Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Głucho wszędzie

Świat trzeszczy w szwach

W Syrii – na gruncie wojny domowej – wyrosły liczne oddziały islamistów. W Syrii – na gruncie wojny domowej – wyrosły liczne oddziały islamistów. Khaled al-Hariri/Reuters / Forum
Ludzie całkiem serio pytają: czy będzie wojna?
Cały świat na początku września 2014 r. wydaje się wystawiony na pastwę sił, nad którymi nie panujemy.BE&W, Reuters/Forum, Fotolink, Corbis, MK Cały świat na początku września 2014 r. wydaje się wystawiony na pastwę sił, nad którymi nie panujemy.
Siła Putina polega na cynicznej bezwzględności. Zaprzecza faktom w żywe oczy; co innego mówi, a co innego robi.Maxim Zmeyev/Reuters/Forum Siła Putina polega na cynicznej bezwzględności. Zaprzecza faktom w żywe oczy; co innego mówi, a co innego robi.

Mimo że Unia, której jesteśmy członkiem, nie zaznała wojny od dwóch pokoleń, to został w naszych genach strach przed pożogą. Zresztą nowoczesna agresja nosi nowe maski i nie wiemy, czy umiemy się przed nią bronić. Nie tylko Ukraina i Bliski Wschód, ale też cały świat na początku września 2014 r. wydaje się wystawiony na pastwę sił, nad którymi nie panujemy. Więcej – przestajemy wierzyć, by ktokolwiek miał receptę na opanowanie chaosu.

Jeszcze niedawno z dumą mówiliśmy, że 2014 to rok wielkich rocznic, w tym 10-lecia naszego pobytu w Unii i 15-lecia członkostwa w NATO. O świątecznej atmosferze nie ma co mówić: „Z powodu rosyjskiej agresji przeciw Ukrainie zmienił się krajobraz naszego bezpieczeństwa” – mówił obrazowo sekretarz generalny NATO Fogh Rasmussen 4 czerwca na posiedzeniu ministerialnym NATO. Minęły trzy miesiące i reakcja przywódców na ten „nowy krajobraz” Sojuszu rozczarowuje opinię publiczną. Oczywiste jest, że nikt nie nawołuje do wojny z Rosją. To normalne, że i Barack Obama, i Angela Merkel rozmawiają z Władimirem Putinem. Ale można wątpić, czy sobie radzą w takich rozmowach.

Siła Putina polega na cynicznej bezwzględności. Zaprzecza faktom w żywe oczy; co innego mówi, a co innego robi. Obama i Merkel są za każdym razem zaskakiwani, bo nie spotykali się z takimi postawami, dopiero uczą się wojny hybrydowej w stylu „wszystkie chwyty dozwolone”. Putin zaprzecza, by wysyłał wojska na Ukrainę i by wspierał walczących, choć eksperci stale identyfikują rosyjskich żołnierzy i jednostki, a także broń ciężką. Nawet Kadafi czy Asad, gdy chcieli Zachód podejść – milczeli, ale jak już coś obiecali – to słowa zwykle dotrzymywali.

Jeszcze niedawno pisaliśmy o klinczu na Ukrainie. Dziś nie tylko nie widać, by Kijów radził sobie lepiej z separatystami na wschodzie kraju, ale wojska rosyjskie niemal otwarcie atakują siły ukraińskie. Po raz pierwszy – w takiej sytuacji – obraduje szczyt NATO w Newport w Walii. Wobec Ukrainy, która nie jest przecież członkiem NATO, sojusznicy nie mają żadnych zobowiązań; mogą jedynie wysłać jej broń i dobre rady. Ale twardo stoi pytanie: co NATO powinno zrobić dla upewnienia własnych krajów frontowych, że będzie Rosję skutecznie odstraszać od dalszej ekspansji?

Nasza dyplomacja od lat stara się o stałą infrastrukturę NATO w Polsce, a ostatnio minister spraw zagranicznych domagał się publicznie przysłania do Polski dwóch ciężkich brygad. Nasi sojusznicy uważają, że byłoby to drażnienie Rosji i złamanie danych jej – przy zjednoczeniu Niemiec – obietnic, że nie będzie przesuwania wojsk na wschód. Pacta sunt servanda, umowy muszą być dotrzymanepowtarza minister Ławrow i znajduje zrozumienie na Zachodzie, zwłaszcza u Niemców. Ale ta rzymska zasada jest zawsze uzupełniona drugą: rebus sic santibus, w niezmienionych warunkach – mówimy w Polsce. A Rosja przecież zmieniła warunki gry. Trzeba to wbijać do głowy naszym sojusznikom, którzy nie bardzo wiedzą, jak Putinowi wypominać agresję.

Zakładnicy bezpieczeństwa 

Warszawa na szczycie w Newport chce od sojuszników mieszanki symbolu i konkretu. Jeden symbol już był: Barack Obama w Warszawie złożył wyraźne gwarancje pomocy, zapowiedział nawet fundusze na wzmocnienie wschodniej flanki NATO. Jedzie też do Estonii; Angela Merkel odwiedziła Łotwę. Nawet jeśli to tylko gesty – nie można ich lekceważyć. Polacy, co zrozumiałe, chcieliby mieć Amerykanów na swoim terytorium jako swego rodzaju zakładników bezpieczeństwa, tak jak w czasach poprzedniej zimnej wojny miała ich w znacznej liczbie Europa Zachodnia. Pewnie dobrze by było, choć stałe bazy funkcjonują na twardych, nieraz upokarzających gospodarzy warunkach własnych porządków. Wystarczy wspomnieć o awanturach na Okinawie czy skandalu wokół naszych Kiejkut.

Dziś jednak, przy nowoczesnych środkach przenoszenia sił, przy rakietach i satelitach liczy się nie tyle to, gdzie są owi zakładnicy, ile automatyzm działania wojsk sojuszniczych. W razie poważnego, prawdziwego ataku nie ma czasu na deliberacje i konferencje. Musi być z góry powzięty plan – wojska sojusznicze już lecą, lądują, zajmują pozycje: tak jakby chodziło o obronę ich własnej ojczystej ziemi.

Polska i tak stoczyła długą batalię o tzw. plany ewentualnościowe, to znaczy właśnie tajne wojskowe plany konkretnych działań w razie zagrożenia. Jakie samoloty, jakie oddziały, jakie rakiety Sojusz dośle na pomoc, kiedy i dokąd. Mówi o tym 200-stronicowy poufny plan. Także dowódca sił NATO sam ma prawo wkraczania do sytuacji bojowych i dysponuje siłami szybkiego reagowania.

Możemy się zatem czuć bezpiecznie? Nie całkiem. Nawet w odległych czasach tamtej zimnej wojny, kiedy Henry Kissinger kształtował politykę amerykańską, nie było klarownego, automatycznego powiązania pomiędzy bezpieczeństwem USA a bezpieczeństwem Europy. Sławnego art. 5 traktatu waszyngtońskiego – „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” – nikt nigdy naprawdę nie wypróbowywał: nie było na szczęście agresji na terytorium sojusznicze.

 

Intuicja nam podpowiada, że tym lepsza jest nasza pozycja sojusznicza, im silniejsza jest nasza gospodarka, nasza własna armia, im ważniejszy i solidniejszy wewnętrznie jest nasz kraj. Możemy sojuszników namawiać na tworzenie wspólnych korpusów wojskowych, tak jak z Niemcami i Duńczykami umacniamy korpus w Szczecinie. Możemy lepiej dbać o nasze bezpieczeństwo energetyczne. Możemy sami okazywać większą solidarność sojuszniczą – w tym sensie niefortunne były uwagi prezydenta Komorowskiego o wycofaniu Polski z sił ekspedycyjnych.

Ale przede wszystkim razem z naszymi partnerami musimy zrozumieć, co się nagle stało ze światem, że znów grzęźnie w chaosie i przemocy. Polityka międzynarodowa przypomina przyjęcie dyplomatyczne, na którym każdy na coś cierpi, więc musi rozmawiać, uśmiechać się do innych, ale równocześnie jest rozdrażniony i obolały. My mamy Ukrainę na progu, Niemcy – kosztowne przywództwo w Unii i strefę euro, Francja – załamanie rządu i strach przed reformami, Hiszpania i Wlk. Brytania – własnych separatystów, Bliski Wschód – tragedię w Syrii, Libii i rosnący w siłę kalifat na syryjsko-irackim terytorium , Izrael – Hamas, Chińczycy – jak się ustawiać do problemów Zachodu. A Ameryka? Ameryka to zapracowany żandarm, do którego krzyczy cały świat i każdy co innego. Świat trzeszczy w szwach jak nigdy od końca zimnej wojny. Znikąd nie napływają dobre wiadomości.

Wraz z wielką tragedią zamachów z 11 września 2001 r. w USA wróciła do nas historia. Reszta świata, z Rosją na czele, nie przyjęła bezwiednie zachodniego przepisu na sukces, wytworzyła natomiast własną antytezę, coś w rodzaju anty-Zachodu. Gdy dla wielu społeczeństw ta nowa droga zaczęła przynosić owoce w postaci szybkiego rozwoju gospodarczego bez towarzyszącej mu na Zachodzie liberalizacji politycznej, na przekonywanie do zachodniego modelu było już za późno. Gdy przyszedł kryzys 2007 r., Zachód nie miał już ani argumentów, ani chęci – skupił się na sobie, a reszta świata znalazła sobie własną nowoczesność, nie zawsze pokojowo nastawioną do innych.

Sfilmowane brutalne zaszlachtowanie amerykańskiego dziennikarza Jamesa Folleya pokazało, jak skromne i perwersyjne rezultaty przyniosła wojna z terroryzmem rozpoczęta po 11 września. Amerykanie ruszyli na bin Ladena, Al-Kaidę i chroniący ich Afganistan. Pamiętam, jak ówczesny ambasador USA w Warszawie (a później w Iraku) miał nadzieję, że do końca 2001 r. bin Ladena Amerykanie pochwycą. Potem, w 2003 r., prezydent Bush ruszył na Irak i rozbił puszkę Pandory. Ogłosił szybko zwycięstwo w wojnie irackiej, ale przecież piekło zamachów paliło się na dobre. W Syrii – na gruncie wojny domowej – wyrosły liczne oddziały islamistów.

Intelektualiści arabscy, jak algierski pisarz Yasmina Khadra, ostrzegali, by nie ruszać Kadafiego, bo nikt nie zapanuje nad bronią, która się rozpełznie po całym regionie. Francja musiała interweniować w Czadzie i Republice Środkowej Afryki. A z bliskowschodnich antyamerykańskich i antyzachodnich radykałów utworzyły się liczące 50 tys. oddziały fanatyków; duża z nich część jest siłą bojową kalifatu, tym groźniejszego, że tworzy port i sztandar dla podobnych sobie młodych gniewnych z całego świata, nie tylko z krajów muzułmańskich, ale nawet z USA i Europy. Al-Kaida może i słabnie, ale kalifat rośnie.

Po zamachu na nowojorskie wieże w 2001 r. w nabożeństwie żałobnym w Katedrze Narodowej w Waszyngtonie wziął udział dostojnik muzułmański. Władze chciały podkreślić, że Ameryka nie podejmie walki z islamem, a jedynie z fanatykami, którzy religię wykorzystują do zbrodniczego szaleństwa. Rozróżnienie to jest niezwykle istotne, czemu nie tak wyraźne w wielu zachodnich umysłach? Wybitny orientalista Maxime Rodinson lata temu mówił o islamie oficjalnym i islamie ludowym. Islam oficjalny jest religią pokoju, zarówno Abraham, jak i Jezus mają w Koranie poczesne miejsce. Problem w tym, że islam oficjalny jest kontrolowany przez państwo, przez reżim często znienawidzony. Piątkowe kazania były pod butem ministerstw, władzy – od Mubaraka po Asada. Oficjalna doktryna była więc dyskredytowana jako sprzedajna. Stąd łatwość pochodu islamu ludowego, kaset wideo, szeptanki – która często przybiera groźną antyzachodnią i antychrześcijańską postać.

Trzeba też zaznaczyć, że intelektualiści islamscy skarżą się, że Zachód nie wspiera umiarkowanego islamu tam, gdzie jego protagoniści mają odwagę występować przeciw ekstremistom.

Nawiasem mówiąc, toutes proportions gardées, upojonych sukcesami Rosjan, masowo popierających Putina, też napędza ideologia. Aleksander Dugin, jeden z najważniejszych teoretyków imperializmu rosyjskiego, twierdzi, że marsz ku potędze to część rosyjskiej tożsamości, imperium „to nie wybór moralny, lecz los”. Prestiż państwa jest składnikiem rosyjskiego patriotyzmu. Doskonale to rozumie francuski biznesmen Philippe de Villiers, b. szef Ruchu na Rzecz Francji, który w Jałcie namawiał właśnie Putina na budowę Miasteczka Carów na wzór wielkiego parku atrakcji, jaki zbudował w Wandei. U boku separatystów na Ukrainie walczy też kilku francuskich komandosów, przyciągniętych ultranacjonalistycznymi, antyzachodnimi Duginowskimi snami o potędze.

Rok temu wydawało się niemożliwe, by Rosjanie strzelali do Ukraińców, dziś narasta między nimi nienawiść. Czy konflikt ukraińsko-rosyjski nie posuwa się jak gangrena, niby tymczasowo, ale naprawdę na lata, jak konflikt blisko­wschodni? Ten stanowi przecież groźne memento. Mijają pokolenia, nadziei na pokój nie ma żadnej, obie strony – Żydzi i Palestyńczycy – nienawidzą się jeszcze bardziej niż w 1948 r. Partia pokoju w Izraelu, która gotowa była oddać okupowane ziemie, skurczyła się do rozmiarów niewartych opisu.

 

Na kafkowskiej wyspie

Krew się leje w różnych rejonach konfliktów, tak że bez echa przeszło zatonięcie kolejnego statku na Morzu Śródziemnym usiłującego dowieźć afrykańskich biedaków do Włoch. Zapomnieliśmy również, że pod koniec czerwca Wysoki Komisarz ONZ ds. Uchodźców zameldował o smutnym rekordzie. Po raz pierwszy od 1989 r. liczba uchodźców – weryfikowana przez agendy międzynarodowe – przekroczyła 50 mln. W samym tylko 2013 r. ponad milion nowych uchodźców zwróciło się o azyl, w tym przede wszystkim w Niemczech, USA, RPA i Francji.

Kraje uprzemysłowione bronią się jak mogą przed tą plagą, procedury uzys­kania azylu trwają latami. Na wyspę Lampedusę i wybrzeże Włoch dotrze przed zimą około 100 tys. boat-people. Kto im da dach nad głową? Kto odeśle i dokąd? Nic to nas nie obchodzi? Sprawa uchodźców chrześcijańskich z Iraku zdominowała właśnie kampanię wyborczą w Szwecji (wybory 14 września).

Czy to przypadek, że ostatnią sensacją intelektualną w świecie zachodnim jest Thomas Piketty, nazywany nowym Marksem ze względu na tytuł ogromniastej książki „Kapitał w XXI wieku” (wyda ją wkrótce Krytyka Polityczna). Piketty zwraca uwagę na krzyczące nierówności w świecie, szybko rosnącą koncentrację bogactwa – najbogatsze warstwy idą w górę trzy razy szybciej niż wzrost globalnego PKB. Czy wracamy do wiktoriańskiego modelu, w którym odziedziczony majątek jest ważniejszy niż dochody z pracy? Czy padnie mit, że wydajną pracą można się wzbić wysoko? Autor zwraca uwagę, że nie ma żadnych mechanizmów samoregulacji, żadnych sił, które niwelowałyby te groźne tendencje.

Wydawałoby się, że to wymarzony czas dla europejskiej wrażliwej społecznie lewicy – ale ta zagubiła się zupełnie. Akurat mieliśmy kryzys rządowy we Francji, bo wybuchł spór o główne założenia polityki. Francja ma deficyt finansów publicznych przekraczający 4 proc., a wzrost najwyżej 0,4 proc. Ale dotychczasowy minister gospodarki Arnaud Monte­bourg publicznie wystąpił przeciw rygorom oszczędnościowym narzuconym przez prezydenta Hollande’a. Mówił, że Francuzi żyją na kafkowskiej wyspie, na której politycy upierają się przy polityce blokującej wzrost i walkę z bezrobociem. Trzeba było ministra wyrzucić, ale co z tego, skoro baza socjalistów uważa, że Montebourg – ze swymi atakami na wielki biznes i banki – ma rację. Nie brakuje profesorów Science-Po, którzy zarzucają francuskim socjalistom, że pozostali przy ekonomii voodoo i wierzą, że pieniądze rosną na drzewach. Od początku kryzysu gospodarczego w Europie 19 rządów przegrało wybory. Do tego dodajmy przypływ populizmu, nacjonalizmów i ksenofobii, niewiarę w korzyści integracji, pochwałę plemienności. Katalonia żąda niepodległości w Hiszpanii, Szkocja już w tym miesiącu głosuje w referendum nad wyjściem ze Zjednoczonego Królestwa.

Kto dziś jeszcze dysponuje siłą mogącą przywrócić jakiś elementarny ład i spokój? Unia Europejska, przyklapnięta po kryzysie euro, nie jest w stanie zademonstrować swej ogromnej ciągle wagi nie tylko wobec Rosji, ale też wobec nowych potęg – Indii, Brazylii, Indonezji. Na okładce tegorocznego raportu Francuskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych nie dramat Ukrainy czy Syrii, ale pytanie: „Młodzi – w kierunku eksplozji?”. Zapomnieliśmy o milionach młodych Europejczyków, którym ojczyste kraje nie są w stanie dać pracy.

Wracajmy do Newport. Łatwo zarzucać naszemu sojuszowi brak programu i bezczynność wobec agresora. Ameryka jest zawsze na celowniku, zarówno kiedy wkracza z interwencją, jak i teraz, kiedy się wydaje za mało stanowcza. Bo Ameryka jest mocna, ale przecież nie wszechmocna. Kiedy przed rokiem Asad użył broni chemicznej przeciw rebeliantom, pół świata namawiało Obamę do interwencji wojskowej. Wtedy Waszyngton opublikował list gen. Martina Dempseya, szefa kolegium szefów sztabów. Bardzo to pouczająca do dziś lektura. Najwyższy rangą amerykański żołnierz chłodno wymieniał środki, jakie trzeba by zaangażować w walkę z regularną armią syryjską, która ma całkiem nowoczesną obronę przeciwlotniczą, rakiety, elektronikę, dobrych żołnierzy i czołgi. Same ustanowienie i pilnowanie stref buforowych z zakazem lotów kosztowałoby miliard dolarów miesięcznie – przez pierwszy rok. Kto by za to zapłacił?

Irytujące są łatwe komentarze publicystów: Zachód nie chce ryzykować swoich interesów, Zachód powinien to, powinien tamto. Sami jesteśmy Zachodem, ile lat się o to dopominaliśmy? Inni mają za nas robić coś – interweniować, pomagać, wysyłać żołnierzy – czego nie robimy sami? Sami czujemy się ciągle usprawiedliwieni, bo jesteśmy za mali, nie mamy środków działania.

Niemiecki filozof Oswald Spengler w 1918 r. opublikował wielkie dzieło „Zmierzch Zachodu”. Zachód miał dla niego duszę Fausta szukającego szczęścia, szedł wyżej, dalej, szybciej, jak w dewizie olimpijskiej. Może to dzieło powinno się ukazać teraz, prawie sto lat później? Bo dziś w każdym rejonie świata powstali nowi Faustowie z przerostem ambicji, gotowi przywołać na pomoc wszelkie diabły.

Polityka 36.2014 (2974) z dnia 02.09.2014; Temat tygodnia; s. 20
Oryginalny tytuł tekstu: "Głucho wszędzie"
Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną