Świat

Marina z deszczowego lasu

Brazylia: obrończyni środowiska idzie po prezydenturę

Nikt bardziej niż Marina Silva nie daje w Brazylii nadziei na odnowę polityki. Nikt bardziej niż Marina Silva nie daje w Brazylii nadziei na odnowę polityki. Fernando Bizerra jr / Forum
Schorowana ciemnoskóra dziewczynka z Amazonii stała się ikoną obrońców środowiska, a teraz idzie po prezydenturę Brazylii. Oto historia Mariny Silvy.
Marina Silva (pierwsza w szeregu) jako nastolatka w Xapuri, w stanie Acre na południu Brazylii.Marina Silva/Wikipedia Marina Silva (pierwsza w szeregu) jako nastolatka w Xapuri, w stanie Acre na południu Brazylii.
Silva ma szanse pokonać prezydent Dilmę Rousseff i wygrać wyścig o władzę w drugiej turze.Roosewelt Pinheiro/Wikipedia Silva ma szanse pokonać prezydent Dilmę Rousseff i wygrać wyścig o władzę w drugiej turze.

Artykuł w wersji audio

Wieczorny rytuał wyglądał zawsze tak: jedna z sióstr trzyma lampkę oliwną, która rzuca co nieco światła w wiej­skiej chacie na obrzeżach puszczy; ojciec snuje opowiastki, legendy. Jedna z nich naznaczyła Marinę – ta o Romanie i Ignacym.

Roman był białym uczonym, erudytą. Ignacy – wiejskim parobkiem, Metysem, analfabetą. Mocowali się na wiedzę: kto wie więcej o miejscu, w którym mieszkają. Zasada prosta – jeden rzucał pytanie, drugi odpowiadał. Dla Ignacego, choć bez szkół, świat wkoło nie miał tajemnic: znał zwierzęta, rośliny, zwyczaje. I Roman wiedział niemało, ale widział, że w pojedynku idzie na przegraną. Wtem rzucił pytanie z dziedziny nauki. Ignacy zamilkł, nie wiedział, jak rozwiązać zagadkę. Nie umiał też przeciwstawić się pogwałceniu reguł gry. Przegrał.

Za każdym razem, słysząc tę opowieść, mała Marina wybucha płaczem. Krzyczy, że to niesprawiedliwość, oszustwo i dlaczego świat jest wstrętny. Pragnienie, żeby pomścić krzywdę oszukanego parobka, nie ucichnie nigdy.

1.

Było ich 11 rodzeństwa, trójka zmarła – a mogło więcej, bo w Amazonii choroby rozkwitają jak wszystko wkoło. Rodzice, Pedro i Maria, analfabeci, uciekli z nędzy północnego wybrzeża do stanu Acre, serca dżungli, w latach 40. Nadzieję na poprawę losu obudził boom kauczukowy. Pracowało się u pana, któremu robotnicy dostarczali wydobyte z drzew kauczukowe mleko. Robota od piątej do piątej w duchocie amazońskiego lasu. „Pół­niewolnictwo” – powie po latach Marina.

Ojciec zadłużył się u pana na wieczne – jak się zdawało – niespłacenie. Rodzinę ocaliły kobiety. Maria zdecydowała, że ona i córki, jako tako zdolne już do fizycznej pracy – Marina miała 10 lat – też pójdą do dżungli zbierać kauczuk. Po roku i kilku miesiącach dług został spłacony, można było zacząć życie od nowa.

Marina dowiedziała się, co to ciężka, wycieńczająca praca, i paru innych rzeczy. Że kobieta to nie kucharka, sprzątaczka, niemowa, ale równa mężczyźnie partnerka. – Żyliśmy w matriarchacie, mama spierała się z ojcem i kochała go. On z kolei nie był typem macho, nie uważał, że ostatnie słowo musi należeć do niego – wspomina po latach Marina.

Życie w dżungli – lekcja egzystencji blisko natury, czasem według jej kaprysów. Wzbierające wody rzek zalewały poletka ryżu, fasoli, kukurydzy; życie wracało do normy, gdy opadały. Zabijało się tylko tyle zwierząt, ile było potrzeba w kuchni. Nie zabijano na handel. Wyjątkiem były kobry – te zabijano ze strachu. Marina, jej rodzice i rodzeństwo byli ekologami, zanim komukolwiek z rządzących w Brazylii przyszło to do głowy.

2.

Wcale nie chciała do miasta. Ale najpierw zmarła mama i Marina musiała zająć się młodszym rodzeństwem. A potem omal nie umarła po raz pierwszy. Zapadła na żółtaczkę, lecz w wiosce uważano, że to malaria. Przez miesiąc łykała leki nie na to, co trzeba. Przez następne dwa lata z powodu wyniszczonej wątroby mało co mogła jeść. Opadła z sił, nie była w stanie pomagać ojcu – tak zrodził się pomysł wyjazdu do miasta, do Rio Branco, gdzie mieszkało jej wujostwo. Może choć dałaby radę pójść do szkoły?

Jako 16-latka nie umiała jeszcze czytać. Kiedy pierwszego dnia w klasie została wyczytana po nazwisku – Maria Osmarina Silva – zamiast odpowiedzieć „obecna” podeszła do tablicy. Nauczycielka kpiła, dzieci się śmiały. Poczuła się wtedy jak parobek Ignacy z opowiastki ojca, poczuła, co to dyskryminacja, choć słowa takiego nie znała. Obiecała sobie, że nie wróci do szkoły, będzie pracowała jako pomoc domowa. Po dwóch dniach zmieniła zdanie.

Nie tylko szkoła – miasto w ogóle było szokiem. Najbardziej z powodu prądu. Nie umiała spać przy świetle. W dżungli wieczorem nastaje ciemność, a w tle koncert żab i cykad. W mieście zewsząd wpada światło, za oknem hałas. A do tego koguty: na wsi były zegarkiem, w mieście – koszmarem, który pieje dzień i noc.

3.

Z nauką poradziła sobie świetnie. Skończyła przyspieszone liceum, poszła studiować historię. Drogą krzyżową okazały się jednak choroby. Trzy malarie, pięć żółtaczek, ciężka odra. Niezliczone operacje. Częściowa utrata wzroku. Całe dorosłe życie na surowej diecie. W łóżku spędziła łącznie kilka lat.

U kogo człowiek samotny, cierpiący szuka pomocy? W Marinie samotność i cierpienie obudziły religijność. Nieraz miała umrzeć. Kto jak nie Bóg ratował ją tyle razy, gdy lekarze mówili, że nie ma szans? Wstąpiła do seminarium zakonnic. Jak jednak, zamknięta w czterech ścianach, miałaby pomścić parobka Ignacego? Po dwóch latach zrezygnowała. Objawieniem były spotkania z teologami wyzwolenia, którzy odrzucali Kościół pokornej zgody i czekania na raj „na tamtym świecie”. Świat trzeba zmieniać tu i teraz! Myśleć jak księża buntownicy. Mieć dumę Afroamerykanek z powieści Alice Walker „Kolor purpury”. Działać jak Chico Mendes, zyskujący sławę lider, który walczył z nielegalnymi wycinkami w Amazonii.

Polityczny chrzest przeszła w ruchu teologii wyzwolenia i na uniwersytecie, choć tam świeccy rewolucjoniści trzymali ją na dystans jako zbyt „kościółkowatą”. Otarła się o jeden z odłamów nielegalnej partii komunistycznej, by w końcu wstąpić do tworzącej się Partii Pracujących, której przewodziła wchodząca sława, związkowiec z huty – Luiz Inacio da Silva – Lula. Jeden z milionów Ignacych, którzy upomnieli się o swoje.

Lata 80., schyłek dyktatury, początki demokracji. Marina pracuje u podstaw – w szkole jako nauczycielka i w centrali związkowej z Chico Mendesem. Od miesięcy Chico dostaje pogróżki śmierci. Handlarze drewnem i hodowcy bydła nie darują, że robi hałas na cały świat o niszczenie lasów deszczowych. Najtragiczniejsza dla Mariny lekcja polityki: zabójstwo Chico 22 grudnia 1988 r. Odtąd Marina będzie mówić w imieniu swoim i zamordowanego przyjaciela.

4.

„Nikt bardziej niż Marina nie daje nadziei na odnowę polityki, demokratyzację demokracji, zrównoważony rozwój” – Luis Eduardo Soares, wybitny socjolog i sympatyk Mariny, mówił to na długo, zanim została kandydatką marzycieli pragnących politycznej odnowy. Ci marzyciele popierali i prezydenturę Luli, i obecnej prezydenty Dilmy ­Rousseff, ale po 12 latach ich rządów widzą, że egalitarnej polityce trzeba dać nowe tchnienie, nie forsować wzrostu gospodarczego za wszelką cenę, np. niszczenia przyrody. Po pierwszym kroku Luli i Dilmy wspólnie, zbiorowo zrobić ten drugi.

Marina, mimo że naznaczona śmiercią Chico i podobnych mu działaczy z Amazonii, ma idealistyczną wizję polityki. Chciałaby być jak Mandela, Gandhi, św. Franciszek i Chico Mendes. Od dwóch dekad głośno krytykuje „logikę władzy”, której przeciwstawia jej „logikę uczestnictwa”. Pierwszą rządzi rywalizacja – ta niszczy ludzi; drugą – kooperacja, która wydobywa z jednostek to, co najlepsze. Uważa, że pierwszej hołdują raczej mężczyźni, drugiej – kobiety.

Mam więcej satysfakcji z konsensu niż z ostrej dysputy – wyznała kiedyś. – Jeśli mogę kogoś przekonać, po co mam z nim walczyć? Ta postawa ma związek z dwoma doświadczeniami. Jedno to jej religijność i koncept zwalczania grzechu, nie grzesznika. Drugie – bliskość z dwoma mężczyznami antymacho: ojcem i Chico Mendesem.

Krytycy zarzucają czasem Marinie, że nie ma przygotowania do zajmowania najwyższych stanowisk. Rzeczywiście – ironizują sympatycy – przygotowana jest fatalnie. Ba! Nie rozumie, na czym polega polityka. Przykład: pracę radnej w Rio Branco zaczęła przed laty od rezygnacji z uposażenia i żądała tego od innych radnych. Jako najmłodsza senatorka w Brazylii, wybrana w 1994 r., jeździła po kraju i przywoziła wieści o głodujących w interiorze. Wytykała ówczesnemu prezydentowi Fernando Henrique Cardoso, że zapomniał książki, które pisał jako socjolog – o kapitalizmie zależnym, wyzysku, nędzy.

Nie dała się uwięzić w żadnym gabinecie. Wciąż tylko spędzała zbyt wiele czasu w tych lekarskich. Gdy miała umrzeć po raz kolejny, znowu – jak wierzy – zadziałał Bóg. Chwilę potem przeszła zaskakującą konwersję, co w oczach niektórych rzuca cień na jej niemal nieskazitelną postać.

5.

Jak tu jednak nie wierzyć w przeznaczenie czy Boga, skoro 13 sierpnia, niemal w ostatniej chwili, postanowiła, że nie wsiądzie z Eduardo Camposem do samolotu, który roztrzaskał się o ziemię? Campos był kandydatem socjalistów, Marina jego wice. Chciała kandydować sama, ale nie dopełniła formalności i przyłączyła się do kandydata Brazylijskiej Partii Socjalistycznej. Do politycznego różu Camposa dodała potężną dawkę zielonego. A także zaskakującego jak na lewicę ewangelikanizmu.

W czasie jednej z licznych chorób zetknęła się z pastorem Zgromadzenia Bożego (Assembleia de Deus), który – jak wierzy – przywrócił ją do zdrowia. Zgromadzenie Boże to popularny w Ameryce Łacińskiej Kościół neozielonoświątkowy, który od paru dekad podbiera wiernych Rzymowi. Marina wielokrotnie tłumaczyła potem, że to konwersja duchowa, nie polityczna. Że walka z biedą, niesprawiedliwością i wartości teologii wyzwolenia są dla niej tak samo ważne jak kiedyś. Trudno jednak ukryć, że filozofia ewangelikan wspiera raczej społeczną konserwę: każdy jest kowalem swojego losu; jeśli jesteś biedny, to twoja wina. Ewangelikanie szukają indywidualnych recept na problemy zbiorowe – ideowo nie po drodze im z lewicą.

Marina popełniła ileś wypowiedzi, które wprawiały w zakłopotanie jej entuzjastów. Raz broniła prawa szkół adwentystów do nauczania kreacjonizmu i dopiero pod wpływem krytyk dodawała, że – oczywiście – obok teorii ewolucji. Ku uldze wielu sympatyków odcięła się w końcu od kreacjonizmu i głosi pochwałę państwa świeckiego.

Dystansowała się wobec idei małżeństw jednopłciowych, choć nie miała problemu ze związkami partnerskimi. Dzisiaj już zaakceptuje i pierwsze, i drugie. Nie jest entuzjastką pomysłu legalizacji marihuany, ale godzi się na plebiscyt w tej sprawie. Jest przeciwko dekryminalizacji aborcji, lecz przyznaje, że druga strona sporu ma za sobą ważkie racje. Opowiada się za referendum, czym naraziła się kaznodziejom własnego Kościoła. (W Brazylii aborcja ze względów społecznych jest zakazana, jednak w praktyce lekarze przeprowadzają je legalnie i bez oporów po deklaracji kobiety, że została zgwałcona).

Religijność na lewicy nie jest w Ameryce Łacińskiej niczym niezwykłym – najlepszym dowodem teologia wyzwolenia. Jednak typ religijności, który reprezentuje Marina, trąci dewocją, obyczajowym konserwatyzmem, brakiem spójności z wieloma postępowymi ideami. Czy zaszkodzi w wyborach? Niekoniecznie. Biedni w Brazylii są zwykle religijni. Z kolei chłodni na sprawy religii, niewierzący, część świeckiej klasy średniej, mogą widzieć w religijności Mariny niegroźne dziwactwo. – O jej politycznej atrakcyjności przesądzają uczciwość, idealizm, charakter, dowiedzione całym życiem – mówi Luis Eduardo Soares. Gdy Marina mówi o „politycznej odnowie”, nie wywołuje kpin jak większość polityków. Budzi zaufanie.

6.

13 maja 2008 r. Marina Silva, minister ochrony środowiska, wieloletnia aktywistka Partii Pracujących, ikona Zielonych, składa dymisję z rządu Luli. Przez pięć lat udało się jej ograniczyć wycinkę lasów deszczowych – to sukces. Ceną było zmaganie się non stop z oskarżeniami wpływowego w kongresie wielkiego biznesu – że hamuje wzrost gospodarczy. Przegrała ileś batalii, m.in. o powstrzymanie budowy elektrowni nuklearnej. Wiele razy ścierała się z Dilmą Rousseff, ówczesną ministrą energetyki, a potem szefową gabinetu Luli. Teraz zmierzy się z nią w wyścigu o najwyższą polityczną stawkę.

– Dylemat „ochrona środowiska albo rozwój” jest fałszywy. Nie ma rozwoju bez troski o przyrodę – mówiła w czasie sporów w rządzie. Przypomniała, że wzrost i rozwój to nie to samo; rozwój obejmuje całą materię spraw społecznych, nie tylko kondycję gospodarki w skali makro.

Lata spędzone w senacie i rządzie sprawiły, że Marina z deszczowego lasu polubiła w końcu owo sztuczne, depresyjne miasto ludzi władzy i urzędników: Brasilię. Życia w stolicy, która była eksperymentem słynnego architekta artysty Oscara Niemeyera, nie znosi chyba nikt, kto musi się tu przenieść na kilka lat. – Marina to jedyna osoba, jaką znam, która kocha Brasilię. Nie potrafię tego pojąć! – śmieje się jej polityczny kolega, kongresman Alfredo Sirkis, który do Brasilii przylatuje na sesje kongresu i komisji, a potem czym prędzej wraca do Rio de Janeiro.

Może polubiła, bo Brasilia to kolejne zadanie – a zadania lubi. No i miała na co dzień wsparcie trzech córek i syna – dzieci z dwóch małżeństw – oraz drugiego męża, towarzysza drogi, Fabia de Limy. Był czas, kiedy musiała dzielić uwagę między wielką polityką a domem. Gdy była senatorką, małe wówczas córeczki potrafiły udzielić jej reprymendy: „Przygrzej nam mleko! Senatorką jesteś w senacie, a tu jesteś naszą mamą!”.

Dzieci są już dorosłe – Marina Silva może poświęcać się bez reszty rewindykacjom praw parobka Ignacego. Ma szanse pokonać prezydent Dilmę ­Rousseff i wygrać wyścig o władzę w drugiej turze – kilka sondaży potwierdza tę tendencję. Ale jak potem rządzić? Na kim się oprzeć? Czy w kongresie będzie dość głosów na rzecz zmian i naprawienia błędów niedawnych towarzyszy?

Dziś mówi o zbiorowym wysiłku – i ma chyba rozumiejącą publiczność, bo miliony tych, którzy rok temu protestowali na ulicach przeciwko rozrzutnym wydatkom na mundial, to ludzie coraz bardziej świadomi. Na przykład tego, że można wybrać między wydatkami na sportową fiestę a wydatkami na edukację – tu nie działa żaden przymus prawa grawitacji ani „konieczności historycznych”. To decyzje rządzących zmieniają świat lub go konserwują.

A trudności? Gdy 12 lat temu trybun ludu Lula wygrał wybory, krakano, że nic nie zdziała, a przeprowadził 40 mln biednych do klasy średniej. Dlaczego Marina Silva, krucha fizycznie kobieta o żelaznej sile woli, chodząca twardo po ziemi marzycielka, nie miałaby dokonać jeszcze więcej?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Kiedy lekarze podlegają karze

Lekarze do więzień za błędy medyczne? Co jest zagrożeniem dla zdrowia: kadra medyczna czy polityczna?

Ewa Siedlecka
11.06.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną