Świat

Skaranie boskie

Muzułmanin może, muzułmanka nie

Mariam Ibrahim, 27-letnia Sudanka, choć jest chrześcijanką, została skazana na śmierć za apostazję. Mariam Ibrahim, 27-letnia Sudanka, choć jest chrześcijanką, została skazana na śmierć za apostazję. AFP / EAST NEWS
Radykalny islam, szczególnie ten w wersji afrykańskiej, coraz częściej przypomina dziś Kodeks Hammurabiego, coraz rzadziej religię.
Graffiti w Kabulu - protest przeciw przemocy i prześladowaniu afgańskich kobiet.Mohammad Ismail/Reuters/Forum Graffiti w Kabulu - protest przeciw przemocy i prześladowaniu afgańskich kobiet.

Mariam Ibrahim ma 27 lat, dwoje małych dzieci i wyrok śmierci przez powieszenie. Wydał go sąd w Sudanie. W latach 80. XX w. wprowadzono tam szariat, czyli prawo wywiedzione z nauk Koranu, świętej księgi islamu. Mariam jest chrześcijanką wychowaną przez matkę należącą do Etiopskiego Kościoła Prawosławnego. Wyszła za mąż za czarnoskórego obywatela amerykańskiego, też chrześcijanina. Nieważne. Dla sędziów była muzułmanką, bo muzułmaninem był jej ojciec, który porzucił Mariam i jej matkę, gdy dziewczynka miała sześć lat.

Kierując się prawem Bożym, sąd uznał, że Mariam, wychodząc za mąż za chrześcijanina, popełniła cudzołóstwo, a wyznając chrześcijaństwo – apostazję. Dlatego unieważniono jej małżeństwo i skazano ją na sto batów chłosty i na śmierć. Egzekucję odroczono o dwa lata, póki Mariam nie wykarmi córeczki o imieniu Maya, którą urodziła i z którą przebywa w więzieniu w Omdurmanie.

Muzułmanin może, muzułmanka nie

Mariam nie zamierza się ratować, przechodząc na islam. Prawo koraniczne jest różnie interpretowane w różnych krajach muzułmańskich, raz mniej, raz bardziej fundamentalistycznie. Umiarkowany działacz islamistyczny z Tunezji, szejk Habib Ellouze, mówi, że w jego partii Ennahda wszyscy akceptują zasady szariatu, np. zakaz picia alkoholu. Różnice pojawiają się w dyskusjach, jak najlepiej wprowadzać je w życie. Abdal Hakim Murad z Uniwersytetu Cambridge podkreśla, że prawo koraniczne jest interpretowane bardzo rozmaicie. Zgoda panuje co do kilku spraw podstawowych – modlitwa pięć razy dziennie, post w ramadanie – ale w wielu innych nie ma konsensu.

Teoretycznie z Koranu można wywnioskować, że w sprawach religii nie może być przymusu, a w praktyce jest tak, że o ile na islam w krajach muzułmańskich przejść można w kilka minut, o tyle ruch w drugą stronę wymaga w niektórych przypadkach przejścia długiej i żmudnej drogi sądowej, a wynik i tak jest niepewny. Dlatego w świecie muzułmańskim niemuzułmanie, nie tylko chrześcijanie, ale też np. bahaiści (religia monoteistyczna wywodząca się z Persji), wolą się publicznie nie deklarować, jaka jest ich wiara. Powoduje to często dylematy moralne, gdy, jak w Egipcie, prawo wymaga takiej deklaracji.

W państwach muzułmańskich prawo państwowe przenika się z prawem religijnym. Dzieje się tak, bo społeczeństwa muzułmańskie są bardzo konserwatywne i nie mają z tym problemu. Gdy państwo zrywa z tą wielowiekową tradycją – jak działo się w niektórych krajach arabskich pod przywództwem polityków świeckich, zorientowanych na Moskwę albo na Zachód – islam schodzi do podziemia, a kontrolę nad nim przejmują radykałowie. Zaczynają się ataki na instytucje państwowe i mniejszości religijne. Kiedy dochodzi do demokratyzacji – jak podczas tzw. Arabskiej Wiosny Ludów – wkrótce okazuje się, że świeckie państwo jednak nie jest w stanie znaleźć miejsca dla islamistów w legalnej polityce.

Liberalny Zachód uważa, że religia nie powinna się przenikać z państwem i prawem. Nie powinno być tak, że muzułmanin może poślubić niemuzułmankę, a muzułmanka biorąca na męża niemuzułmanina ryzykuje śmiercią. Mariam miała pecha, bo trafiła pod sąd fundamentalistyczny po donosie własnej rodziny, że porzuciła świętą wiarę islamską. Sądowi to wystarczyło. Nie chciał słuchać świadków obrony i orzekł, że podsądna urodziła się z rodziców muzułmanów. Publicznych obrońców kobiety w Sudanie wielu nie ma, gdyż wolą nie ryzykować. Jej adwokaci dostawali telefony z pogróżkami.

Za to stanęli za nią politycy z Wielkiej Brytanii (Sudan był kolonią brytyjską). Jeden z nich, Nick Clegg, nazwał wyrok aktem barbarzyństwa, były premier Tony Blair, katolik, uznał go za przerażające wypaczenie religii. Przedstawiciel Watykanu przy ONZ w Genewie abp Silvano Tomasi zwrócił uwagę, że sprawa Mariam pokazuje, jak ważne są zabiegi o respektowanie wolności religijnej (prawa do swobodnego praktykowania swojej wiary) i o równe prawa dla kobiet. Za Mariam ujęła się też organizacja praw człowieka Amnesty International. Kiedy zrobił się szum w mediach, ambasada sudańska w Waszyngtonie wydała komunikat, że w Sudanie sądy są niezależne od państwa, a wyrok nie jest ostateczny. Mąż Mariam odwołał się do sądu wyższej instancji.

Wkrótce po tym, jak świat obiegła wiadomość o losie Mariam, w Sudanie aresztowano kolejną chrześcijankę pod zarzutem cudzołóstwa i porzucenia islamu. Pod koniec maja 37-letnia Faiza Abdalla, żona katolika, poszła wyrobić sobie dowód osobisty. Na pytanie urzędnika o wyznanie (w Sudanie trzeba wypełnić taką rubrykę) odpowiedziała, że jest chrześcijanką. Jak to? Przecież masz muzułmańskie nazwisko, odparował urzędnik. Nie pomogło tłumaczenie, że rodzice przeszli na chrześcijaństwo (ewangelikalne), ale nie zmienili nazwiska. Mąż Faizy, katecheta, uciekł z Sudanu w obawie przed prześladowaniami na tle religijnym.

Stuletnia linia frontu

Nadal nie wiadomo, co się dzieje z dziewczętami porwanymi 14 kwietnia na północnym wschodzie Nigerii przez bojowników islamistycznego ugrupowania Boko Haram. Jego potoczna nazwa w języku hausa znaczy „to, co zachodnie, jest zakazane”. Chodzi o wartości i zasady chrześcijańskich kolonialistów z Wielkiej Brytanii. Takie jak powszechny dostęp do świeckiej edukacji szkolnej. Muzułmanie grzeszą, przejmując zachodnie wzory działania i styl bycia, a nawet ubierania się. Nie ma tu miejsca na żadne kompromisy, także z rządem, bo Boko Haram (wpisani w USA na listę organizacji terrorystycznych) uważają, że Nigerią nie rządzą prawdziwi muzułmanie.

Podobnie fundamentalistyczną wersją islamu kierowali się rebelianci w Mali z ugrupowania Ansar Dine. Gdy zdobyli historyczne miasto Timbuktu, natychmiast zakazali mieszkańcom słuchać muzyki rozrywkowej, oglądać piłkę nożną, wprowadzili kary chłosty i kamienowania. Zaczęli niszczyć zabytki, w tym groby muzułmańskich świątobliwych mężów. Do ugrupowań takich jak Boko Haram czy Ansar Dine trafiają ludzie z najbiedniejszych warstw społecznych, często analfabeci, niemający pojęcia nie tylko o szerszym świecie, lecz nawet o islamie. Przyjmują za dobrą monetę to, co słyszą od swych przywódców.

Abubakar Shekau, obecny lider Boko Haram, walczy ze wszystkim, co zachodnie, bo marzy mu się Nigeria islamistyczna. Dlatego napadł na żeńską szkołę średnią w miejscowości Chibok, zniszczył ją i uprowadził ponad dwieście uczennic, głównie chrześcijanek. Zmusił je do przejścia na islam i zapowiedział, że sprzeda dziewczęta, bo to jego łup wojenny.

Buta i prymitywizm watażki zbulwersowały świat zachodni. Przetoczyła się tam fala solidarności z porwanymi dziewczętami, ale na razie na oburzeniu się skończyło. Państwo nigeryjskie nie radzi sobie z problemem, mimo wsparcia ze strony zachodnich specjalistów od terroryzmu. Nigeria jest wielkim krajem, w którym muzułmanów i chrześcijan różnych wyznań jest mniej więcej po połowie. Przez kraj przebiega dziesiąty równoleżnik. To linia frontu, wzdłuż której islam ściera się z chrześcijaństwem od Nigerii po Sudan.

Tak było już sto lat temu, twierdzi Eliza Griswold, amerykańska dziennikarka, w swej dobrze udokumentowanej książce reporterskiej na ten temat. Na północy silne są wpływy islamu, na południu chrześcijaństwa i tradycyjnych religii afrykańskich. Podział utrzymuje się od wieków, a od tego, jak się zakończy, może zależeć nie tylko przyszłość krajów położonych wzdłuż dziesiątego równoleżnika, bo jeśli islam zapanuje nad całą Afryką, zachwieje to geopolityką na szerszą skalę.

Na co dzień ludzie nie żyją geopolityką, tylko swoimi sprawami. Lecz wszędobylskie dziś media nie pozwalają zapomnieć o tragediach osób uwikłanych w konflikty na tle religijno-kulturowym, w szczególności związanych z szariatem. Działacze praw człowieka interweniują w sprawach takich, jak nakaz deportacji do kraju, w którym nie są uznawane liberalnie rozumiane prawa człowieka. Oto na początku czerwca Nigeryjka Afusat Saliu, matka dwóch małych córek, została odesłana przez władze brytyjskie do kraju pochodzenia. Uciekła z niego w 2011 r., bo jej macocha groziła, że podda dziecko Afusat rytualnemu obrzezaniu narządów płciowych. W Anglii Nigeryjka przeszła na chrześcijaństwo, co naraża ją dodatkowo.

Światowy rozgłos zdobyła Pakistanka Malala Yousufzai, ofiara talibów, zgłoszona do pokojowego Nobla w wieku 16 lat. Jej „winą” było to samo, co było „winą” dziewcząt porwanych przez Boko Haram. Chciała chodzić do normalnej świeckiej szkoły. Po zamachu na jej życie grupa duchownych muzułmańskich z Pakistanu wydała dekret religijny potępiający talibów, którzy usiłowali zabić dziewczynę. Talibowie odrzucili protest i powtórzyli, że zamierzają zabić Malalę i jej ojca, poetę i działacza na rzecz świeckiej edukacji.

Z kolei w 2010 r. na okładkę tygodnika „Time” trafiła Afganka Aisha, potwornie okaleczona ofiara własnej rodziny. W akcie zemsty za ucieczkę od męża, którego musiała poślubić z woli ojca, została napadnięta przez niego, męża, teścia i innych mężczyzn z rodziny. Zawleczono ją w góry, gdzie obcięto jej nos i uszy. Przeszła operacje rekonstrukcyjne w USA.

Albo Bóg, albo prawa człowieka

Rosnące od lat wpływy szariatu są wyzwaniem dla działaczy humanitarnych w ubogich krajach muzułmańskich. Wykonując swą misję pomocy, stykają się z grupami zbrojnymi, kierującymi się zasadami szariatu. Akceptują one prawo koraniczne, nie akceptują międzynarodowego prawa humanitarnego. Niektórzy organizatorzy pomocy starają się więc dotrzeć do uczonych i duchownych muzułmańskich, aby uzyskać ich wsparcie na gruncie religijnym.

Działacze Międzynarodowego Czerwonego Krzyża (MCK) zapraszają muzułmańskich ekspertów od prawa religijnego na dyskusje, by przekonać ich, że nie ma sprzeczności między misją humanitarną i regulującym ją prawem a Koranem. W 2006 r. w specjalnym raporcie MCK napisano, że w świecie, w którym religia ma coraz większy wpływ na politykę, potrzeba więcej wzajemnego zrozumienia do walki z fałszywymi wyobrażeniami i w obronie godności ludzkiej na terenach zbrojnych konfliktów. Chodzi o to, by nie zmuszać muzułmanów do wyboru: albo Bóg, albo prawa człowieka.

Tym śladem poszła organizacja Human Rights Watch, która w 2007 r. zaczęła sięgać także po argumenty z Koranu, a nie tylko z doktryny praw człowieka. W Egipcie udało się wyjednać zgodę władz na odstąpienie od traktowania bahaistów jako apostatów od islamu. W Afganistanie udawało się czasem z pomocą Koranu przekonać talibów, by tolerowali żeński personel w szpitalach. Nie wszystkim na Zachodzie takie pomysły się podobają. Zachodni krytycy wskazują na dwuznaczność etyczną: jeśli odwołujemy się do szariatu w naszej pracy, to czy akceptujemy też na przykład zabijanie przez islamistów pojmanych przez nich zakładników? W Mali pod rządami szariatu karą za kradzież było odcięcie ręki. Zachodni lekarze nie zgodzili się zdezynfekować rany zaraz po wymierzeniu kary ani przysłać karetki; opatrzyli ranę dopiero w szpitalu, gdy ukarany tam dotarł. Krytykom trudno nie przyznać racji, że taktyka włączania Koranu do dyskusji o prawach człowieka i zasadach akcji humanitarnej to duże ryzyko.

Polityka 25.2014 (2963) z dnia 15.06.2014; Świat; s. 57
Oryginalny tytuł tekstu: "Skaranie boskie"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną