrył pokrewną duszę w Putinie, w którym dostrzegł „krystalicznie czystego” demokratę. Przez to, że skusił się na milionową rentę od rury bałtyckiej, Schröder stracił moralny immunitet dla swych ocen strategicznych. Ale nawet jego przeciwnicy zaświadczają, że wyemancypował Niemcy spod amerykańskiej kurateli. Pytanie, w jakim celu?

Odpowiedź podsuwała doktryna jego ówczesnego doradcy – Steinmeiera – „zmiana poprzez powiązania”. Wzajemne uzależnienie gospodarcze ułatwi Rosji przyjęcie zachodnich standardów gospodarki i polityki. Ta formuła kusiła nie tylko socjaldemokratów. Michael Stürmer – konserwatywny historyk, niegdyś doradca Helmuta Kohla – swą książkę „Putin i odrodzenie Rosji” zakończył ostentacyjną puentą: „Rosja i kraje Europy, Rosja i USA, chcąc czy nie chcąc, mają wspólne przeznaczenie”. Podpisałby się pod tym najbardziej chyba w Niemczech eksponowany „Russland-Versteher” i propagator polityki Putina Alexander Rahr.

Rahr

Po zwycięstwie Wiktora Janu­kowycza w 2010 r. Rahr cieszył się, że teraz Ukraina nie wejdzie ani do NATO, ani do wojskowych struktur Wspólnoty Niepodległych Państw, za to stanie się wschodnią Szwajcarią – łącznikiem między UE i budowaną przez Putina Unią Eurazjatycką.

W styczniu Rahr radził w „Die Welt”, by próbując zrozumieć postawę Putina wobec Euromajdanu, czytać wielkorosyjskie przesłanie Aleksandra Sołżenicyna. Putin jest bardziej liberalny niż 80 proc. Rosjan, tłumaczył, ale nie jest demokratą i wierzy, że jego misją jest odbudowanie imperium. Chce poprzez Niemcy współpracy z Europą Zachodnią, ale też może się od niej odwrócić plecami. Na Ukrainę i Białoruś zdaje się patrzeć tak, jak Niemcy zachodni patrzyli na NRD – jako na sztuczny podział. Jednak Unia Eurazjatycka wcale nie jest pomyślana w konfrontacji do UE. Pewnego dnia powinna się z nią spleść – pod warunkiem że UE nie stopi się w jedną strefę wolnego handlu z USA.

Według Rahra Putin ani chce, ani może zagrozić Europie. Ale nie będzie już z Unią prowadził dialogu o prawach człowieka. Unia ma dostarczać maszyny i kapitał, ale nie ma mowy o transferze demokracji. Krytyczny dialog o wartościach Putin coraz bardziej uważa za próbę przyduszania Rosji w międzynarodowej konkurencji.

Rok temu Rahr wywołał oburzenie niemieckich Zielonych, ponieważ w rozmowie z dziennikarką „Komsomolskiej Prawdy” porównał unijną politykę praw człowieka z narzucaniem przez ZSRR krajom ościennym leninizmu. Stracił kilka stanowisk doradczych. Jednak jego myśli nadal szybują daleko i wysoko. W wywiadach przestrzega, że już teraz Rosja jest instytucjonalnie bardziej powiązana z Chinami niż z Unią. I namawiał Zachód do nowego osadnictwa na Syberii.

Katarzyna II

Niemieckie zauroczenie Rosją sięga co najmniej XVIII w., od kiedy Piotr I i Katarzyna II przyciągali nad Newę inflanckich baronów, heskich rzemieślników czy szwabskich chłopów. A jej dzisiejszą ikoną może być portret carycy Katarzyny w gabinecie Angeli Merkel.

Na polskiej historii ta fascynacja odcisnęła się niemieckimi nazwiskami carskich wielkorządców i generałów szturmujących Warszawę.

Rosję wielu niemieckich myślicieli uważało za lustrzane odbicie Niemiec, ich kulturowe uzupełnienie. W 1889 r. Fryderyk Nietzsche notował, że Rosja „to jedyne mocarstwo, które jest samym trwaniem, które może czekać, które jeszcze może coś obiecać”, i widział w niej „przeciwieństwo żałośnie rozdrobnionej na małe państwa i nerwowej Europy”.

Rosja, podobnie jak Ameryka, wciągała nieograniczoną przestrzenią i ładem autorytarnej władzy, bardziej jakoby sprawnej i moralnej niż rejwach i egoizm zachodnioeuropejskiej demokracji. Słowa Fiodora Tiutczewa, że Rosji niepodobna ogarnąć rozumem, odnoszono także do Niemców. Jeszcze w 1918 r. Tomasz Mann przeciwstawiał głębię niemieckiej kultury francuskiej powierzchowności, wskazując na duchowe pokrewieństwo Niemców i Rosjan, których nie jest w stanie zrozumieć arogancki zachodni imperializm.

Rosyjska rewolucja 1917 r. fascynowała nie tylko niemieckich komunistów, ale także grono pruskich „narodowych bolszewików”, którzy marzyli o sojuszu z Rosją przeciwko Zachodowi. Ernst Niekisch mówił w 1932 r. nawet o połączeniu swastyki z sierpem i młotem. W 1939 r. ten sojusz stał się faktem; choć geopolityczna konkurencja dwóch ludobójczych imperiów doprowadziła do wojny, w której rasistowska ideologia nazizmu klasyfikowała Słowian jako podludzi.

Klęska III Rzeszy odcisnęła się w Niemczech traumą ucieczki ze wschodu przed Armią Czerwoną, gwałtów i deportacji. Na zachodzie plastrem na ten lęk był antykomunizm. W strefie radzieckiej okupowanych Niemiec respekt wobec zwycięskiego mocarstwa. Rządzący NRD komuniści poparcia ludności nie mieli. Ale ich wiara w potęgę stalinowskiego supermocarstwa była niewzruszona. Zwykli ludzie wzdychali do niedostępnego Zachodu, ale dla wielu podróże po ZSRR były wyrwaniem się z honeckerowskiego kojca.

Angela Merkel stale wspomina swą wędrówkę z plecakiem po radzieckiej prowincji. A publicysta „Die Zeit” Christoph Dieckmann w czasie konfliktu wokół Euromajdanu dopraszał się na podstawie swych enerdowskich doświadczeń o więcej zrozumienia dla Rosjan. Kto w tych tygodniach zajrzał do Niemiec wschodnich, ten nie tylko z postenerdowskich gazet, jak „Neues Deutschland”, czy od sympatyków postesedowskiej Partii Lewicy, słyszał: Rosja jest, jaka jest, ale to ład, podczas gdy Ukraina – to nie wiadomo co...

Adenauer

W zachodnich Niemczech, przy powszechnym antykomunizmie, nie brakowało jednak „rozumiejących Rosję”. W latach 50. XX w. należeli do nich zwolennicy zjednoczenia Niemiec kosztem ich neutralizacji i oderwania od Zachodu, jak to proponował Józef Stalin. Zasługą Konrada Adenauera było przeforsowanie integracji Republiki Federalnej z Zachodem, ale także porozumienie z Moskwą, pozwalające wyprowadzić z ZSRR ostatnich jeńców wojennych. Znamienne, że Nikita Chruszczow nie postawił wtedy warunku uznania granicy na Odrze i Nysie. Jej niepewny status był bowiem zarówno w interesie Moskwy, jak i Bonn. Przywiązywał PRL do radzieckiego gwaranta, a Adenauerowi dawał poparcie wypędzonych dla integracji z Zachodem.

Klasyczne niemieckie rozumienie Rosji ignorowało Polskę jako podmiot historii. Dwaj wielcy są na proscenium dziejów, a cała ta drobnica między nimi to tylko kulisy. Tę perspektywę skorygowała nowa polityka wschodnia SPD z lat 60. Jej hasłem była „zmiana poprzez zbliżenie”. Jej celem – złagodzenie skutków podziału Niemiec. Ale jej sercem – uznanie polskiej granicy.

„Wprawdzie to w stosunku do Polski musi się w Niemczech dokonać największy przełom polityczny i mentalny, ale głównym partnerem Bonn nie jest ani Warszawa, ani Berlin wschodni, ale Kreml” – tłumaczył pół wieku temu główny strateg Ostpolitik Egon Bahr. Russia first. Procesy zachodzące w Czechosłowacji, Polsce czy na Węgrzech mogą być ciekawe i ważne, ale decydujące jest to, co się dzieje w ZSRR.

Ta logika wychowała całą generację zachodnioniemieckich „rozumiejących Rosję”. Większość z nich z niepokojem patrzyła na wybuch Solidarności w 1980 r. Wprawdzie politykę odprężenia złamał ZSRR, ustawiając w NRD nowe rakiety atomowe i najeżdżając Afganistan, ale to były obliczalne działania mocarstwa, podczas gdy wybuch w Polsce – tłumaczono – narusza równowagę na kontynencie.

Miliony paczek wysyłanych do Polski w czasie stanu wojennego były dowodem sympatii. Rewolucja 1989 r. w Europie Środkowo-Wschodniej uprzytomniła zachodnioniemieckiej klasie politycznej polsko-niemiecką – jak to sformułował rząd Tadeusza Mazowieckiego – wspólnotę interesów. Polska poprze zjednoczenie Niemiec, a Niemcy – przyłączenie Polski do struktur euroatlantyckich. Niemniej ulubieńcem Niemców był wówczas „dobry car” Michaił Gorbaczow.

Schmidt

Dziś, pod wpływem krymskiego kryzysu, na niemieckich portalach roi się od pomniejszych „fersztejerów” Rosji, którzy niemal dosłownie powtarzają argumenty propagandy rosyjskiej. W poważnych mediach, obok niezwykle ostrych komentarzy wobec rozbioru Ukrainy, można znaleźć przejawy empatii dla rosyjskich interesów i nieufność do Euromajdanu. Gdy je formułują weterani polityki wschodniej lat 70., jak Helmut Schmidt, to można to wytłumaczyć ich wiekiem. Gdy jednak w najlepszym czasie antenowym ZDF młodzi ludzie z kabaretu Die Anstalt w lansadach wokół Putina używają sobie na faszystowskich zabijakach z Majdanu i na bełkoczącej, tłustej Julii z warkoczem wokół głowy, to zaczyna być niepokojące.

Nie ma co wyliczać, kto w Niemczech czuje większą empatię do „zasadnych interesów” Rosji niż do gwałtu na Ukrainie. Komentatorzy konserwatywnych „Frankfurter Allgemeine” i „Die Welt” twierdzą, że niemieckim narodowcom – choćby z grona eurosceptycznej Alternatywy dla Niemiec – imponuje brutalna pewność siebie, z jaką Putin odnawia politykę siły w stylu XIX w., bez cienia idealistycznych frazesów, bez odwołania do uniwersalnych zasad jak prawa człowieka.

Poza tym na niektórych konserwatystach, którzy rozwiązłość uważają za zagrożenie fundamentalnych zachodnich wartości, dobre wrażenie robi prawny zakaz „homoseksualnej propagandy” w Rosji. Putin jako obrońca „innej Europy”. Z kolei radykalnym lewicowcom podoba się odrodzenie znaczenia Rosji, nie dlatego, by była matecznikiem jakiejś nowej utopii, ale dlatego, że rzuca wyzwanie Ameryce i stwarza wielobiegunowość. Putin – mówią – dał azyl Edwardowi Snowdenowi, a ten obnażył haniebne metody amerykańskiego imperializmu.

„Russland-Versteher” to zjawisko na tyle stałe w niemieckiej mentalności politycznej, że przed ich jednostronnym spojrzeniem na Rosję przestrzegał nawet prezydent Niemiec Joachim Gauck. Niemniej do rozumienia Rosji nawołują nie tylko oszołomy z prawa czy lewa, ale i przemysłowcy, finansiści i menedżerowie. I mają mocne argumenty.

Niemiecko-rosyjskie obroty handlowe (zresztą mniejsze niż polsko-niemieckie) sięgają 77 mld euro rocznie i ich bilans jest bardziej korzystny dla Niemiec – o 4 mld euro. Złapał Niemiec Moskwicina, a Moskwicin za łeb trzyma. Tym większe uznanie dla Angeli Merkel, że mimo tak wysokiej stawki gospodarczej i politycznych wpływów tych, co „rozumieją Rosję”, ona jest realistką.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Rozmowa z Davidem Martelo, uczestnikiem rewolucji goździków

O portugalskiej rewolucji goździków sprzed 45 lat opowiada jej uczestnik David Martelo.

Krzysztof Kubiak, Tadeusz Zawadzki
23.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną