Świat

Winni tamci

Palestyna – raport znad przepaści

Patrol armii izraelskiej przeczesującej ulice Hebronu po zniknięciu trzech izraelskich nastolatków. Patrol armii izraelskiej przeczesującej ulice Hebronu po zniknięciu trzech izraelskich nastolatków. Przemysław Kozłowski / Testigo Documentary
Przez te trzy tygodnie poszukiwania zaginionych izraelskich nastolatków można się było przekonać, jaka przepaść dzieli Żydów i Arabów. I że nikt już nie próbuje jej zasypać.
Oddział policji palestyńskiej na ulicach Hebronu; dla radykalnych Palestyńczyków także wróg.Przemysław Kozłowski/Testigo Documentary Oddział policji palestyńskiej na ulicach Hebronu; dla radykalnych Palestyńczyków także wróg.
Młody izraelski osadnik na ul. Szuhada, w oddzielonej od reszty Hebronu płotem i zasiekami Awiwie.Przemysław Kozłowski/Testigo Documentary Młody izraelski osadnik na ul. Szuhada, w oddzielonej od reszty Hebronu płotem i zasiekami Awiwie.
Zakaria przy murze w Betlejem; o porwaniu mówi, że to izraelski film.Przemysław Kozłowski/Testigo Documentary Zakaria przy murze w Betlejem; o porwaniu mówi, że to izraelski film.
Przejście do meczetu Ibrahima w Hebronie; wszystko jest tu pod kontrolą.Przemysław Kozłowski/Testigo Documentary Przejście do meczetu Ibrahima w Hebronie; wszystko jest tu pod kontrolą.
Jesziwa Szawei Hebron, gdzie uczył się jeden z porwanych; na 320 uczniów 20 jest uzbrojonych, stanowią jednostkę specjalną.Przemysław Kozłowski/Testigo Documentary Jesziwa Szawei Hebron, gdzie uczył się jeden z porwanych; na 320 uczniów 20 jest uzbrojonych, stanowią jednostkę specjalną.
Szaron, jedyny niereligijny w kibucu Kfar Ecjon; nie wytrzymał wyścigu szczurów w Tel Awiwie, porwanie go nie interesuje, a Arabowie są dla niego głupi.Przemysław Kozłowski/Testigo Documentary Szaron, jedyny niereligijny w kibucu Kfar Ecjon; nie wytrzymał wyścigu szczurów w Tel Awiwie, porwanie go nie interesuje, a Arabowie są dla niego głupi.

Mówią, że jedno zdjęcie warte jest tysiąca słów. Ale ile warte jest tysiąc słów? Tam, skąd pochodzę, niewiele. Tutaj każdy na ulicy powie ci dziesięć tysięcy słów, których sens będzie jeden – byłoby tu cudownie, gdyby nie »tamci«”. To słowa izraelskiego pisarza Edgara Kereta ze wstępu do albumu fotografii Judaha Passowa, przedstawiającego konflikt izraelsko-palestyński w ostatnich 30 latach.

Po zaginięciu 12 czerwca na Zachodnim Brzegu trzech izraelskich nastolatków ulice zamieniły się w forum dyskusyjne – kto i po co porwał? Konkluzja zazwyczaj ta sama – winni są tamci.

Do Hebronu lepiej teraz nie jechać, wojsko sprawdza dom po domu – radzi pięć dni po porwaniu brat Pier, prawosławny mnich z Francji, który porzucił katolicyzm i od dziewięciu lat mieszka w Jerozolimie. Opiekuje się grobami proroków Zachariasza, Malachiasza i Aggeusza na Górze Oliwnej. Spogląda na błyszczący złotem meczet Kopuła na Skale i mówi: – Znajomi Palestyńczycy twierdzą, że porwanie ukartował rząd Izraela, żeby znów ich poróżnić. Coś w tym jest, Izrael prowadzi politykę dziel i rządź; aby sprawować władzę nad Arabami, musi ich ciągle skłócać.

A przecież ledwie dwa miesiące wcześniej Hamas dogadał się z Fatahem. 2 czerwca stworzyli rząd jedności. Do tej pory Hamas władał Strefą Gazy, Fatah Zachodnim Brzegiem. Izrael uznaje Hamas za organizację terrorystyczną. Pierwszą rysę na świeżym sojuszu już widać – palestyński prezydent Mahmoud Abbas potępił porwanie i zapewnił pomoc w poszukiwaniach, oskarżony o porwanie Hamas nie przyznaje się, chwali porywaczy kimkolwiek są i gani Abbasa za kolaborację z okupantem.

W barze z sziszami naprzeciwko Bramy Damasceńskiej uwija się Eddie Katanacho – palestyński chrześcijanin, którego przodek przybył do Jerozolimy jako krzyżowiec. – Hamas się nie przyznaje, bo jest sprytny, gra na czas, aby więcej ugrać. Życie izraelskie jest bardzo cenne. Szalita wymieniono na tysiąc więźniów! Ja tego nie popieram, ale za tych trzech dostaną teraz znacznie więcej.

Gilad Szalit to izraelski żołnierz porwany przez Hamas w 2006 r. Po pięciu latach został wymieniony na 1027 palestyńskich więźniów. Jednak nie tylko izraelskie życie jest cenne, jak mówi Eddie, ale i izraelskie zwłoki. W czasie wojny izraelsko-libańskiej Hezbollah zabił kilku izraelskich żołnierzy i wymienił ich ciała na żywych jeńców.

Osadnicy

W piątek, ósmego dnia po porwaniu, Hebron na Zachodnim Brzegu wygląda jak wymarły. Stragany pozamykane, wiatr niesie po pustych ulicach strzępy gazet. To święty dzień muzułmanów. Choć południowy żar leje się z nieba, naprawdę gorąco zrobi się dopiero po modłach w meczecie Ibrahima.

Na zamkniętą ulicę Szuhada, oddzieloną od reszty miasta płotem, zasiekami i murem, prowadzi chłopak, który zgarnia przyjezdnych z przystanku, by pokazać za kilka szekli trochę ciekawostek. Tą ulicą może przejść tylko kilkadziesiąt metrów, dalej zaczyna się żydowskie osiedle, gdzie jako Palestyńczyk nie wejdzie. – Mieszka tam 500 żydowskich osadników, a ochrania ich 2 tys. żołnierzy – mówi i pokazuje na kraty w arabskich oknach oraz zamknięte na głucho arabskie sklepy. – Osadnicy rzucali w okna kamieniami – tłumaczy – a sklepy zamknięto po wybuchu drugiej intifady w 2000 r., by nas ukarać i zniszczyć lokalny biznes.

Wskazuje też na namalowany na murze napis „Arabowie do gazu” i biało-niebieskie znaki. – To wskazówki dla żołnierzy, żeby się nie pogubili w czasie patrolu.

Żołnierzy na ulicy faktycznie dużo. Kilku przysiadło w cieniu przystanku autobusowego i wcina pizzę przywiezioną przez wdzięcznych osadników. Aby przejść dalej, trzeba pokazać paszport. – O, z Polski – mówi żołnierz na posterunku. – Moi rodzice stamtąd pochodzą. Ale ja bym tam w życiu nie pojechał. To miejsce kaźni naszego narodu – wzdryga się.

Zapewnia, że izraelskich chłopców porwał Hamas. – Musimy ich znaleźć i uwolnić. Wszystkich zamieszanych w porwanie trzeba surowo ukarać. Niech tak zwani Palestyńczycy – mówiąc to, robi palcami cudzysłów – wiedzą, że więcej sobie nie pozwolimy na takie traktowanie. Nie chcemy drugiego Holocaustu!

W pierwszym tygodniu poszukiwań aresztowano trzystu Palestyńczyków, w większości członków Hamasu, wielu wymienionych w 2011 r. za Gilada Szalita.

Patriotka

Pod posterunek zajeżdża samochód, z którego uśmiechnięta dziewczyna wręcza żołnierzowi loda. Inna podchodzi się przywitać i spytać, co mówił ten młody Arab? – To naprawdę śmieszne, co oni wygadują. Kraty w oknach są elementem architektonicznym, sklepy zamknięto ze względów bezpieczeństwa, bo napadano tu na Żydów, a biało-niebieskie znaki to szlak turystyczny po miejscach biblijnych.

Tahel Rubin proponuje, że teraz ona pokaże kilka ważnych miejsc. Prowadzi pod tablice upamiętniające zabitych w czasie intifady Żydów, potem do synagogi z grobami patriarchów. Tahel ma 21 lat i od roku mieszka w osiedlu. Rzuciła politologię, by pracować tu jako przedszkolanka. Przyjechała ze względów patriotycznych, bo to ich ziemia, Erec Israel. Jest religijna, ale bez przesady, nie nosi jak ortodoksyjne Żydówki rajstop i peruk. Jednak jeśli Arabowie chcą mieszkać w Izraelu, muszą żyć zgodnie z siedmioma przykazaniami danymi przez Boga Noemu. No i przyznać, że to ziemia Izraela. – Lepiej jednak, by wyemigrowali. Mają przecież ze 20 innych państw, gdzie mogą zamieszkać.

O porwanych chłopaków Tahel zbytnio się nie martwi, choć jeden studiował w tutejszej jesziwie. Wierzy w skuteczność izraelskich służb specjalnych. A jeśli już miałoby dojść do wymiany na arabskich więźniów, to tylko jeden za jednego.

Mauzoleum proroków Abrahama, Jakuba, Izaaka i ich żon jest podzielone na część muzułmańską i żydowską. Modlący się przed grobowcem Abrahama wierni obu religii widzą się przez zakratowane okna, ale oddziela ich pancerna szyba. – Żeby nas nie wystrzelali – wyjaśnia Tahel. Jednak nie wspomina, że w 1994 r. to izraelski fanatyk Baruch Gold­stein ­zastrzelił w tym miejscu 29 modlących się Palestyńczyków.

Meczet Ibrahima już opustoszał, zrobiło się w nim cicho. Za to na ulicach słychać okrzyki i wystrzały. Rozwścieczeni nocnymi rajdami wojska po domach młodzieńcy odłożyli różańce i chwycili za kamienie. Rzucają po równo, i w palestyńską policję, i w izraelskie wojsko.

Księgowy

Z tego Zakarii to żaden aktywista, na ulicę nie wychodzi, w życiu nie cisnął w nikogo kamieniem. Owszem, religijny, co piątek pomaga swemu ojcu imamowi w meczecie, ale też i nie brodacz. Islamistycznego Hamasu nie popiera, jak i Fatahu, są tak samo skorumpowane. Z wyglądu stereotypowy księgowy: pucołowaty, okulary, brzuszek, sweter. Ma 30 lat i prowadzi rachunki w firmie z Betlejem sprzedającej Izraelczykom marmur.

Dziesiątego dnia po porwaniu ogląda Al-Dżazirę. Na ekranie relacje z zamieszek w Ramallah i Nablusie, gdzie izraelskie wojsko zabiło dwóch Palestyńczyków. Spikerka mówi, że palestyńska ulica od 10 lat nie widziała tak zaciekłych starć. Sytuacja może przerodzić się w trzecią intifadę.

– Dobrze, że chłopaki walczą z palestyńską policją – chwali księgowy. – Nie można iść na wojnę z Izraelem, póki nie zrobi się porządku na własnym podwórku. Jak masz sześć kul w magazynku, to pięć użyj na kolaborantów, a dopiero szóstą na Izraelczyka.

O porwaniu mówi, że to izraelski film. Po pierwsze, to nie żadni studenci jesziwy, tylko żołnierze. – Mamy ich zdjęcia na Facebooku w mundurach – zapewnia. Po drugie, Izrael nie prowadzi teraz żadnej wojny, więc zrobił sobie ćwiczenia. Trójkę żołnierzy ukryto i w ramach manewrów przeszukują palestyńskie domy i tłumią zamieszki.

Rodzina Zakarii pochodzi ze wsi Zakaria, na terenie dzisiejszego Izraela, skąd uciekli w 1948 r. przed izraelską armią. Wieś zajęli Żydzi. Ojciec Zakarii urodził się już w obozie dla uchodźców Duhajsza niedaleko Betlejem i mieszkał tam przez 30 lat. – Niestety, nie ma szans, by Żydzi przestali kraść naszą ziemię, dopóki sąsiednie państwa arabskie są słabe i współpracują z Izraelem – tłumaczy Zakaria. – Gdyby w Egipcie nie obalono prezydenta Mursiego z Bractwa Muzułmańskiego, to może Egipt by się sprzymierzył z Hamasem i wystrzelił rakiety na Tel Awiw?

Zakaria jednocześni marzy o zbombardowaniu Tel Awiwu i o pozwoleniu na pracę w Izraelu, gdzie zarabiałby trzy razy więcej niż w Autonomii.

Jesziwa

Przez pilnie strzeżoną bramę jesziwy Szawei Hebron wychodzi dwóch studentów z karabinami M16 na ramionach. Nie mają czasu, by pogadać, odsyłają do dyrektora.

Dovi Weiss zarządza tą talmudyczną szkołą od 10 lat, w Hebronie mieszka od 20, przyjechał tu z Jerozolimy. – Ejal Jifrah był naszym studentem dopiero od marca – mówi, i zaraz się poprawia: – To znaczy jest. Ufam, że wkrótce do nas wróci. Palestyńczycy mogą mówić, co chcą, ich prawo. Ja wierzę w to, co powiedział nasz premier Beniamin Netanjahu – chłopców porwał Hamas.

Na 320 studentów 20 jest uzbrojonych, stanowią jednostkę specjalną, ale jak zapewnia Weiss nikt z nich jeszcze nie jest żołnierzem. Wszyscy idą do wojska dopiero po ukończeniu jesziwy. Połowa absolwentów zostaje dowódcami. – Ejal chciał dojechać autostopem do Eladu, na urodziny ojca. Nie należał do naszej jednostki specjalnej, nie miał broni. Gdyby był uzbrojony, do porwania by nie doszło.

Szkoła nie ostrzega studentów przed autostopem. – To ich kraj – mówi dyrektor – muszą się czuć w nim swobodnie.

Skrzyżowanie

W palestyńskim mikrobusie kursującym z Betlejem do Hebronu rozmawiają kierowca, pracownik ONZ i młody lekarz. Gdy pojazd przejeżdża przez skrzyżowanie Gusz Ecjon (grupę osiedli żydowskich, skąd porwano chłopaków) pokazują wojskowy posterunek, kamery i na przemian komentują:

Jak to możliwe, by z tak strzeżonego miejsca kogoś uprowadzić? To teren pod całkowitą kontrolą Izraela.

Izraelczycy mają samoloty z kamerami i wszystko widzą. Od razu by namierzyli porywaczy.

Gdyby Hamas porwał, już dawno by zażądał wymiany na strajkujących więźniów. (Od dwóch miesięcy trwa strajk głodowy 300 palestyńskich więźniów przeciw wielomiesięcznemu przetrzymywaniu podejrzanych bez procesu i wyroku).

Gdy porwano Szalita, codziennie przychodziły esemesy obiecujące kasę za pomoc w odnalezieniu, a teraz nic.

Pewnie chłopcy siedzą gdzieś w hotelu i palą trawę. Za jakiś czas wyjdą i Izrael powie, że odbili ich z rąk porywaczy!

Jedenastego dnia po porwaniu na skrzyżowaniu Gusz Ecjon stoi grupa żydowskich autostopowiczów. – Codziennie ich ostrzegam – mówi żołnierz z posterunku. – Codziennie sprawdzam palestyńskie auta i znajduję noże, pałki, narkotyki.

Studentów porwano z przystanku kilometr dalej. Przystanek jest przyozdobiony rysunkami dzieci, zdjęciami porwanych. Tutaj kamer nie ma. Ani posterunku. Jest jeden autostopowicz, uczeń w szydełkowej jarmułce, grubych okularach i z aparatem na zębach. – To się stało o 10 wieczorem. Jechali w tamtym kierunku – pokazuje – ale samochód zawrócił w stronę Hebronu. Jeden zadzwonił na policję i zdążył rzucić „porwanie”. Policja wzięła to za żart i ich nie namierzyła.

Kibuc

Naftali Frenkel i Gilad Szaer (obaj po 16 lat) studiowali w jesziwie Mekor Chaim w religijnym kibucu Kfar Ecjon założonym w 1927 r. na ziemi kupionej przez syjonistów, kilkakrotnie niszczonym przez Arabów i odbudowanym w 1967 r. po zajęciu przez Izrael Zachodniego Brzegu. Wokół otoczonego zasiekami i drutem kolczastym kibucu rozciągają się wzgórza, lasy sosnowe, uprawy winorośli. Na bramie mówią, że nie mogą udzielać informacji i kierują do jesziwy. Tam mówią, że z prasą rozmawiali przez dwa dni po porwaniu, ale teraz muszą zapewnić spokój pozostałym uczniom. Nic oprócz tego, co można przeczytać w internecie, nie potrafią powiedzieć.

Zakaz rozmowy ma gdzieś Szaron, jedyny niereligijny w kibucu – kozia broda, włosy w kok, pistolet za pasem, warczący husky na łańcuchu. Jest z Tel Awiwu, ale nienawidzi tamtejszego wyścigu szczurów. Wystarczy na dzień stracić pracę i już na nic człowieka nie stać, taka drożyzna. Jego żona urodziła się tutaj, więc się przeprowadził, gdzie cisza i spokój.

Nie wie i nie chce wiedzieć, kto porwał autostopowiczów, ludzie z kibucu pomagają w poszukiwaniach, ale on się nie angażuje. Wie jedno: – Arabowie są głupi. Chcą zabrać całą naszą ziemię, od Wzgórz Golan po Morze Czerwone, nie tylko Zachodni Brzeg. Mnie na razie zabierają pracę.

Szaron jest mechanikiem, ale nie pracuje. Chce minimum 6 tys. szekli miesięcznie, a kibuc woli zatrudnić Palestyńczyka za 4 tys. Pomagają więc religijni teściowie.

Odnalezienie

30 czerwca, 18 dni po porwaniu, związane martwe ciała studentów, przykryte kamieniami, zostają odnalezione w polu nieopodal Hebronu.

Ostrzelanie Gazy. Rakiety z Gazy spadają na Izrael. Odwet – nowe bombardowania Gazy, uliczne walki, ofiary. Zapowiedź trzeciej intifady. Izrael szykuje inwazję lądową.

Nie widzę sposobu, jak z tego wybrnąć – mówi żołnierz na posterunku w Hebronie, liżąc ze smakiem loda otrzymanego od uśmiechniętej osadniczki.

Polityka 29.2014 (2967) z dnia 15.07.2014; Na własne oczy; s. 92
Oryginalny tytuł tekstu: "Winni tamci"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ludzie i style

Down in the Town

Na castingach Teatru 21 liczy się kreatywność, a nie liczba chromosomów.

Mateusz Witczak
03.04.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną