Świat

Ukraina między sypiącymi się gruzami

Pisarka Oksana Zabużko o sytuacji na Ukrainie

„Taras Szewczenko –  duchowy hetman Majdanu” – bojownicy z Kijowa „Taras Szewczenko – duchowy hetman Majdanu” – bojownicy z Kijowa Martin Bureau/AFP / EAST NEWS
Rozmowa z Oksaną Zabużko, ukraińską pisarką.
Oksana Zabużko, poetka, publicystka, uznawana za najwybitniejszą współczesną ukraińską pisarkę.Marcin Rutkiewicz/Reporter Oksana Zabużko, poetka, publicystka, uznawana za najwybitniejszą współczesną ukraińską pisarkę.

Edwin Bendyk: – Ma pani po wyborach poczucie ulgi?
Oksana Zabużko: – Dobrze, że się odbyły, potrzebujemy działającego państwa. Tak naprawdę nowy parlament potrzebny był od 16 stycznia, kiedy poprzednia Rada Najwyższa zdelegitymizowała się, przyjmując ustawy dyktatorskie. Musimy jednak pamiętać, że zaufanie do klasy politycznej jest w społeczeństwie niewielkie, nie ma wśród elit wyrazistych bohaterów i przywódców, politycy zachowują się, jakby wyczekiwali. Przecież gdyby w grudniu ub.r. wykazali się zdolnością do współdziałania i solidarnością z Majdanem, mogliśmy uniknąć rozlewu krwi.

Dobrze więc, że mamy parlament, ale musimy pamiętać, że ciągle nie zmienił się system wyborczy i polityczny – nasze partie niewiele mają wspólnego z partiami zachodnimi, gdzie ludzie skupiają się wokół pewnych idei. U nas trwa nieustanny pseudodemokratyczny kadryl i budowanie programu wokół mód. W poprzednich wyborach, dwa lata temu, była moda na intelektualistów i nie mogłam ze swoimi kolegami opędzić się od propozycji startowania w kampanii. Teraz mieliśmy modę na kombatantów – kandydaci prześcigali się w podkreślaniu swoich wojennych zasług.

Niezwykle żałośnie wyglądały billboardy za miliony dolarów rozlepione w miastach w sytuacji, gdy ludzie sami spontanicznie tworzą swoją armię i podtrzymują ją własnymi pieniędzmi. Z jednej strony więc babcie wysupłujące ostatnie 50 hrywien ze swej głodowej emerytury na wojsko, z drugiej cyniczna kampania pokazująca, że klasa polityczna ma niewielki związek i poczucie solidarności ze społeczeństwem.

Mimo to jest nadzieja, dla jednych związana z tym, że w parlamencie nie będzie już komunistów, dla innych, że weszli do niego również nowi ludzie, niezwiązani z dotychczasowym systemem.

W takim razie pojawiające się w prasie komentarze o możliwości kolejnego Majdanu nie są pozbawione sensu?
Ależ są. Majdan to krzyk rozpaczy społeczeństwa, które wyczerpało wszystkie inne możliwości oddziaływania na rzeczywistość i wychodzi na ulicę. Sam Majdan nie buduje jednak programu, to nie jego zadanie. Jeśli więc dziś ktoś mówi o Majdanie zamiast o reformowaniu państwa, o tworzeniu programów, jest prowokatorem. Putin o niczym innym nie marzy, logika jego wojny polega na wpychaniu kraju w chaos.

Ja obserwuję z radością i zaskoczeniem inny proces – każdy, kto zna moje utwory, wie, jak bardzo jestem krytyczna wobec swoich rodaków. Tym razem muszę z dumą stwierdzić, że Ukraińcy wykazują niezwykły rozsądek, rozumieją, że w sytuacji niebezpieczeństwa, nawet gdy nie ufa się politykom, lepiej mieć państwo jakiekolwiek niż żadne. Jednocześnie jednak społeczeństwo to cały czas się zmienia w sposób, jakiego jeszcze samo nie potrafi wyrazić, który uwidacznia się przez zachowania dnia codziennego, jak wspomniana budowa armii.

To szczególny czas dla pisarzy, bo doskonale czujemy ten proces, kiedy wątek, historia rozwija się sama, poza świadomością jej bohaterów, pojedynczych ludzi, którzy oczekują, że opowiemy im, co się dzieje, zamienimy ich codzienne, często niezwykle intensywne doświadczenia w pojęcia, opowieść nadającą sens.

W swoim warszawskim wykładzie o Tarasie Szewczence mówiła pani, że Ukraina kończy stulecie samotności i wraca do historii. Czy nie miało się tak już stać podczas pomarańczowej rewolucji?
Tym razem to już nie jest jedynie historia ukraińska, a kryzys nie ma wymiaru lokalnego. Majdan zerwał maski, odsłonił stawkę rosyjskiego projektu imperialnego. Sto lat temu Lenin powiedział, że utracić Ukrainę to jak utracić głowę. Dopóki Rosja będzie imperium, każdy jej rząd, niezależnie od orientacji ideowej, zrobi wszystko, żeby nie wypuścić Ukrainy. Wystarczy posłuchać, co mówią Andriej Nawalny i Michaił Chodorkowski, będący w opozycji do Władimira Putina. Pierwszy deklaruje, że nie odda Krymu, drugi mówi wręcz o przeniesieniu stolicy imperium do Kijowa. Tak przecież pod koniec XIX w. mówił Michaił Katkow, duchowy przywódca czarnej sotni. Bez Ukrainy Rosja traci ważną część swojej historii i pamięci, Ukraina była historycznie i genetycznie Europą Rosji.

Nasz wieszcz Taras Szewczenko mówił do swoich rodaków, że są „wychowawcami cudzej ojczyzny” i tak rzeczywiście historycznie było. Czas w końcu zrozumieć, że rosyjskie imperium było pomysłem ukraińskim. Tak jak Mała Grecja cywilizowała Rzym, tak Ukraina, według planów intelektualistów kijowskich XVII w., miała być Małą Rosją, ośrodkiem cywilizującym i europeizującym militarno-administracyjną strukturę z północnego wschodu. Mikołaj Gogol to ostatnia wielka postać tego projektu. Innym znakomitym przykładem tej misji jest rola Teofana Prokopowicza, uczonego i duchownego z Kijowa, który stał się jednym z najważniejszych doradców Piotra I.

Rola Cerkwi jako nośnika kultury zaczęła jednak maleć wraz z sekularyzacją i Piotr I zwrócił się do Holendrów i Niemców, w nich upatrując nowych modernizatorów. Na przełomie XVIII i XIX w. nasze elity dostrzegły, że projekt wymknął się spod kontroli i obrócił przeciwko jego inicjatorom. Ukraina stała się źródłem zasobów eksploatowanych przez imperium: kto budował Petersburg? Kto budował BAM? Kto dostarczał kadr wojskowych? W ZSRR średni szczebel dowodzenia zdominowany był przez Ukraińców.

Wystarczyło 20 lat bez Ukrainy, by w Rosji zaczęła się oprycznina, tak dobrze opisana przez Władimira Sorokina w „Dniu oprycznika”. To nie science fiction, to się dzieje, ale nikt nie wierzy pisarzom. A jak inaczej nazwać to, co robi armia rosyjska w Donbasie?

Na czym więc polega historyczność obecnego momentu i jaką rolę może w nim odegrać Ukraina?
Jestem przekonana, że cały świat znalazł się w punkcie przełomowym, nie wiem, czy można go nazwać wojną światową, ale w ciągu najbliższej dekady wiele się zmieni. Można powiedzieć, że ostatecznie umiera Związek Radziecki i nieuchronnego końca dobiega model imperium opartego na surowcach – najpierw pańszczyzna, potem gułag, w końcu ropa i gaz były podstawą jego funkcjonowania.

Świat przedwcześnie ucieszył się z reform Gorbaczowa i rozwiązania ZSRR w 1991 r. Przypomnijmy, że jego filarami była partia komunistyczna, KGB i armia. Wraz z ZSRR zniknęła partia, która była już tylko fasadą. Pozostało natomiast KGB, które przejęło pełną kontrolę. Dziś więc Rosja to imperium gazowe rządzone przez FSB, próbujące zrealizować neototalitarny program totalitaryzmu informacyjnego. Można go przedstawić jako syntezę Łubianki (centrala FSB, dawnego KGB – red.) i Hollywood. Łubianka nałożyła maskę klowna. Zrozumiałam to dojmująco w 2000 r., gdy Putin udzielił wywiadu Larry’emu Kingowi z CNN. King zapytał, co się stało z okrętem podwodnym „Kursk”, na co prezydent Rosji ze swym uśmieszkiem trola odpowiedział: „utonął”. Można to obejrzeć na YouTube, polecam – to twarz nowego totalitaryzmu. To twarz totalitaryzmu, który potrafił nauczyć się od Zachodu, od Hollywood, jak być „zabawnym”, rozrywkowym, jak prowadzić politykę i podbój w kategorii medialnego show.

A rola Ukrainy?
Ukraina przeciwstawiła się temu planowi, nie politycy ukraińscy, lecz sami Ukraińcy zerwali maskę i odsłonili projekt przygotowywany i realizowany od lat. Musimy pamiętać, że Ukraina mimo niepodległości praktycznie nie kontrolowała swojej przestrzeni informacyjnej, była ona de facto kontrolowana przez Rosję. Telewizja, prasa, rynek książki zdominowane były przez Rosję. Na wschodzie Ukrainy, w Doniecku czy Ługańsku, nie sposób było kupić ukraińskiej książki. Stamtąd nie docierały do reszty Ukrainy wytwory miejscowej ukraińskiej kultury, a przecież to w Ługańsku mieszka Wasyl Hołoborod’ko, jeden z najwybitniejszych współczesnych poetów ukraińskich. Wszystko po to, żeby stworzyć obraz Ukrainy jako sztucznego tworu, podzielonego na rzekomą „Noworosję” i Ukrainę „prozachodnią”, na strefę rosyjską i europejską.

Ale przecież wybitni ukraińscy publicyści, jak Mykoła Riabczuk, pisali o dwóch Ukrainach.
To użyteczni idioci skażeni czymś, co nazwałabym syndromem galicyjskim. Po odzyskaniu niepodległości wielu intelektualistów mających korzenie na zachodniej Ukrainie myślało, że są wzorcem ukraińskości i ukraińskiej językowej poprawności. Nie mogli zrozumieć, że Kijów, choć wtedy mówił po rosyjsku, zachował świadomość swego znaczenia jako stolicy Ukrainy, że na wschodzie też jest prawdziwa Ukraina. Dla niektórych z nich Donbas nie miał i nie ma znaczenia, bez problemu by się go pozbyli.

A wystarczyło zobaczyć, jak są witani ukraińscy żołnierze w wyzwolonych miastach – starsze babcie ściskające ich mówiły, owszem, dialektem, ale ukraińskim. Nie mówiąc już o tym, że przeciwko rosyjskiej inwazji poszli walczyć pogardzani przez wspomniane środowiska galicyjskich intelektualistów, zrusyfikowani w 2–3 pokoleniu mieszkańcy wschodu, w tym także etniczni Rosjanie. Którzy, jak się okazało, przez cały czas uważali siebie za Ukraińców, tylko że nikt o ich opinię zbytnio się nie troszczył. Niestety, technologia informacyjna Kremla, wspomagana przez naszych użytecznych idiotów, spowodowała, że świat mógł nie wiedzieć, gdzie znajduje się Ukraina, ale wiedział, że jest podzielona.

Ale co dalej, co teraz?
Jestem przekonana, że czeka nas wszystkich kryzys, okres głębokich perturbacji. Ukraina musi przepłynąć między sypiącymi się gruzami rekonfigurującego się świata. Niestety, nie mamy polityków na miarę tych wyzwań, choć nie jest to problem jedynie Ukrainy. Mamy za to przebudzone społeczeństwo świadome zagrożeń, które było zdolne stworzyć własnym wysiłkiem prawdziwie narodową armię. To stwarza nadzieję, że politycy będą mieli świadomość istnienia społecznej kontroli i będą działać odpowiedzialnie.

Jeśli chodzi o odleglejszą przyszłość, proszę się nie śmiać, ale widzę wspólny polityczny region rozciągający się od Bałtyku po Morze Czarne. Ten kryzys uruchomił proces redefinicji sojuszy, wracają więzi z epoki przednowoczesnej. Nagle wielkim sojusznikiem Ukrainy stała się Szwecja, w której nie ma nawet tłumaczy z ukraińskiego i moje książki są tam przekładane z wydań rosyjskich. Jesteśmy świadkami fascynującego procesu, wracamy w jakimś sensie do średniowiecza i nie mam tu na myśli negatywnych konotacji tego określenia, przeciwnie, widzę w tym procesie szansę.

Skoro Ukraina jest jedna, a jej podział fałszywy, to jaka jest ukraińska tożsamość? Kim są Ukraińcy – jednym etnosem?
Majdan to jednoznacznie wyjaśnił: Ukraińcy tworzą naród polityczny. Wyraźnie to było widać podczas kampanii wyborczej, gdzie np. kandydaci z Bloku Poroszenki przedstawiali się: „jestem dumny, że jestem Ukraińcem”, podpisując się Mustafa Dżemilew czy Wołodymyr Grojsman. Próby grania na wewnętrznym zróżnicowaniu nie powiodły się. Majdan nadał procesowi tworzenia się wspólnej ukraińskiej tożsamości politycznej nieodwracalną dynamikę.

Wokół jakich symboli buduje się ta tożsamość?
Obserwujemy niezwykły, spontaniczny i często naiwny, kiczowaty proces wyrażania siebie poprzez odwołania do najpopularniejszych wspólnych kodów: mania przyozdabiania wszystkiego błękitno-żółtymi barwami, wzory z ukraińskich wyszywanek obecne wszędzie, włącznie z modą na „wyszywane samochody”. I bardziej wyszukane formy, jak malowanie w Charkowie gigantycznego muralu z Tarasem Szewczenką. A za tym idzie odzyskiwanie ukraińskiej tożsamości miejsc, które utraciły swą specyfikę w okresie Związku Sowieckiego przykryte sowieckim błotem, jak Odessa, Charków. To mógłby być fascynujący czas, niezwykle kulturotwórczy, gdyby nie przeszkadzali niektórzy sąsiedzi.

Czy nie obawia się pani, że to napięcie podsycane z zewnątrz doprowadzi do eskalacji nastrojów radykalnych?
Na razie się to nie udaje. Muszę powtórzyć, że podziwiam rozsądek moich rodaków, że nie stracili rozumu, tak jak śpiewa rosyjski pieśniarz Andriej Makarewicz o Rosjanach. Ostatnie wybory to potwierdzają.

A obecność ugrupowań takich jak Prawy Sektor z ich neofaszystowską symboliką?
Mogę nie być dobrą analityczką, ale mam poczucie stylu. Jak patrzę na spektakle tych formacji, mam wrażenie, że są reżyserowane w taki sposób, by dobrze wypadły w rosyjskiej telewizji. Za tym stylem nie kryje się ani treść, ani też rzeczywista społeczna energia.

A jakie miejsce w tworzącej się ukraińskiej tożsamości zajmuje UPA?
Poświęciłam wiele czasu, żeby zagłębić się w historię i archiwa UPA. Polakom kojarzy się ona jednoznacznie z wołyńską tragedią, ale UPA to nie tylko Wołyń. Zaangażowanie w Ukraińską Powstańczą Armię było wyrazem oporu ukraińskiego społeczeństwa przeciwko totalitaryzmowi sowieckiemu i nazistowskiemu. UPA walczyła z siłami radzieckimi, z Niemcami, tak, walczyła też z Polakami. To jest czas dla historyków, by wyjaśnili wszystkie, również najbardziej tragiczne szczegóły tej złożonej historii.

Musimy jednak przy tym pamiętać o znaczeniu, jakie miała UPA w walce z systemem sowieckim. Zsyłani masowo do łagrów powstańcy wzniecali regularne powstania: Krasnojarsk, Norylsk, Kengir i inne miejsca były świadkami takich zrywów. Bez tego ruchu najprawdopodobniej Chruszczow nie zdecydowałby się na rozwiązanie gułagu. Nie byłoby też późniejszego ruchu dysydenckiego, który zaczął się w latach 60. Warto pamiętać, że ostatnia bitwa UPA z siłami sowieckimi odbyła się w 1960 r., w roku, w którym się urodziłam. To o czymś mówi.

Ale UPA to także wojna ukraińsko-polska i Wołyń. Wojciech Smarzowski przygotowuje film na ten temat.
Tak, to była wojna. Wyjaśniając jej historyczne detale, ważne też, by zbadać dokładnie udział w tej wojnie sił trzecich, wykorzystujących antagonizm. Dlatego uważam, że pomysł na film fabularny jest przedwczesny, ciągle zbyt mało wiemy, a siła filmu może utrwalić ten niepełny obraz z mocą mitu. A jestem przekonana, że do interpretacji wydarzeń na Wołyniu wiele wniosłaby wiedza o technologii sterowania konfliktem, jakiej dostarcza dziś Donbas. Dlatego obawiam się tego filmu, teraz bardziej przydałyby się nam produkcje dokumentalne.

Podczas spotkań z ukraińskimi czytelnikami w Kijowie i Charkowie zetknąłem się z opiniami, że Ukrainie brakuje własnych „Sąsiadów” i „Pokłosia”, rozliczenia z własnymi grzechami. W jakimś sensie taką funkcję pełni pani książka „Muzeum porzuconych sekretów”.
Jeszcze na to za wcześnie, najpierw musimy odzyskać i umocnić swoją tożsamość. Proszę pamiętać, że my rzeczywiście przez sto lat byliśmy również poza własną historią. Dopiero na początku tego wieku zaczęliśmy mówić o Wielkim Głodzie. Proces tworzenia nowej tożsamości, wolnej od postsowieckiego syndromu, przyspieszył dzięki Majdanowi, dzięki konfrontacji z przemocą, dzięki oporowi przeciwko agresji. Potrzebujemy jeszcze trochę czasu.

rozmawiał Edwin Bendyk

***

Oksana Zabużko, poetka, publicystka, literaturoznawczyni, uznawana za najwybitniejszą współczesną ukraińską pisarkę. Pracuje w Instytucie Filozofii Ukraińskiej Akademii Nauk, polskim czytelnikom znana jest z takich książek, jak „Badania terenowe nad ukraińskim seksem” i „Muzeum porzuconych sekretów” uhonorowane Literacką Nagrodą Europy Środkowej Angelus w 2013 r.

Polityka 46.2014 (2984) z dnia 11.11.2014; Świat; s. 50
Oryginalny tytuł tekstu: "Ukraina między sypiącymi się gruzami"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Świat

Kontrowersyjna rolna rewolucja

Lada dzień na Ukrainie rozpocznie się rolna rewolucja. To najbardziej oczekiwana i kontrowersyjna obietnica Wołodymyra Zełenskiego.

Oleksandra Iwaniuk
25.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną